Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/378

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
272
JAN KASPROWICZ

Z czyjejś winy znajdują się biedni;
Jeśli lud ten w smutku i ohydzie
Pogrążają ci, co stoją przedni,
Za nędzną łyżkę strawy, za ten chleb powszedni.

Przed wieczorem, nazajutrz — wiesz, pomnę,
Było to tak w połowie miesiąca,
Na pożniwach, we wrześniu: Ogromne
Panowały-ci jeszcze gorąca,
Że aż liście wypełzły od słońca,
Co tak piekło, jak istne żarzewie —
Szykowałem koniska: bez końca
W jakiej trosce, w jakim byłem gniewie,
Że tak ją miałem wywieźć, ach! nikt tego nie wie.

Lecz cóż było tu robić?... W południe,
W dniu tym samym, gdy się w upał męczę
Na podwórku: naprawiałem studnię —
Obniżyły się nieco poręcze —
Był znów u mnie Mikołaj... Ja klęczę
I coś wbijam kawał gwoździa w drewno,
Na »szczęść Boże!« »Bóg zapłać!« wyjęczę
Ledwie z spieki, a on mnie tak rzewno
Zagadnie: »Wywieź Salkę; w Będzinie mam krewną.

Co się stało, to się nie odstanie«, —
Rzecze dalej — nie był już pijany,
Jak w ten wieczór poprzednio. — »Na śmianie
Ludzkie człowiek«, wiesz, mówił, »skazany;
Wytykają go palcem; poszany
Nie ma żadnej, jakby zbrodnię spłodził;
Będzie lepiej, gdy ten płaz skalany
Pójdzie z oczu!...« Jam się wreszcie zgodził,
Bom widział: od rozumu już prawie odchodził.

Tylkom radził, niech choć z dzień poczeka,
Bo tak parno i niebo się chmurzy,