Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/433

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
327
WOJTEK SKIBA

Płomienne skrzydeł swych roztoczył pierze!
O ty posępnych cierpień bohaterze,
Wyrosły z wnętrza rozdartego ducha,
Anhelli! blady, jak śnieżyste leże
Onych skazańców, zrozpaczon, jak głucha
Głąb kopalń, gdzie młot tylko brzmi i szczęk łańcucha!«

XLIV.
To znów marmury dziejowego dłuta
I niedościgłe twory wyobraźni,
Które tworzyła, nieraz jadem truta,
A jednak zdrowa — jadem łez i kaźni,
W całość się w bratniej zlewały przyjaźni,
Prawda, z początku mglistą i niepewną,
Ale z dniem każdym patrzącą wyraźniéj
Natchnioną twarzą Chrystusa, pokrewną
Z niebieską tonią, słońca blaskami ulewną.

XLV.
Patrzcie! wnet twarz się promieniąca chmurzy!
Patrzcie! wnet gibka ta się postać zgina
Pod ciężkiem jarzmem bolesnej podróży
Za serc zdobyczą... Patrzajcie! godzina
Dla Człowieczego już nadeszła Syna:
Jak chmur płachciska, już się tłuszcza zbliża,
Nad ściek plugawsza, jadem złości sina —
Postać Judasza prowadzi ją ryża
I krzyczy: »Hej! z zbrodniarzem do krzyża! do krzyża!...«

XLVI.
Kona Zbawiciel!... Noc już dzień przyćmiewa;
Wieczorna gwiazda patrzy na konanie,
I Wojtuś patrzy... Z cedrowego drzewa
Spływa głos cichy, jak najcichsze granie:
»Wojciechu, słyszysz?...« »Słyszę, Chryste Panie!«
»Widzisz tę gwiazdę na tem mglistem niebie?«