Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/424

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
318
JAN KASPROWICZ

I spędza chmurę wszelakiego żalu,
Co wargom zbladłym nadaje koralu
Świeżość różową, a w oku przygasłem
Roznieca znowu żywe skry opalu:
Kogo ty łonem nie grzejesz ogasłem,
Ten życia nie przetrawi, niby bułki z masłem.

XIV.
Bartłomiej Skiba snać nie potrzebuje
Tej apostrofy do wszechwładnej pani;
Widać w kieszeni od kaftanka czuje
Środek, co wiedzie do szczęsnej przystani;
Widać, że smutek, który serce rani
I ciemny obłok napędza na lica,
Gdzieś się w ostatniej zagrzebał otchłani,
Gdyż twarz mu świeci, tak jak twarz księżyca,
Gdy wchodzi, to do Czaji, to znów do Moryca.

XV.
Ano, rzecz prosta! Gdy się już tak stało,
Że iść miał Wojtuś pomiędzy uczebne,
Więc zaopatrzył się w groszy niemało;
Surdut potrzebny i »korty« potrzebne;
»Czasy-ć dzisiejsze, prawda! mało chlebne,
Lecz jakoś pójdzie; człek uchowa bydlę,
Więc też«, tak myślał, »to i owo zgrzebnę,
A i robota idzie, jak po mydle,
Powróci się ta strata na jastrzębiem skrzydle...«

XVI.
Tylko z kupcami nie mógł przyjść do ładu,
Tu nie do gustu, tam znów trochę słono —
»A! panie kupiec, ino nie z pośladu,
Lecz coś lepszego; pogadałem z żoną,
I ona myśli, że się godzi pono
Wziąć w takim razie niby coś od święta;