Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
262
JAN KASPROWICZ

Żyli gorzej, takich czasów jeszcze,
Jak dzisiejsze nie było... O cudzie!
Że to wszystko w tej głowie pomieszczę,
Że człeka nie dobiją te okropne dreszcze...

Ledwie temu-ć minęły trzy lata,
Tak się u nas działy straszne sprawy:
Pomnisz, była tutaj za wsią chata,
Co to miał ją Ratajczyk, kulawy —
Wiesz, na nogę utykał... z dzierżawy
Jakiejś przyszedł tu do nas; grosiwa
Miał po trochu i był człowiek prawy —
Tak niczego, więc nie żadne dziwa,
Że gwiazda mu na niebie świeciła szczęśliwa.

Aż tu naraz — człekby nie uwierzył,
Lecz sam patrzał na takie zgorszenie —
Przyszedł rozkaz, jakby grom uderzył,
By tak na psa puścił krwawe mienie;
Bo, mówili, jego pokolenie
Niby nie stąd, jeno z stamtej strony,
A dziś takie przyszło obwieszczenie,
Że gdy człowiek nie jest tu zrodzony,
To fora z nim! i na nic prośby i pokłony!

On żandarmy całował po rękach,
Ale wszystko, mówię ci, daremnie;
Płakał, jęczał, że w tych strasznych jękach
Pewnie skończy, myślałem; że we mnie,
Choć to człowiek jest twardy, najemnie,
Wiesz, tak płakać nie umie, tu w duszy
Wszystkie łzy się zebrały i ciemnie
Jakieś migną mi w oczach, a uszy
To istny huk maszyny, zdało się, zagłuszy...

Wtem za małą-ci chwilę kobiecko
Wylatuje jakoś z za chałupy