Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
304
JAN KASPROWICZ

Którą podawał zapaleńcom Kato,
Że gdy się spotkasz choć z największą stratą,
Znoś ją spokojnie; rezygnacya wzniosła,
Która za trudy darzy cię zapłatą
W złocistem niebie, zmieniając cię w posła
Ewangelicznej prawdy, w kwiat w nim nie wyrosła.

XLIV.
Po prostu z tej się nie skarżył przyczyny,
Że nie miał przed kim; matka, by się wrzaskiem
Dzieciaka zająć, nie miała godziny
Wolnego czasu, a zresztą niesnaskiem
Nie chce się z starym poróżnić Karaskiem:
Nieraz jej tłómok zabierze do miasta;
Tatuś to jeszcze poprawiłby paskiem,
Lub do kościoła, choć się malec szasta,
Nie zabrałby: »siedź w domu«, rzekłby, »no i basta!«

XLV.
Zaś do kościoła, gdy przyjdzie niedziela,
Lub jakieś święto wioszczynę odświeży,
Wojtuś, jak iskra: uszczknie trochę ziela
Za kapelusik, w lusterku się zmierzy,
Czy mu kołnierzyk jako-tako leży;
Podciągnie spodni, czuprynę przygładzi,
Potartą masłem niesłonem; z odzieży —
Sukmanki ciemnej — strzepnie kurz i sadzi,
Aż »starzy« się uśmiechną, strojnisiowi radzi.

XLVI.
I w domu bożym zachować się umie;
Gdzie tego trzeba, przyklęknie przykładnie —
Ano-ć zgorszenia w tym pobożnym tłumie
Niby nie daje; tylko kiedy wpadnie
Proboszcz z ambony na ludek, że kradnie,
Że cudzołoży, zabija — choć o tem