Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
262
JAN KASPROWICZ

Dziś z chudoby niema ani znaku,
Nowy dziedzic dąbieckiego dworu
Grunt zakupił i do swego szlaku —
Wiesz, na prawo, zaraz wedle boru
Miał Ratajczyk swą schedę — bez sporu,
Za psi pieniądz przyłączył, a gomna
Dał rozebrać... Niech nas, jak od moru,
Od takiego czasu, co niż tromna
Straszniejszy, chroni, Ojcze, dłoń twoja niezłomna.

Do mnie też-ci zwaliły się posły
I tak zaraz: »Puśćcie, stary kumie,
Te wydmuchy, dach ten mchem porosły,
Nasz pan dobrze becalen rozumie,
Będzie gieszeft...« Ja zaś: »mój-ci, Blumie« —
Tak jednemu zaraz powiem na to —
»Idźcie szukać kumstwa w czarcim tłumie;
Mech czy nie mech! wy — precz z swą zapłatą,
Zostawcie mnie z wydmuchem i z omszałą chatą...«

Bo i powiedz, czyż to jest uczciwie,
Tak dla zysku oddać kąty święte?
Na kominku zagasić żarzéwie,
Od pradziadów aż dotąd nietknięte,
Że tam jakieś przybłędy napięte
Mają na to swe chęci i myśli?
Pewnie będą te syny przeklęte,
Co tak lekko z ojcowizny wyśli —
W swą księgę pewnie zły już ich nazwiska kréśli...

Mnieby serce krajało się w rany,
Mnieby ścięgna zesztywniały w ciele,
Gdybym miał tak porzucić te ściany,
Gdzie niejedno przeżyłem wesele
A i smutek niejeden. W tem siele,
Tu, gdzie człowiek pierwsze ujrzał chwile,
Tu, gdzie sadził rozchodniku ziele