Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/409

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
303
WOJTEK SKIBA

XL.
Nieraz na polu, gdy, skulony, marzy
Na jakiej ścieżce, zarosłej krwawnikiem
I oną trawą, co w wietrze się waży
W tę i w tę stronę, upstrzona bezlikiem
Jaskrów złocistych; albo nad strumykiem,
Co przez sitowie sączy i rogoże,
Gdy sobie siędzie, za »pasikonikiem«
Goniąc oczyma, słodki sen go zmoże,
A wtedy źle się dzieje, ratuj, Panie Boże!...

XLI.
Wtedy postronek z ręki mu wypada,
Bydlak niecnota pędzi w cudzą szkodę,
Nie zważa na nic: z żyta kłos objada,
Że aż mu rośnie brzuch w prawdziwą kłodę;
Wtedy to sąsiad, jak to mówią, wodę
Czuje na wargach ze złości i leci
Aby nauczyć niebożątko młode
Trochę rozumu — trzeba chować dzieci:
Tak bije, aż się w oczach Wojtkowi zaświeci.

XLII.
Lecz chłopaczysko, zbudzony z marzenia
Tak bezlitośnie, mrugnie okiem prawem,
Coś się otrząśnie, poprawi odzienia
I łzy obetrze podartym rękawem;
Spojrzy na żyto, co w świetle złotawem
Mieni się całe i za krówskiem daléj;
Choćby mu pewnie biegła krew upławem,
Teżby nie było inaczej; ze stali
Wzdyć nie był, lecz się jednak przed nikim nie żali.

XLIII.
Nie robił tego z jakiejś tam zasady
Filozoficznej, za wielkim był na to
Jeszcze smarkaczem; jeszcze nie znał rady,