Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
270
JAN KASPROWICZ

Aż dopiero coś we dwie niedziele
Znów Mikołaj przyszedł w moje progi;
Tylko chwiał się, wiesz, jak owo ziele,
Jak bylica w rowie, wedle drogi...
Ledwie mógł się utrzymać, tak nogi
Mu się trzęsły... Coś nie w kłąb się wije,
Pomyślałem. Może, że mu stogi
Deszcz podmoczył i miał termedye
Z dziedzicem, więc też na to z markotności pije.

Ledwie raczył ze mną się przywitać;
I ja czułem, jak mu ręce drżały;
O przyczynę chciałem się zapytać,
Bo mnie kłopot ogarnął niemały;
Aż on stołki, co przy ścianie stały,
Kopnie nogą i sam na łóżczysku —
Tak u brzegu siadłszy, zasapiały,
Jęknie: »Suka!... człowiek w pośmiewisku!...
Daj koni!... wywieź precz stąd... utop gdzie w bagnisku!...«

Teraz otom widział wszystko jaśnie,
Ale jeszcze mitygować pocznę:
»Pewnie nie tak!...« Lecz on znowu wrzaśnie,
A wejrzenie coś miał strasznie mroczne:
»Wywieź psinę!... to rzeczy naoczne —
Gdzie w moczary wywieź precz! przed ranem...
O północy, na miejsca uboczne!...«
Więc ja z cicha »A z którym poganem?«
»Niech czarci!« on mi na to; »a z kimbyć tam? z panem...«

Tyle, widzisz, było z tych dobroci:
Nie na darmo przyzywał do siebie
Nowy dziedzic włodarza. Nikt kroci
Nie pozyskał bez trudu; w potrzebie
Nieraz człowiek, jak robak, się grzebie,
Drży, jak robak, dziś w ten czas ciężarny;
Ale wiesz ty: by o nędznym chlebie