Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
248
JAN KASPROWICZ

Jeszcze nikt się nie zanurzył w złocie:
Dał szczęście, że się człowiek może kąpać — w pocie.

Toć i dawniej, ile człowiek baczy,
Nie bywało zbyt lepiej na świecie,
Ale zawsze-ć tak jakoś inaczéj —
Tak na sercu, chociaż kłopot gniecie,
Lżej po trochu!... Pamiętam, gdy w lecie
Pastuch gminny tak zadął na trąbie,
To najmniejsze cieszyło się dziecię,
To-ci całe jęło gwizdać Dąbie,
Jak ptactwo, wej! w tym lesie, który szwab dziś rąbie.

Albo jak też to było, gdy człowiek
Pognał szkapska na wspólne pastwiska!
Przez noc całą nie zmrużyłeś powiek;
W trawieś leżał — dziś i trawa nizka,
Tak nie rośnie, jak przedtem... Koniska
Szły, gdzie chciały; nikt nie znał granicy —
A tyś patrzał w to niebo, co błyska
Gwiazdeczkami, jak światło w kaplicy,
Lub żytaś słuchał szumu i ciężkiej pszenicy...

Powiadają, że gwiazdy, to dusze,
Które Pan Bóg na niebie umieścił;
Ja-ć tem głowę sobie dawno suszę,
Ale prawdy niktby nie obwieścił —
Mniejsza o to! Gdy łan tak szeleścił,
Toś pomyślał, że po życie brodzą
Owe dusze, co pewnie wypieścił,
Sam je Stwórca, że taki blask rodzą —
Człek słuchał, choć mu ciarki po skórze przechodzą.

Zwłaszcza ojciec Salusin — nie służył
Wtedy jeszcze pod panem: w dostatki
Jakie takie dom rodziców płużył —
Jak z rękawa ciągle sypał gadki;