Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/440

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
334
JAN KASPROWICZ

Kiej niekatolik, a zaś kawał zwiérza,
O, taki mądry, mówią o tem głośnie,
A jednak, ba! nie słyszy, jako trawa rośnie«.

LXVII.
»Rośnie, nie rośnie«, jegomość odpowie,
»Oto się dusza nie trwoży pobożna.
Prawdziwa mądrość tylko w bożem słowie.
Tu niechaj szuka spokoju myśl trwożna
I tu mądrości, a dojść do niej można,
Gdy się w kościele z kornem czołem stawa
I rzuca wszystko, nawet pieczeń z rożna,
I na ofiarę — choćby spodnie dawa,
O, taki słyszy nawet, jako rośnie trawa...«

LXVIII.
Odtąd się Dyzma niczem nie rozczula,
Nawet tabaki nie sypie do roga,
Tylko co może zanosi do Szmula:
Od krowy, kury do snopka i stoga
Wszystko to oddał słudze Pana Boga —
Całą chudobę. A kiedy mu żona:
»Cóżeś to zrobił?« »Cicho, moja droga!
Ofiara moja będzie nagrodzona,
Usłyszę jako rośnie ta trawa zielona...«

LXIX.
I od sąsiada chodzi do sąsiada
Z szyją, nakrytą kawałem fartucha,
»No«, i bywało, »mój kumotrze«, gada,
»Jak trawa rośnie, człek na darmo słucha,
Trzeba się wyrzec wszystkich pokus brzucha,
Księdzu ostatni zanieść kęs słoniny,
Bo oto idzie już królestwo ducha —
Mawia jegomość —, a od tej godziny
Usłyszy człek, jak rośnie trawa wśród darniny«.