Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/363

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
257
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Dość po grafie na dowód... »Początek
Komedyi, które będą grane«,
Rzekł dzierżawca... My w oczy dzieciątek
Z ciekawości zajrzeli — podane
Na grafa tak, jak deszczu krople wykapane.

Ponoć zrazu odegnać je chcieli —
Gwoli takiej sromoty zapewne,
Ale potem się na rozum wzięli
I mówili, że to jakieś krewne
Z obcych krajów i że łzy to rzewne
Niby cieką — tak serce się żali;
»Chłopy«, mówi Zakręcki, »naśmiewne,
Lecz w tem głupie; szlachta-ć się dobrali —
Parlują to, lecz takiej mowy nie zaznali...«

»A zaś grafy«, tłumaczył Kociński,
To się nigdy nie zdradzą; umieją
Skryć interes jak najbardziej świński...«
Stara pani — różnie-ć o niej pieją,
Że to niby z doktorem... z Kurzeją
Nawet pono-ć, wiesz, co był pisarzem —
Miała je tam pocieszać nadzieją;
Coś je nawet wzięła za cmentarzem
W uściski i powiozła własnym ekwipażem...

Wszystko-ć niby tak z przyzwoitości,
Żeby ludziom pozamydlać oczy.
A ludziska, jak zwyczajnie, prości:
Siak i owak: ten i ów się boczy
Że to niby jest hańba; tym mroczy,
Powiadają, się w ślepiach; namolną
Tamci mają znów troskę... Potoczy
Ten i ów się do karczmy, wygolną
Wódczyska i poszepną: »tsia! tym wszystko wolno...«

Alem ci też nagadał... Mój Boże!...
Toć przebaczysz... Dusza też jest rada,