Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/399

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
293
WOJTEK SKIBA

W powijakowe kładziono go szmatki,
A szorstkość pieluch i garść słomy w brudzie
Od pierwszych chwil poczęły wielkiej przeczyć złudzie.

VII.
I beczał wtedy, tak jak wszystko beczy,
Kiedy je w plecy coś surowo draśnie!
Lecz na cóż o tem... wszak to zwykłe rzeczy,
A najzwyklejsze pośród chłopów właśnie,
Gdzie człek do końca, aż kiedy zagaśnie,
Niby jak świeca, którą los zapalił
W nieszczęsnej chwili, by świeciła jaśnie
Na swe zniszczenie, jest na to, by żalił,
By męczył się i jeszcze kontent, los swój chwalił.

VIII.
Toż i mój Wojtek — takie bowiem imię
Dano mu na chrzcie, w pamięć apostoła,
Co choć snem wiecznym w świętem Gnieźnie drzymie,
Z srebrną infułą u bladego czoła,
Duchem, gdzie chłopska chata i stodoła,
Wnika wesołym, pierwszem słonkiem grzeje,
Pierwsze bociany na topole woła,
Pierwszem się okiem wolnych stawów śmieje
I nowe budzi życie i nowe nadzieje.

IX.
Toż i mój Wojtek od najrańszej doby
Musiał uczuwać, jak bieda nienackiem
Twarde dla niego gotowała żłoby:
Nikt się nie myślał pieścić z nim, jak z cackiem;
Gardziel, gdy płakał, zatykano plackiem,
Który matula upiekła w popiele;
A kiedy chory, w lekarstwie prostackiem
Dalej po radę: gotowano ziele,
Lub czary jakieś babsko zwiędłą wargą miele.