Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/400

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
294
JAN KASPROWICZ

X.
Bo skąd rodzicom, choć, jak wosk, tak miękcy,
Jakieś niezwykłe robić tam zachody,
I skąd się troszczyć zbyt o los dziecięcy,
Kiedy od świtu, gdy zapłonie, młody,
Na cichem niebie skrą srebrnej urody,
Aż do późnego wieczoru, co skarby
Rzuca ostatnie w bezdenną głąb wody,
Trzeba pracować, że się ciało w garby
Przegina, że się twarze lśnią blademi farby.

XI.
Wprawdzie swą chatę mieli i w oborze
Krowę-staruchę i kawałek ziemi,
Gdzie żyto w cichym szumi rozhoworze,
Lub drży pszenica kłosy złocistemi,
Że człek, melodyi tych dźwięki sennemi
Ujęty, chciałby sam się zmienić w żyto,
Lub kłos pszenicy i tak szumieć z niemi,
W zamian za pieśń swą mając słodkie myto:
Te wieńce, które z rosy perłowej uwito.

XII.
Lecz, by utrzymać tę po ojcach schedę,
Co kilka korcy dawała omłotu,
By coś dorobić na starość, na biedę,
I aby dzieci rzucić bez kłopotu,
Gdy przyjdą czasy smutnego odlotu,
Trzeba, dopóki starczy świeżość życia,
I sił nie szczędzić i nie szczędzić potu,
Co z swego źródła, ze swego ukrycia
Rzęsistą spływa kroplą słońcu do wypicia.

XIII.
Więc on, gdy własne obrobił zagony,
Na co zbyt wiele nie poświęcał czasu,
Szedł za zarobkiem w te i w owe strony: