Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
259
SALUSIA ORCZYKÓWNA

My, by poszedł w świat, choć człek się bije
Sam z biedą, która chwyta, tak jak wąż, za szyję.

Muszę tylko znowu od początku
Opowiedzieć, jak się wszystko stało,
Że przybysze weszli do majątku
Dąbieckiego; że dziś już wypsiało
Dawne plemię; że fortunę całą
Zagarnęli do ostatniej skiby
Tak! tak! obcy, nie swoi!... Bolało
To człowieka, mówię bez ochyby —
Tak, jakby kto skuł serce, wiesz, w żelazne dyby...

W czasie śmierci starego dziedzica
Młody panicz był-ci jeszcze w szkołach,
Ale wrócił... cała okolica
To prawiła o wielkich mozołach,
Które przeszedł gdzieś w świecie... Na kołach
Pono jeździł bez konia; był sprytny,
Że aż straszno, mówili: w stodołach
Pewnie pustek nie będzie... Zaszczytny
To zawsze znak, gdy pan jest skrzętny i obytny.

On też, prawda, tak jak mógł się kręcił;
Grosze ściskał, po świecie nie pływał,
Jak ów ojciec nieboszczyk, co święcił
Przez rok cały niedzielę... Wyzywał
Takich wiatrem podszytych; obywał,
Powiadali, nawet się bez wina —
To jest czasem... Sam też nawoływał,
By oszczędzać, bo mówił »godzina
Jest taka, że nam krew się w zimny lód aż ścina«.

I miał prawdę... Bo jak świat ten stoi,
Jak najstarsi zasłyszeli ludzie
Od swych ojców, co to siła znoi
Też zaznali, co w niejednym trudzie
Gięli plecy i, niż pies ten w budzie,