Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/426

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
320
JAN KASPROWICZ

XX.
Przytem podbite miał ćwieczkami buty,
Bóg wie, na czyje przykrajane nogi,
Stąd malcy szepcą: »to jak koń podkuty«,
Ilekroć chłopak wszedł za szkolne progi.
Ojczysko myślał: »duży-ć kawał drogi,
Więc trzeba »skorzni« niby nie ladaco;
I zima przyjdzie, mróz zawita srogi,
Włożyć wiechetek... zresztą ludzie płacą —
Nikt darmo nic nie zrobi — trzeba wiedzieć, za co...«

XXI.
Prawda, do szkoły pewnie miał z pół mili
Lub może więcej; ano-ć Bartosz biedny,
Więc na »pensye« żadne się nie sili...
Matka co rano — chłopak nie wybredny
I biedy jeszcze zażyje nie jednéj —
Wetknie mu sera, ze trzy kromki chleba,
Czasem słoninki smacznej, »nieobrzednej«,
Jak mówią ludzie i jak tego trzeba,
Przeżegna go na drogę: »Biegaj w imię nieba...«

XXII.
I Wojtuś spieszy razem ze skowronkiem,
Szarym śpiewakiem, co nad gniazdkiem nuci
Z góry, w obłoczkach; razem z kraśnem słonkiem,
Kiedy kraśniejszą jeszcze zorzę rzuci;
Razem z tą wierzbą, co się rankiem kłóci
Z dosłyszalnymi ledwie szepty wiewu,
Z tym swawolnikiem o miłosnej chuci,
I — niby też tak udaje, że z gniewu —
Rozkoszne roni łezki w takt ptasiego śpiewu.

XXIII.
I jemu nieraz poranek różowy,
Pełen melodyi i szeptów tajemnych,
Rozwiąże usta do dziwnej rozmowy