Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
261
SALUSIA ORCZYKÓWNA

I tak krzyczy: »o mój chłop!... me dziecko!...
Moje skarby!... trupy!... trupy!... trupy!...«
My zdrętwieli, jak kamienne słupy,
Potem poszli tak za nią: w stodole,
Koło żyta wymłóconej kopy
Leżał synek, zczerniały na czole,
A ojciec tuż u belki... Ach, zamilczeć wolę!...

Bo to, widzisz, jak człek się przywiąże
Do chaciska i kawała ziemi,
Toby nie dał, choćby jaki książę —
Choćby przyszedł z urzędy wszystkiemi
I chciał płacić dukaty złotemi
Sam król jasny... Chłop jest twardej szyi,
Kiedy idzie o zagon; obiemi
Ściska dłońmi, tak, jak pierścień żmiji,
A gdy mu wydrą gwałtem, kończy z mankolii.

Pewnie myślisz, że mieli choć litość
Nad tą wdową?... O, zachowaj Boże!
U takowych dziwna jest obytość;
Tam o sercu mowy być nie może:
Choćby komu w brzuch wpychano noże,
To-ci takich nie obleci głazów;
W świat pędzili, choć był deszcz na dworze,
Że najlichszych żałowałeś płazów;
Lecz cóż tu człowiek znaczy wobec ich rozkazów?...

Powiadali, że gdzieś w drodze zległa,
Tak przed czasem, z rozpaczy nadmiernej;
Utrapienia-ć ci się nie ustrzegła,
Bo i jakże, Ojcze miłosierny!
Było strzedz się?... Ból to jastrząb żerny,
Co się rzuca znienacka i dziobem
W kark gołębia się wpija... Niewierny
Jest to czas ten, co takim sposobem
Tysiące, powiadali, stawił ponad grobem.