Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
247
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Dawniej, widzisz, za jedną kwaterkę
Oddawali prawie zagon cały;
Mosiek rad się zadawał w szacherkę,
Bo też robił interes nie mały...
Jeszcze kłosy w polu nie dojrzały,
A chłopisko już wnętrze rozgrzewa,
Wszystko na pniu sprzedaje, niedbały;
Patrz! ten folwark, schowany za drzewa,
Do dzisiaj jeszcze nosi miano Przepijewa...

Kiedy była separacya, pomnę,
Gdy się do nas zjechali z urzędu
Jakieś draby-ci szwabskie, ogromne,
Że człek prawie dostawał obłędu;
Kiedy nosy, pełne psiego swędu,
Jęli wtykać, wiesz w nieswoje rzeczy,
To-ci wszystko drżało z tego względu,
Wszystko »czystą« od strachu się leczy,
Że kręcił się, jak owce, ten naród człowieczy.

Chłopy w kąty, do stajen, obórek,
Albo w pole, by schować się w stogi,
Jakby Szwed się pojawił lub Turek;
Tylko baby, pijane niebogi,
Jak nie schwycą, za miotły, ożogi,
Jak nie wrzasną: »A won tu, psiawiary!«
Tak-ci Niemcy kiert zaraz i w nogi,
Aż za nimi kurz się podniósł szary —
Uciekli, jak mówili, przed smrodem opary...

Bo i przyznaj, z tych wszystkich nowości
Nawet psu byś budy nie postawił,
Człek się dzisiaj już wprawdzie nie złości,
Jak ten finek, tak się obłaskawił,
Ale czy nas ten podział wybawił?
Jakie dał nam ten wymiar dobrocie?
Jeszcze nikt się w rozkoszy nie pławił,