Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/411

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
305
WOJTEK SKIBA

Nikt tu nie słyszał — że pokusa, zdradnie
Zdobna w jedwabie i oblana złotem,
Otwiera piekło cicho, nie z głośnym łoskotem —

XLVII.
Kiedy ta mądra oracya księdza
Korne prostaczki do ryku poruszy
I z serc skruszonych szatany wypędza,
Których zbyt wiele ponoć w chłopskiej duszy;
Kiedy się kapłan tak od gniewu puszy,
Co świętym ogniem zlewa dwa księżyce
I kark grubawy aż po same uszy,
Memu Wojtkowi jakoś się źrenice
Nie świecą, łzy, jak groszek, nie cieką na lice.

XLVIII.
Toć nie dziwota: nazbyt młody jeszcze,
Aby słów Pańskich mógł przeniknąć głębie
I uczuć w sobie one silne dreszcze,
Że człek się trzęsie, jak ów liść na dębie,
Albo jak wróbel, gdy szpony jastrzębie
Ujrzy za sobą śród szlaków powietrznych,
Napróżno patrząc, czy w jakie nadzrębie
Nie wciśnie szyi do schronów bezpiecznych,
Miast dać ją, Bóg wie za co, do szpon krwawosiecznych.

XLIX.
Natomiast komża, bielutka, jak mleko,
I wstęga jasna, co po komży spływa;
One zapachy, co z kadzideł cieką
I tak się kłębią, jakby jaka grzywa;
Organ, co z jękiem i lękiem wygrywa
Na chwałę bożą te pieśni prostacze,
Aż siedmioraki miecz serce przeszywa,
Że serce bodaj łzy krwawemi płacze
Na żal biednego ludu, na ludu rozpacze —