Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/417

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
311
WOJTEK SKIBA

Na poły księżyc był obciął, w nadziemną
Idąc pokutę, zwłaszcza, gdy rozwiane
Rozpoczną nucić trele wiotkie gorzelniane.

LXVII.
A zatem nie dziw, że te smutne tony
W sentymentalnem ozwały się echu
I w duchu chłopa. Ten duch, acz zbiedzony,
Będzie to gładkim paniczom do śmiechu —
Nie zawsze chrzęści, jak gdyby był w miechu,
Często ma odgłos dźwięczny, jasny, równy,
Często swawolny, bez obawy grzechu,
A że dziś trochę był za tęsknomówny,
Gorzelniczanki winne, czy ekonomówny.

LXVIII.
Te siedmiorzędne moje bohaterki,
Czując, że chłopskie wzdychania za płotem
Nie są tęsknicą za kawałkiem szperki,
Uznały nagle, że im serce młotem
Podwójnym bije, raz za światłem złotem,
A raz za Kubą; i chcąc rzecz tę sprzeczną
Jakoś załatwić, osądziły lotem:
Z nim razem można wejść na drogę mleczną
Marzenia i tak prześnić ach!... ach!... dobę wieczną.

LXIX.
Więc w stronę Kuby, co stał bezjęzyczny,
Jak gdyby czegoś się bardzo zatrwożył,
Wyjękną naraz: »chodź tu, chodź! nasz śliczny;
Bodajeś z nami razem szczęścia dożył!«
Z jękiem się akord, jak wulkan, nasrożył
Lub jako morza bałwany spienione...
Wtem znów im księżyc, wypłynąwszy, złożył
Swe blade ręce na piersi wzburzone
I tony już spokojne zwrócił w Kuby stronę.