Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/434

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
328
JAN KASPROWICZ

»Widzę!...« »To prawda ma tak ciemne słanie,
Jak ja, idź za nią o żebraczym chlebie:
Dla bliźnich żyj! cierp za nich! nie chciej nic dla siebie...«

XLVII.
To egzaltacya? o kupieckie dusze!
Przed wami w własnym padnę interesie,
Chcę zrobić gieszeft, czek wam podać muszę,
Zacni maklerzy, co mi coś przyniesie:
Obniżę poziom mej pieśni... Wszak w lesie,
Obok wyniosłej, niebosiężnej jodły
Rośnie krzewina, co jałowcem zwie się...
Słusznie, gdy skrzydła, co was w górę wiodły,
W dół skręcą, trochę brudny i troszeczkę podły...

XLVIII.
Nic nie chciał Wojtuś dla siebie; tak za nic
Miał niby swoją osobę; dziwoty
Żadnej w tem niema, boć przecie od granic
Najpierwszych latek aż do dziś, gdy złoty
Spłynął nań promień i brał go w swe sploty,
Uwite z wiedzy i marzeń, wokoło
Nikt jakoś w sobie nie uczuł ochoty,
By mu powiedzieć, że coś wart, że czoło
Powinien dumnie podnieść, spojrzeć w świat wesoło...

XLIX.
Miłość rodziców była tą miłością,
Jaką otacza suka swe szczenięta:
Jak szpik, co chłopskim właściwy jest kościom,
Silna, choć kryła ją cisza, poczęta
W trosk legowisku... Miłość owa, święta
W swojej zwierzęcej prostocie, powoli,
Niby pszenica ku ziemi nagięta,
Gdy grad ją zbije na przepulchnej roli,
Zmieniała się w ten smutek, co do głębi boli.