Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/427

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
321
WOJTEK SKIBA

Z szelestem trawy lub z dźwiękiem nadziemnych
Onych pieśniarzy, jak życie przyjemnych —
O śmiechach wtedy zapomniał — jak życie,
Ach! bez tej troski i bez plam tych ciemnych:
»Kołysz się, trawko!« pocznie szeptać skrycie,
Lub »Kiedy ranne wstają« utopi w błękicie...

XXIV.
Tak przejdzie lato... Zimą, kiedy spadną
Zaspy śnieżyste na uśpione łany;
Gdy nade drogą topole pobladną
I zżółkną liczne szmaragdów dywany,
Gdy zmilknie ptasząt dźwięczny chór, rozgrany,
Niby tysiączne na niebie kapele,
Ojciec go nieraz bierze na »barany«
I na pół drogi, co się śniegiem ściele,
Poniesie, »by też dziecku ulżyć małowiele...«

XXV.
Czasem po szkole, gdy się niebo schmurzy,
Gdy się zbyt straszne sypią zawieruchy,
Trudno do domu wracać w takiej burzy —
Jeszczeby zbłądził w wieczór ciemny głuchy —
W czas ten przy »krzyżu« nawet straszą duchy —,
Więc na probostwo, jak się z bożym sługą
Umówił ojciec. Tu, między pastuchy,
W czeladnej, łyknie łyżkę jedną, drugą,
A potem do owczarni, przespać nockę długą...

XXVI.
Nie będę zacnych czytelników nudził
Nazbyt szerokim, rozwlekłym wywodem,
Jak się nad książką mój bohater trudził,
Walcząc w izdebce z półmrokiem i chłodem:
Kiedy sen spłynie słodkim, lepkim miodem
Na spracowane, wybiedzone kmiecie,