Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
331
WOJTEK SKIBA

Staje się słońca przejasnym okruchem;
Przyjaźń ma postać przeczystej kobiety,
Co sypie na cię rajskich kwiatów puchem,
Że człekiem już nie jesteś, ale jesteś duchem...

LVII.
Zdawało mu się, że swych myśli brata
Odnalazł w jakiejś figurze sąsiedzkiéj:
Był to młodzieniec snać z »wyższego świata«,
Lecz dobrze nie wiem, czy to syn szlachecki,
Czy fabrykancki lub bankierski... Grecki
Prawie miał profil; był nadzwyczaj grzeczny,
Chłopskiej-by nawet nie obraził kiecki,
Więc z jego strony był Wojtek bezpieczny,
I stąd też się poczuwał do wdzięczności wiecznéj.

LVIII.
Mówił z nim nieraz, zwłaszcza, gdy chodziło
O koleżeńskie, zwyczajne przysługi:
Dać coś odpisać, jak Wojtkowi miło,
Coś podpowiedzieć, gdy zawinił drugi,
Znieść nawet karę... Na słoneczne smugi
Myślał więc z sobą wziąć tego młodzieńca,
Gdzie serca ludzkie krają idej pługi,
Złocone blaskiem jutrznianego wieńca,
I czynią z człeka dążeń bohaterskich jeńca...

LIX.
I raz, skończywszy właśnie »Irydyona«,
Czy bodaj »Dziady«, przed dobrym sąsiadem
Z przepełnionego jął wylewać łona,
Co czuł, co myślał; z brylantów dyadem
Uplatał wieszczych, rzekł, że trza iść śladem
Tych mężów z pieśni; niczem wszystkie straty
Przy wielkich celach; aż na licu bladem,
Kiedy tak mówił, róż spłonęły kwiaty —
Wtem sąsiad rzekł: »ja nie wiem, lecz się spytam taty...«