Wojtek Skiba (Fragmenty)/Pieśń II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Dzieła poetyckie Tom 1
Podtytuł Wojtek Skiba (Fragmenty)
Pieśń II
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż. i A, Turkuł)
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

PIEŚŃ II.

I.
I czem rozpocząć pieśni księgę drugą?
Czem sobie zjednać czytelników łaski?
Ukorzyć czoła przed wielką zasługą,
Co zwiała wszystkie pozłociste blaski
Z muz helikońskich, dając im przepaski
Z skóry kowalskiej lub też płótno szare
Naokół bioder — a w rękę obrazki:
Modele maszyn, cyrkiel, młot i miarę
I tak im każąc dźwigać snać piekielną karę?...

II.
Odkąd rzemiosło i przemysł »rodzimy«
Przybrały haseł najszczytniejszych znamię,
W karły się dawne zmieniły olbrzymy,
A olbrzymami ci, co siedzą w kramie;
Odkąd stan średni mówi chłopu »chamie!«
Co niegdyś mawiać zwykł szlachcic wąsaty,
Słusznie, gdy kark swój i poeta łamie,
Kiedy rozwiewa swego płaszcza szmaty
Przed siłą, co lśni złotem, i co zbawia światy.

III.
Wszystko już było na tym grzesznym świecie,
Powiedział niegdyś Ben-Akiba rabi,

I wy to pewno w porządku znajdziecie
Gdy przed ideą, która trzosem wabi
Gną się nie tylko tacy ludzie słabi,
Jak moja miłość, lecz i one zbawców
Społecznych wzory, co mają... skrzek żabi,
Patryotycznie broniąc wszystkich ssawców —
Że ja też część tę pocznę od kupców i krawców...

IV.
Nie mogłem, wiecie, stać się nieśmiertelnym,
Choć dotąd wierszy-m napisał bez liku;
Zawsze goniłem w rozpędzie piekielnym
Na swym skrzydlatym, Bóg wie, gdzie, koniku —
Gdzie promieniącą w przeczystym promyku
Jakaś tam miłość, jakaś prawda władnie —
Wprawdzie bez łokcia, jarmarcznego krzyku,
Bez tych zachwalań, które płyną składnie,
Jeżeli zwłaszcza dudka usidlić wypadnie.

V.
Więc może wtedy, gdy, wytrzeźwion z jazdy
Onej niezwykłej, każę leźć swej szkapie
W stronę, gdzie kupiec, licząc złote gwiazdy
W żelaznej szafie, w łysinę się drapie,
Lub zadumaną twarz ukrywa w łapie,
By poetyczne zataić wzruszenie,
Które zbyt chętnie wyśmiewają gapie,
Może więc wtedy — o precz wszystkie cienie! —
Nieśmiertelności na mnie spłyną stąd promienie.

VI.
A więc od kupców — macie we mnie posła
Kupieckiej cześci i kupieckiej sławy.
Jakaż to rozkosz szlachetna, podniosła,
Gdy zbraknie cukru, herbaty lub kawy,
Liści bobkowych, gwoździków do strawy,
Kminku, imbieru, pieprzu, cynamonu,

Tęskną ulatać myślą na łan Jawy,
Nad brzeg Gangesu, w zapachy Ceylonu,
Lub gdzieś pod murem chińskim marzyć aż do skonu!...

VII.
Lub jaki czar to wieje w tym przypadku,
Gdy, zobaczywszy, że ostatnie spodnie
Nazbyt się mocno wytarły na . . . . . .
Umiesz się przenieść, gdzie jak istne kłodnie
Piętrzą się stosy materyi lub modnie,
Z szykiem paryskim wyrobione »sztuki«,
Gdzie krępy majster patrzy na świat godnie,
Dumny i szczęśliw, że jego nauki
Owoce umią cenić gładkie szlifobruki.

VIII.
Jakich obrazów stąd fantazya pełna,
Jakich refleksyi strzelają potoki!
Oto naprzykład patrzcie, co za wełna:
Ich właścicielki pasły się, gdzie stoki
Gór andaluskich lecą w jar głęboki,
Lub gdzie bifsteków i Lira kołyska
W mgieł Manfredowych otulona zmroki,
Lub cień swych ruin Bagczysaraj ciska,
Gdzie śni przy szmerze fontan zaklęta huryska...

IX.
Albo ta derka! albo ta koszula!
W podwójne garby zbrojne dromadary
Włos na nią dały, że jest godną króla!
Krocząc przez pustyń piaszczyste obszary,
Gdzie prostopadłe dopiekają skwary
Nie śniły pewno w tej bezmiernej głuszy,
Jakie po śmierci będą szerzyć czary,
Od katarowych broniąc nas katuszy —
Tak, nosów naszych broniąc i... jaegrowskiej duszy.

X.
O źródło sztuki! o ty stanie średni!
Nawet obrazki dajesz rodzajowe!
Jakżeż to pięknie, kiedy w dzień powszedni
Syn Merkurego kręci tutki płowe,
Mając przed sobą wielką cukru głowę
W ciemnym papierze, jak ten cieniów stożek,
Który słodycze kryje prabytowe,
Lub gdy tabaczkę sypie chłopu w rożek,
Z uśmiechiem w ustach wdzięcznych, jak prawdziwy bożek.

XI.
A gdy w niedzielę lub też w dzień szabasu
Młody pan subjekt, Stasio albo Berek,
Idzie używać poza miasto wczasu
Skroń przystroiwszy w lśniący cylinderek;
Kiedy usiadłszy tam, gdzie stołów szereg,
Z poza szklanego pozerkuje dzbanka,
Jak z »interesu« ściągnięty cukierek
Połyka właśnie urocza kochanka,
O przyznaj, Teokrycie! czyż to nie sielanka?

XII.
Wierzyłem zawsze, prawda, już od dziecka —
A nie mniemajcie, że przezemnie mściwość
Jakaś przemawia — że tylko kupiecka
Świat uszczęśliwić zdolna jest szczęśliwość,
Że wyobraźni znów podsyci żywość
I smak naprawi, skoro się zepsował,
Stanu średniego rozważna godziwość!
Że kraj z pewnością swe skarby uchował,
Gdy strzedz go będzie bankier, fabrykant, konował.

XIII.
O szczęśliwości! o rajska rozkoszy,
Brzęcząca dźwiękiem żółtego metalu —
Dźwiękiem cudownym, który troski płoszy,

I spędza chmurę wszelakiego żalu,
Co wargom zbladłym nadaje koralu
Świeżość różową, a w oku przygasłem
Roznieca znowu żywe skry opalu:
Kogo ty łonem nie grzejesz ogasłem,
Ten życia nie przetrawi, niby bułki z masłem.

XIV.
Bartłomiej Skiba snać nie potrzebuje
Tej apostrofy do wszechwładnej pani;
Widać w kieszeni od kaftanka czuje
Środek, co wiedzie do szczęsnej przystani;
Widać, że smutek, który serce rani
I ciemny obłok napędza na lica,
Gdzieś się w ostatniej zagrzebał otchłani,
Gdyż twarz mu świeci, tak jak twarz księżyca,
Gdy wchodzi, to do Czaji, to znów do Moryca.

XV.
Ano, rzecz prosta! Gdy się już tak stało,
Że iść miał Wojtuś pomiędzy uczebne,
Więc zaopatrzył się w groszy niemało;
Surdut potrzebny i »korty« potrzebne;
»Czasy-ć dzisiejsze, prawda! mało chlebne,
Lecz jakoś pójdzie; człek uchowa bydlę,
Więc też«, tak myślał, »to i owo zgrzebnę,
A i robota idzie, jak po mydle,
Powróci się ta strata na jastrzębiem skrzydle...«

XVI.
Tylko z kupcami nie mógł przyjść do ładu,
Tu nie do gustu, tam znów trochę słono —
»A! panie kupiec, ino nie z pośladu,
Lecz coś lepszego; pogadałem z żoną,
I ona myśli, że się godzi pono
Wziąć w takim razie niby coś od święta;

Bo to mój chłopiec głowę ma uczoną,
Idzie we szkoły, pomiędzy panięta,
Sukmanka zawszeć nie jest podług tego cięta...«

XVII.
Gdy się skończyły wszystkie tarapaty,
Herszek wyprężył całą moc swej »sztuki« —
Wiedział, że Skiba nie był też od straty,
Choć tak pracuje, jakby już na wnuki —
Wtedy mój Wojtuś wreszcie szedł w nauki;
Ojciec za rękę schwycił sam chłopczynę
I w gmach go powiódł, strojny w kręte łuki,
W gipsowe gzemsy, we figury sine,
I rzekł mu, wprowadziwszy: »Tu, złotko jedyne...«

XVIII.
Śmiechem młodego przyjął towarzysza
Chór małych paniąt... Gdy się lekcye poczną,
Gdy grzmi profesor, iżby była cisza,
Jeszcze się wszystko zwraca w ławkę boczną,
Gdzie siedział Wojtek... Zrobiło się mroczno
W oczach malcowi i od razu cały
Spłonął, jak burak; toć rzeczą widoczną,
Że to się z niego »te paniczki« śmiały,
Aż świerszczki im, jak krople, w onych »ślepkach« drżały.

XIX.
Cóż za dziwota? nowiutki mundurek
Jakoś nie bardzo przylegał do ciałka;
Wisiał po bokach, nakształt onych skórek,
Które Jan święty, co gromił pyszałka,
Króla Heroda — zanim jeszcze śmiałka
Ściął miecz katowski —, wokół biódr swych wieszał,
A takie dzieci zawszeć, jak zapałka,
Łatwo się palą... Darmo się pocieszał
Mój Wojtuś, że się skończy: śmiech się z gwarem mieszał.

XX.
Przytem podbite miał ćwieczkami buty,
Bóg wie, na czyje przykrajane nogi,
Stąd malcy szepcą: »to jak koń podkuty«,
Ilekroć chłopak wszedł za szkolne progi.
Ojczysko myślał: »duży-ć kawał drogi,
Więc trzeba »skorzni« niby nie ladaco;
I zima przyjdzie, mróz zawita srogi,
Włożyć wiechetek... zresztą ludzie płacą —
Nikt darmo nic nie zrobi — trzeba wiedzieć, za co...«

XXI.
Prawda, do szkoły pewnie miał z pół mili
Lub może więcej; ano-ć Bartosz biedny,
Więc na »pensye« żadne się nie sili...
Matka co rano — chłopak nie wybredny
I biedy jeszcze zażyje nie jednéj —
Wetknie mu sera, ze trzy kromki chleba,
Czasem słoninki smacznej, »nieobrzednej«,
Jak mówią ludzie i jak tego trzeba,
Przeżegna go na drogę: »Biegaj w imię nieba...«

XXII.
I Wojtuś spieszy razem ze skowronkiem,
Szarym śpiewakiem, co nad gniazdkiem nuci
Z góry, w obłoczkach; razem z kraśnem słonkiem,
Kiedy kraśniejszą jeszcze zorzę rzuci;
Razem z tą wierzbą, co się rankiem kłóci
Z dosłyszalnymi ledwie szepty wiewu,
Z tym swawolnikiem o miłosnej chuci,
I — niby też tak udaje, że z gniewu —
Rozkoszne roni łezki w takt ptasiego śpiewu.

XXIII.
I jemu nieraz poranek różowy,
Pełen melodyi i szeptów tajemnych,
Rozwiąże usta do dziwnej rozmowy

Z szelestem trawy lub z dźwiękiem nadziemnych
Onych pieśniarzy, jak życie przyjemnych —
O śmiechach wtedy zapomniał — jak życie,
Ach! bez tej troski i bez plam tych ciemnych:
»Kołysz się, trawko!« pocznie szeptać skrycie,
Lub »Kiedy ranne wstają« utopi w błękicie...

XXIV.
Tak przejdzie lato... Zimą, kiedy spadną
Zaspy śnieżyste na uśpione łany;
Gdy nade drogą topole pobladną
I zżółkną liczne szmaragdów dywany,
Gdy zmilknie ptasząt dźwięczny chór, rozgrany,
Niby tysiączne na niebie kapele,
Ojciec go nieraz bierze na »barany«
I na pół drogi, co się śniegiem ściele,
Poniesie, »by też dziecku ulżyć małowiele...«

XXV.
Czasem po szkole, gdy się niebo schmurzy,
Gdy się zbyt straszne sypią zawieruchy,
Trudno do domu wracać w takiej burzy —
Jeszczeby zbłądził w wieczór ciemny głuchy —
W czas ten przy »krzyżu« nawet straszą duchy —,
Więc na probostwo, jak się z bożym sługą
Umówił ojciec. Tu, między pastuchy,
W czeladnej, łyknie łyżkę jedną, drugą,
A potem do owczarni, przespać nockę długą...

XXVI.
Nie będę zacnych czytelników nudził
Nazbyt szerokim, rozwlekłym wywodem,
Jak się nad książką mój bohater trudził,
Walcząc w izdebce z półmrokiem i chłodem:
Kiedy sen spłynie słodkim, lepkim miodem
Na spracowane, wybiedzone kmiecie,

Gdy kury posną, naderszałe lodem,
Gdzieś na przypiecku; wtedy chłopskie dziecię
Zasnuwa się, jak pająk, w swej nauki siecie...

XXVII.
Na stole kawał stłuczonej skorupy,
A w niej w okrasie barchanowy knotek
Miga, jak żywy, gdy w środek chałupy
Przemknie się czasem, snać w celu pustotek,
Mroźnawy wietrzyk; zęby, jak ów młotek,
Gdy chłop na »babce« w żniwa kosę klepie,
Prawie tak dzwonią: to nic! istny kotek,
Skuli się w kabłąk, lub, jak ptak, się strzepie
I, pięścią trąc, rozkleja te »nieznośne ślepie«.

XXVIII.
To gramatyka, to miła algiebra,
Nieraz do później zajmują go nocy,
Aż krzyże wisną, aż go bolą żebra
Od wybierania tych rajskich owocy;
Nieraz potrzeba »ducha« całej mocy,
By z jakąś składni porać się zagadką,
Aż rozwiązanie, jak ta kula z procy,
Wystrzeli z głowy, co jest niby klatką
Przeróżnych ptaków »wiedzy« lub — starganą szmatką.

XXIX.
To znów z pomocą bakalarskich szczudeł
Pnie się, podrósłszy, na Parnasu szczyty,
Garstką z kastalskich czerpie napój źródeł,
Homerowymi olśnionych błękity;
Z Horacym stawia pomnik niespożyty,
Nad piramidy trwalszy i nad spiże,
Tylko lepczycą straszliwie owity,
Co go mądrości szkolnej szczecią liże, —
Lub piersią wdycha wonie Wirgilego świéże.

XXX.
Tak! co za zapach w onych pieśniach czysty!
Zazdrościć blasków tych starożytnikom!
Tutaj niezwykłe, patrzcie! aorysty,
Co się nie śniły żadnym prozaikom;
Tam znów dygamma, bodaj eolikon,
Tu anakruzys, a tam dwa spondeje,
Miast — Bóg wie, czego... W sporze z gramatyką
Tu zwrot się jakiś, niby satyr, śmieje —
Wyliczyć wszystkie cuda, daremne nadzieje!...

XXXI.
O pieśni dawne! o wspaniałe pieśni!
Dziś jeszcze kroczym śladem waszych wzorów,
Lecz bez tej śniedzi, bez grzybkowej pleśni,
W którą was kryje mądrość profesorów!
Wy macie urok tych jasnych wieczorów,
Kiedy gwiazd tysiąc nad wodami pała,
Lub blask południa, woń mirtowych borów
I nieskalany czar nagiego ciała
Dziewicy, co dopiero z słodkich marzeń wstała...

XXXII.
Wy macie siłę onych wielkich mężów,
Półbogów macie potężną wspaniałość,
Rykiem lwa grzmiącą w takt srebrnych orężów,
Na przeniewierstwo i wroga zuchwałość;
Mądrość się kryje i rozumna dbałość
We waszem wnętrzu o skarby żywota;
Sentymentalna obcą wam ospałość,
Lecz jędrność jara, niby iskra złota,
Poucza: cnotą rozkosz, a rozkoszą cnota!

XXXIII.
Giętkie jesteście, jak ci zapaśnicy,
Co w świętych Delfach lub gajach Istmosu,
Z zapałem w piersi i z ogniem w źrenicy,

Którą rozpalił cud waszego głosu,
Czarują tłumy, zbite nakształt stosu,
Tęgością mięśni i zręcznymi członki.
I tłum, z szczęsnego zadowolon losu,
Co daje zdrową rozkosz bez osłonki,
W dłoń klaszcze, chwieje czoła, jak oliwne płonki.

XXXIV.
Ileż barw tutaj! ileż we was życia!
Tam Zews grom rzuca; tu się Helios toczy
Na złotym wozie; z leśnego ukrycia,
Jakaś dryada wychyla tu oczy,
Tu się chór najad kąpie w wód przezroczy,
Tam z oczekiwań pobladła Selene;
Tu się Demeter skarży, tam ochoczy
Graniem swem leśną Pan wypełnia scenę;
Tam! patrzcie — ona wstaje, Anadyomene!...

XXXV.
O zbliż się do mnie, w całym swym uroku
Zbliż się, o boska! ty, co z głębin morza
Wstajesz i w światła porannym potoku
Kąpiesz swe ciało i płoniesz, jak zorza.
O nieśmiertelna rozkoszą! o hoża
Swą dziewiczością wieczystą — rumieńcem,
Który nie gaśnie, choć się dotkniesz łoża:
O zbliż się! zbliż się i swych ramion wieńcem
Przyciśnij mnie do piersi — jam dziś twoim jeńcem!...

XXXVI.
Co? to jest cynizm? orgia?... Wojtek Skiba
Nie weźmie ze mnie przykładu... po temu
Lat jeszcze niema, choć świeży, jak ryba,
A wy, panowie, co mi tak ku złemu
Macie mój system, i wy bez systemu
Wszak nie jesteście, jak dwa a dwa cztery:

Nie córze morskiej, bóstwu niewinnemu,
Ale z systemem, co jest bardzo szczery,
Składacie hołd tiurniurze ulicznej Wenery!

XXXVII.
Ale nie sądźcie, że i mój bohater
Marzył o cudu z srebrnych pian porodzie...
Nie! wówczas jeszcze ów miłosny krater,
Co młode serca rwie, pali i bodzie
Piekącą lawą, że tam już o wodzie
Ani pomyśleć — ratunek daremny! —
Nie miał w nim Etny. O głodzie i chłodzie
O atomicznej styczności wzajemnej
Nie czytał Arystypa teoryi przyjemnej...

XXXVIII.
Arystyp!... Boże!... Lubię filozofy
I tych pieśniarzy, co z babska nie płaczą,
Lecz z życia śliczne układają strofy,
Namiętne, zdrowe, wyblakłą rozpaczą
Nie zaprawione — bachantki, co skaczą,
Wpół pijanego czcząc Dyonizosa;
Strofy, co mlekiem i miodem nas raczą,
A tak się błyszczą, jak tysiączna rosa
Na polach, gdy się w słońce przystroją niebiosa...

XXXIX.
Lecz może znowu powód do obruszeń
Na tę »moralność materyalistyczną«,
Która »ślizkością wężowych pokuszeń«
Żądzę nam w łonie obudza dziedziczną,
Tę chuć zwierzęcą, hydrę stujęzyczną,
Wyciągającą lubieżne języki
Po oną słodycz, po tę krasę śliczną
Niedozwolonych owoców, że krzyki
Tu płone wszelkiej »czystszej, duchowej« etyki...

XL.
Na miłość blasków porannego słońca
Nie posyłajcie mnie jeszcze do piekła,
Gdzie pono ciemność leje się bez końca,
I czarna smoła, od żaru rozciekła,
I skąd, gdy duszę w tę otchłań urzekła
Wasza moralność, już niema powrotu;
Na woń tych kwiatów, których nie zesiekła
Ręka, co wszystko dziś poświęca błotu,
Rozwińce ze mną pióra do dalszego lotu!...

XLI.
Mój Wojtuś nie był materyalistą...
Rósł, a z latami gdy i wiedza rosła,
Żądza mu duszę jęła kiełzać czystą,
Co marzeń cudnych czar za sobą niosła:
W łódź wchodził złotą, złote chwytał wiosła,
I tak szybował po bezmiernej fali,
Olśnionej blaskiem dziewiczego posła,
Co spłynął z nieba, co się słońcem pali
I nęci go za sobą wciąż dalej i daléj...

XLII.
I wiatr się rusza i toń cała dźwięczy,
I brzmi powietrze i ziemia dokoła,
Że z niemi razem śpiewa duch młodzieńczy,
Wpatrzon w oblicze jasnego anioła,
I zachwycony z głębi duszy woła:
»Posłańcze boży! promienisty Grachu
Z nieśmiertelności koroną u czoła!
Odurz mnie siłą rajskiego zapachu —
Tą siłą dumnej skroni i tych ócz bez strachu!

XLIII.
O Winkelrydzie! o odważny Tellu!
Nad gór rodzimych niebotyczne wieże
Duch wasz, porwany wspaniałością celu,

Płomienne skrzydeł swych roztoczył pierze!
O ty posępnych cierpień bohaterze,
Wyrosły z wnętrza rozdartego ducha,
Anhelli! blady, jak śnieżyste leże
Onych skazańców, zrozpaczon, jak głucha
Głąb kopalń, gdzie młot tylko brzmi i szczęk łańcucha!«

XLIV.
To znów marmury dziejowego dłuta
I niedościgłe twory wyobraźni,
Które tworzyła, nieraz jadem truta,
A jednak zdrowa — jadem łez i kaźni,
W całość się w bratniej zlewały przyjaźni,
Prawda, z początku mglistą i niepewną,
Ale z dniem każdym patrzącą wyraźniéj
Natchnioną twarzą Chrystusa, pokrewną
Z niebieską tonią, słońca blaskami ulewną.

XLV.
Patrzcie! wnet twarz się promieniąca chmurzy!
Patrzcie! wnet gibka ta się postać zgina
Pod ciężkiem jarzmem bolesnej podróży
Za serc zdobyczą... Patrzajcie! godzina
Dla Człowieczego już nadeszła Syna:
Jak chmur płachciska, już się tłuszcza zbliża,
Nad ściek plugawsza, jadem złości sina —
Postać Judasza prowadzi ją ryża
I krzyczy: »Hej! z zbrodniarzem do krzyża! do krzyża!...«

XLVI.
Kona Zbawiciel!... Noc już dzień przyćmiewa;
Wieczorna gwiazda patrzy na konanie,
I Wojtuś patrzy... Z cedrowego drzewa
Spływa głos cichy, jak najcichsze granie:
»Wojciechu, słyszysz?...« »Słyszę, Chryste Panie!«
»Widzisz tę gwiazdę na tem mglistem niebie?«

»Widzę!...« »To prawda ma tak ciemne słanie,
Jak ja, idź za nią o żebraczym chlebie:
Dla bliźnich żyj! cierp za nich! nie chciej nic dla siebie...«

XLVII.
To egzaltacya? o kupieckie dusze!
Przed wami w własnym padnę interesie,
Chcę zrobić gieszeft, czek wam podać muszę,
Zacni maklerzy, co mi coś przyniesie:
Obniżę poziom mej pieśni... Wszak w lesie,
Obok wyniosłej, niebosiężnej jodły
Rośnie krzewina, co jałowcem zwie się...
Słusznie, gdy skrzydła, co was w górę wiodły,
W dół skręcą, trochę brudny i troszeczkę podły...

XLVIII.
Nic nie chciał Wojtuś dla siebie; tak za nic
Miał niby swoją osobę; dziwoty
Żadnej w tem niema, boć przecie od granic
Najpierwszych latek aż do dziś, gdy złoty
Spłynął nań promień i brał go w swe sploty,
Uwite z wiedzy i marzeń, wokoło
Nikt jakoś w sobie nie uczuł ochoty,
By mu powiedzieć, że coś wart, że czoło
Powinien dumnie podnieść, spojrzeć w świat wesoło...

XLIX.
Miłość rodziców była tą miłością,
Jaką otacza suka swe szczenięta:
Jak szpik, co chłopskim właściwy jest kościom,
Silna, choć kryła ją cisza, poczęta
W trosk legowisku... Miłość owa, święta
W swojej zwierzęcej prostocie, powoli,
Niby pszenica ku ziemi nagięta,
Gdy grad ją zbije na przepulchnej roli,
Zmieniała się w ten smutek, co do głębi boli.

L.
Ojciec się starzał... Przed rokiem mniej więcéj
Miał nawet ciężki wypadek, co w łoże
Na »kilka czasów« go rzucił... »Tysięcy
Chciał się dorobić niestworzenie boże!
Jak wół harował — na kogo? Czy może
Na tego synka? Dyć to dmie się owo,
Jak wesz na szewku! Mówią i we dworze,
Że taki na nic! Wystrychnie ich zdrowo
Na dudków« — takie po wsi rozbrzmiewa już słowo...

LI.
»Pewnie, że mają racyą!« — w przystępie
Żalu i troski, rzekł raz Bartosz żonie;
»Człek tutaj siedzi, jak dyabeł na kępie —
Boże mi przebacz — i bije się w skronie,
A znikąd rady uczciwej... Na łonie
To się chuchało, myślący pociechy
Dożyć się kiedyś... Lepiej, że utonie
Wszystko od razu... Bóg daruje grzechy —
A grzechem było piąć się — i — ustaną śmiechy«.

LII.
Ale kobiecku żal się było rozstać
Z myślą, co w sercu wypieściła na dnie:
»Nie wiem-ci, za co Bóg by miał nas chłostać?
Bieda bo bieda! jak komu wypadnie;
A że się ludzie, tak jak koń, na zadnie
Stawiają nogi i szydzą w swej pysze —
Na świecie różnie-ć się dzieje: Któż zgadnie,
Co onych czeka?... Toć to książka pisze:
Pocięte jutro żyto, co się dziś kołysze...

LIII.
Nie idzie dobrze...« — rzecze — »jesteś chory,
Ale ja-ć jeszcze zdrowa, Bogu dzięki,
I krowy-ś jeszcze nie sprzedał z obory —

A zresztą człowiek stworzony na męki:
Będę harować... Każdy dąb ma sęki,
Nie dziw, że żywot też-ci nie jest gładki
I że nie wszystko tak idzie od ręki:
Coś począł, dokończ; porzuć one gadki,
Harujmy, aż ostatnie będą wisieć szmatki...«

LIV.
I harowali tak zimę i lato,
Za próg domostwa pędząc niepokoje,
Nazbyt natrętne... A on, patrząc na to,
Czuł, jak wdzięczności wzbierały mu zdroje
W młodzieńczej piersi. Bo wszak-ci ostoję
Człek ma jedyną w rodzicach, co w męce
Spędzają dni swe — dla dzieci... Oboje
Byli mu drodzy, w serdecznej podzięce
Obojgu też całował spracowane ręce.

LV.
Ale to wiedział, że tęczowych skrzydeł,
Co w ciszy dumań niosły go nad ziemię,
Nie da rodzicom; że nie porwie sideł,
W których ich dusza uwikłana drzemie;
Myśli, co jemu rozsadzały ciemię,
Ten duch ich prosty — wiedział — nie podziela,
Bo skąd się na to zdobyłoby plemię,
Chowane w nocy, w trosce, bez wesela?
Więc szukał powiernika, szukał przyjaciela...

LVI.
A wszak to przyjaźń, co ożywia sfery —
Tak sobie szeptał słowami poety[1]
Bez niej nauka to martwe litery,
I ludzie bez niej to zżółkłe szkielety...
Lecz kto tej zaznał płomiennej podniety,

Staje się słońca przejasnym okruchem;
Przyjaźń ma postać przeczystej kobiety,
Co sypie na cię rajskich kwiatów puchem,
Że człekiem już nie jesteś, ale jesteś duchem...

LVII.
Zdawało mu się, że swych myśli brata
Odnalazł w jakiejś figurze sąsiedzkiéj:
Był to młodzieniec snać z »wyższego świata«,
Lecz dobrze nie wiem, czy to syn szlachecki,
Czy fabrykancki lub bankierski... Grecki
Prawie miał profil; był nadzwyczaj grzeczny,
Chłopskiej-by nawet nie obraził kiecki,
Więc z jego strony był Wojtek bezpieczny,
I stąd też się poczuwał do wdzięczności wiecznéj.

LVIII.
Mówił z nim nieraz, zwłaszcza, gdy chodziło
O koleżeńskie, zwyczajne przysługi:
Dać coś odpisać, jak Wojtkowi miło,
Coś podpowiedzieć, gdy zawinił drugi,
Znieść nawet karę... Na słoneczne smugi
Myślał więc z sobą wziąć tego młodzieńca,
Gdzie serca ludzkie krają idej pługi,
Złocone blaskiem jutrznianego wieńca,
I czynią z człeka dążeń bohaterskich jeńca...

LIX.
I raz, skończywszy właśnie »Irydyona«,
Czy bodaj »Dziady«, przed dobrym sąsiadem
Z przepełnionego jął wylewać łona,
Co czuł, co myślał; z brylantów dyadem
Uplatał wieszczych, rzekł, że trza iść śladem
Tych mężów z pieśni; niczem wszystkie straty
Przy wielkich celach; aż na licu bladem,
Kiedy tak mówił, róż spłonęły kwiaty —
Wtem sąsiad rzekł: »ja nie wiem, lecz się spytam taty...«

LX.
Coś w dzień następny mój panicz słóweczkiem
Przywita Wojtka ponad zwyczaj skorem —
Wszak, mówię, zawsze był grzeczny —: »Z tateczkiem
O wszystkiem zaraz mówiłem wieczorem;
Lecz tatko na to: zostaniesz doktorem,
A reszta mrzonki... Dalej też powiadał,
Że niby dobrym nie poświecę wzorem,
Gdy będę z tobą tak brat za brat siadał...
Że jesteś niby — chłopem; lecz w tem się przegadał«.

LXI.
Czy się przegadał lub nie, od tej chwili
Wojtek dobrego unikał koleżki;
Już też nikogo więcej się nie sili
Prowadzić z sobą na słoneczne ścieżki:
Stroni od wszystkich... Jak te głogów kierzki,
Co gdzieś w samotnej rozkwitły ustroni,
Którą zielone pokrywają meszki,
Tak jego myśli, kąpiące się w toni
Niebieskiej, kwitną zdala, pełne dzikiej woni...

LXII.
Lecz człowiek, wiecie, to nie żadne głogi,
Które od lasu stronią nazbyt dumnie:
Taką naturę dały nam już bogi,
Że choćbyś, bracie, działając rozumnie,
Zamknął się w sobie, niby w ciasnej trumnie,
To jeszcze widmo, jak ten mgły obłoczek,
Wciska się z zewnątrz i szepce: »chodź ku mnie«,
I ty — posłuchasz, palisz się, jak stoczek,
Jeżeliś, zwłaszcza, skończył siedemnasty roczek...

LXIII.
Pewnego razu... Lecz wprzód, moi drodzy,
Nim jeszcze dalszym pofolguję słowom,
Zanim popuszczę swemu pióru wodzy,

Aby was z dolą zapoznać Wojtkową,
Księdza gosposię przedstawię wam nową —
Owóż stosowną chwileczkę upatrzę
I powiem naprzód, że już była wdową,
Po filozofie, tak, po Dyzmie Wiatrze,
I że ją odziedziczył ksiądz po swym konfratrze...

LXIV.
W Ponikiewicach mąż jej był dzwonnikiem
I dzwonił zawsze, w piątki i niedziele:
Czy komu domek zrobić pod krzyżykiem,
Czy chrzcić, czy sute wyprawić wesele,
Bim, bam, bum Dyzma na wieży w kościele.
Chłopy, bywało, dobrze płacą za to,
Więc i mój dzwonnik przed gminą na czele
Szczycił się krową i bielutką chatą
I kożuch miał na zimę i surdut na lato...

LXV.
Że był piśmiennym, choć swoje nazwisko
Zbawienia świętym podpisywał znakiem,
Więc z swej mądrości zwykł się też chłopisko
Chełpić przed księdzem — przecież nie był żakiem,
Wiedział, że gwiazdy posiał gęstym makiem
Pan Bóg na niebie, że ziemia to pieczeń,
Co się na rożnie obraca, że ptakiem
Słoń jest — chciał jeszcze w szale swych docieczeń
Czy słychać, jako rośnie trawa, ubezpieczeń.

LXVI.
»Dyć, jegomości«, mawiał do książulka,
»Są-ci pyszałki, choć im z za kołniérza —
No Boże odpuść! jak pan, co to Wólka
Mu się należy — powrócił z Paryża
I już nie klęknie u świętego krzyża,
A, jeno dmie się, a tak dmie się sprośnie,

Kiej niekatolik, a zaś kawał zwiérza,
O, taki mądry, mówią o tem głośnie,
A jednak, ba! nie słyszy, jako trawa rośnie«.

LXVII.
»Rośnie, nie rośnie«, jegomość odpowie,
»Oto się dusza nie trwoży pobożna.
Prawdziwa mądrość tylko w bożem słowie.
Tu niechaj szuka spokoju myśl trwożna
I tu mądrości, a dojść do niej można,
Gdy się w kościele z kornem czołem stawa
I rzuca wszystko, nawet pieczeń z rożna,
I na ofiarę — choćby spodnie dawa,
O, taki słyszy nawet, jako rośnie trawa...«

LXVIII.
Odtąd się Dyzma niczem nie rozczula,
Nawet tabaki nie sypie do roga,
Tylko co może zanosi do Szmula:
Od krowy, kury do snopka i stoga
Wszystko to oddał słudze Pana Boga —
Całą chudobę. A kiedy mu żona:
»Cóżeś to zrobił?« »Cicho, moja droga!
Ofiara moja będzie nagrodzona,
Usłyszę jako rośnie ta trawa zielona...«

LXIX.
I od sąsiada chodzi do sąsiada
Z szyją, nakrytą kawałem fartucha,
»No«, i bywało, »mój kumotrze«, gada,
»Jak trawa rośnie, człek na darmo słucha,
Trzeba się wyrzec wszystkich pokus brzucha,
Księdzu ostatni zanieść kęs słoniny,
Bo oto idzie już królestwo ducha —
Mawia jegomość —, a od tej godziny
Usłyszy człek, jak rośnie trawa wśród darniny«.

LXX.
Lecz niezadługo, jak się często zdarza
Wszem zapaleńcom, mój dzwoniarz piśmienny,
O obowiązkach zapomniał dzwoniarza:
Coś niby łaził, jak gdyby był senny,
Przychodził późno; często i stajenny
Księdza proboszcza już idzie, bywało;
Często, gdy dzwonił, nagle głos brzemienny
Dzwonów się urwie: to jemu się zdało,
Że w głosie tym złowieszcze: »a czy słychać?« brzmiało.

LXXI.
»Dobrze, mój Dyzma« ksiądz proboszcz wciąż prawi,
Dopóki Dyzma dostarczał jałmużny,
Ale gdy chłopi: »myśma nie ciekawi,
Jak trawa rośnie«, »Dyzma człowiek próżny,
Dyzma filozof; niech inny usłużny
Będzie wam dzwonnik«, rzecze proboszcz gminie...
»A żona, księże?« — (nos miała podłużny
I piękne oko między księżmi słynie).
»A! żona! prawda! z żony zrobię gospodynię...«

LXXII.
I tak się stało... żona na probostwo,
A on w łachmanach po wiosce się włóczy,
Za nim dzieciaków, jak jakie paprostwo,
Powiewa ciżba i ze śmiechem huczy:
»Patrzta! filozof! niech nas też nauczy
Swojej mądrości — jak trawa podrasta...
A gdzie Maryna? U księdza się tuczy...
Matula mówią: to »harna« niewiasta
I pulchna jest, jak w dzieży rosły kawał ciasta...«
— — — — — — — — — — — — — — — — — —

Grafika na koniec utworu.jpg


  1. Schiller


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.