Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/401

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
195
WOJTEK SKIBA

Rankiem, napiwszy żuru się lub kwasu,
Dalej z siekierą do pańskiego lasu;
Albo »na morgi«, skoro przyjdą żniwa,
Z kosą, dzień cały, jak wół, bez popasu;
A kiedy wieczór innych do snu wzywa,
On swoje ścina żyto i w snopki związywa.

XIV.
To znów jesienią do blizkiej cukrowni
Z kobiałką w ręku, okryty kireją;
A tak się pracą rozpala, jak głowni
Kawał płomiennej i zysku nadzieją;
Za nic, choć czasem ludzie się pośmieją:
»Ej! wy Bartoszu, zapewne folwarki
Myślicie posieść; folwarki nie grzeją
Łyżką rosołu i kieliszkiem starki,
Gdy w zimny grób was wpędzi ta praca bez miarki.

XV.
Ani was w karczmie, ani was w mieścinie;
Zawsze zdaleka, jak jaki zaklęty;
A przecież życie nie na to nam płynie,
Aby zaświerzbieć nie miały nas pięty;
Trochę pohulać, mój ty Boże święty!
Trochę się rozgrzać, wszak to nie zaszkodzi;
Gdy człek domiesza pieprzu albo mięty,
Czuje, że krew mu bije jakoś młodziéj,
Że jakiś nowy duch się w starem cielsku rodzi«.

XVI.
»Ha! kto ma na to, niech sobie pohula!
Ja-ć tam nie stary, więc też i bez wódki
Jakoś mi ciepło! a pierzyn do Szmula
Nie myślę nosić, aby zalać smutki;
Skrzynkę zamykam zawsze na trzy kłódki,
Aby pokusa nie brała człowieka