Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/374

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
268
JAN KASPROWICZ

Ludzie wokół, że mało uciechy
Bez Salusi; wszystko idzie mętnie,
Gdy jej niema, a gdy jest, to śmiechy
Tak wciąż się rozlegają, że się trzęsą strzechy.

Czasem aż-ci pobudzi do płaczu;
Tak przed rokiem na weselu Anny,
Wiesz, tej »małej«, córki po Spochaczu,
Jak zaśpiewa do młodej-ci panny:
»Zdejmij z głowy wianeczek rucianny,
Niech ci swachy obetną warkoczki!
Już nie naszyś ty kwiatku dziewanny,
Już nie naszyś! otrzyj ciemne oczki!«
To wszyscy my-ci we łzach, jak jakie wymoczki...

Tsia!... tak było... Tylko uważałem,
Że się czasem aż za bardzo darła
Do zabawy; że się aż na całem
Trzęsła ciele; że się nie oparła,
Aby nie iść, gdy u Wojtka Karła
Na »Wygodzie« zaczęli rzempolić.
Ale cóż to?... Toć i moja zmarła —
Niech ją z czyśćca raczy Bóg wyzwolić —
Wolała też tak sobie, niźli się mozolić.

Jednak prawie żaden-ci nie powie,
Że z niej licha była gospodyni,
Statek przyjdzie wraz z czepkiem na głowie.
Tylko jedno — lecz i to nie czyni
Wielkiej wagi, jak co nieco w skrzyni
Jest grosiwa: — jedwabie, korale
Gdy zobaczy, to się cała miéni;
Nawet w poście, wiesz, na »Gorzkie żale«
Szła czasem zbytnie strojna, a tego nie chwalę.

Ale to się młodzikom podoba,
Więc też przy niej niejeden się kręci: