Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
271
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Módz żyć dalej, by za chleb ten czarny
Swą hańbą jeszcze płacić — wiesz, to żywot marny!

Powiadali, że Bergtal przypadkiem,
Idąc przez wieś, spotkał włodarzównę,
I że w oko mu wpadła. Toć kwiatkiem,
Mówię, była; toć pewnie jej równe
Żadne dziewczę na świecie; a główne,
Że, jak mówią, miała takie oczy,
Co to niby coś są wielomówne,
Co to niby każdego przeroczy,
Że za nią to się każdy, mówią, w przepaść stoczy...

Jak tam przyszło do tego, toć plotą
O tem różnie: jedni, że to była
Ta dziewczyna już z taką ochotą,
Że ta chwila razby się zbliżyła —
Jeśli nie dziś, to jutro; że siła
Dawał pan jej pozłotek i groszy,
Tak znów drudzy; a rada patrzyła,
Mówią, na to, w tem, jak paw się pstroszy;
Znów inni, że jej ojca, mówił, precz wypłoszy...

Ja bo myślę, że tak jedno z drugiem;
A z człowiekiem to tak jest, jak z rolą:
Nie podda się, dopóki jej pługiem
Nie pogrozisz... Samą bożą wolą
Cóżby żyło... Nigdzie też nie golą,
Jak to mówią ludziska, bez mydła...
Gdy się topór, wiesz, zetknie z topolą,
Drzewo padnie; na konia wędzidła
Nie zbraknie; dziewczę głupie, łatwo wziąć je w sidła.

Wina zawsze na mocniejszych spada,
A za winą to i zemsta idzie;
I też słusznie; sam Pan Bóg powiada
W piśmie świętem: »Drzyj przedemną, żydzie!«
Zwłaszcza, jeśli w takim wielkim wstydzie