Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
249
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Zawsze mówił, że miał je od matki,
A matusia — któżby to wybadał?
Dziś już prawie taki bajarz rzadki:
O tych duchach, co kuszą, powiadał,
O starym tym kościele, co się gdzieś zapadał.

Były-ć bagna, to prawda!... Przed laty
Mnie samemu w mule bydlak zginął,
Tak, pamiętam, cielaczek pstrokaty...
Rzeźnik, mówię, żaden nie ominął
Mej obórki, żeby nie rozwinął
Kilku srebrnych z węzełka talarów...
Człek żałował... Gdy łódką podpłynął,
Aby straty poszukać, w ten parów,
Zapomniał, gdy zawrzasło ptactwo śród moczarów.

Tak coś w wnętrzu mierziło, gdy wiosną
Szliśmy nieraz na łąki, po jajka —
Wiesz, po czajce: tam sitowia rosną,
Tam strzepoce się kaczka lub czajka
Coś cię woła — powiesz, że to bajka,
Lecz i ptaki do ludzi gadają: —
»Iii-gnaśśś...« Macierz Mikołajka
To mawiała, że i ptaki mają
Swą duszę, którą czasem dyabły opętają...

Ale ja-ci w to nigdy nie wierzę:
Czyż podobna, powiedz, jak Bóg żywy,
By pod takie jedwabniste pierze
Miał ukrywać stwór się niegodziwy?
Przecież człowiek czuje się szczęśliwy
Patrząc na to miluchne stworzenie...
Jak to w głos się odezwie jękliwy,
Jak zaśpiewa, to aż słodkie drżenie
Przejmuje wszystkie kości — aż się gną golenie...

Tak! to szatan opętał dziś ludzi,
Duszę kupił za marną mamonę;