Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/412

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
306
JAN KASPROWICZ

L.
Nawet słów obcych niezwyczajne tony,
Które naprzemian z starym organistą
Ksiądz wyśpiewuje, do ludu zwrócony,
Czarem w Wojtusia płyną duszę czystą,
Aż oczy jego biorą barwę szklistą,
A one wargi, co przed chwilą drżały,
Strojne w koralu prześwieżość ognistą,
Są, jako róży kielich skamieniały:
Zaklęły w nich zdrowaśkę łacińskie hejnały...

LI.
Wróciwszy do dom, już-ci zaraz duchem,
Ledwie, że gębę po obiedzie zmyje,
Nakrywa plecy matczynym fartuchem
I pas ojcowy przewiesza przez szyję,
I po dziadusiu, co dawno nie żyje,
Wziąwszy »Nowennę«, częstochowską księgę,
Wręcz po »łacińsku« śpiewa litanie,
Że snać wyśpiewa całą płuc potęgę,
Prawdziwie, jak ksiądz, strojny w ornat i we wstęgę.

LII.
Stąd też rodzice, patrząc na synalka,
Śmieją się w duszy, jakby złotu radzi:
»Wiesz ty«, powiada stary, »wiesz, Rozalka,
Na chwałę bożą służyć nie zawadzi;
Pamięta, mówią, Bóg o swej czeladzi,
Znać, że chłopaka ku temu już stworzył;
Toć na majątek człek się tam nie sadzi,
Lecz gdyby kupkę niewielką też złożył,
Sam Bóg wie, jakiej jeszcze pociechy-by dożył...

LIII.
Wszak umiesz czytać, nie lękaj się znoju
I weź Wojtusia, choćby tak na próbę —
Ja bo do tego nie mam już spokoju;