Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
258
JAN KASPROWICZ

Gdy się trochę tak wywnętrzyć może...
Bo to teraz ni-ci do sąsiada;
Wszystko w pracy, wszystko prawie pada
Od mozołu, więc też niema głowy
Do gawędki... Ale ty — powiada
Mój-ci Jędruch, jako z tobą krowy
Wyganiał rad na pole — posłuchasz rozmowy«.

I coś mu się źrenica załzawi,
Jako w rosie to modraku kwiecie;
Ale Jędruś: »Co też tatuś prawi?...«
»No, mój synu, nie szkodzi... Toć przecie
On się tego nie wstydzi... Na świecie
Wprawdzie dzisiaj sukmana w ohydzie,
Ale-ć, mówią, różnie to się plecie —
Może jeszcze taka chwila przyjdzie,
Że chłopa też uznają, chociaż dziś jest w biédzie...«

Uścisnąłem za rękę starego:
»Bóg wam zapłać za takie mniemanie...
A jak będzie z Salusią?...« »Ta!... tego...
Hm!... z Salusią?... poczekaj, mospanie...
Cierpliwości, a wszystko się stanie...
Może jeszcze kieliszek?... tak, ździebłko...
Daj nam Boże zdrowie i wytrwanie
W tej niedoli!... Ledwie się z kolebką
Rozłączy człek, już w trudach!... No, jak? dosyć krzepką?...«


III.
»Ano, widzisz, z Salusią tak było:
Jak-ci Niemcy i Dąbie zabrali,
Tak się w dworze wszystko przemieniło —
Mikołaja z innymi wygnali,
I Mikołaj — niech go Bóg ocali,
Niech tę hańbę i smutek przeżyje!...
Przyszedł do mnie w komorne... Nie dali