Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/375

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
269
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Nie dziwota, takowa osoba
To, jak cudo, każdego przynęci;
Człowiek prawie traci na pamięci;
Gdy go taka ogarnie pokusa;
Jam też widział, co się z moim święci;
Na zapłociu — któżby tam wisusa
Mógł ustrzedz — niejednego porwał jej całusa...

Zresztą, mówię, nie była od pracy:
Samem patrzał, jak bieżała w pole;
A tak zawsze wesoło: »Ignacy!«
Gdy mnie ujrzy, mówiła, »kąkole
Idę plenić... Zawsze-ć żyto wolę...
Wy, jak kąkol, Jędruś bo jak kłosek —
Co? ojczulu, zrobicie nam dolę?«
»Ano«, takem pomyślał w półgłosek,
»Synowa, jakby ulał — ale też na włosek!...«

Gdy był u mnie Mikołaj, to trudno
Było wiedzieć, co się u nich dzieje:
Wiesz, z mrukliwym wszak pogadać żmudno,
Bo to ani miejsca nie zagrzeje —
To coś sapnie, z gorzka się zaśmieje,
A o ludzkiem słowie ani słychu,
Niby milczkiem żółć-ci swoją leje;
On też zaraz ku jakiemuś lichu,
Gdym wspomniał o ożenku wyniósł się pocichu.

Tylko ludzie coś bąkali wkoło,
Że tam owo w chałupie włodarza
Płynie życie jakoś niewesoło;
Że Salusia, zamiast do ołtarza
Z mym Jędruchem... Ale człek nie zważa
Na te bzdurstwa: za bardzo jej wierzył,
Więc też wieść ta wcale nie przeraża;
Choć się rumór coraz bardziej szerzył,
To wszystko człek spokojną jeszcze miarą mierzył.