Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
263
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Na swych dziadów i żony mogile,
Położę słabe kości i tu spocznę mile...

Ale byłem też ciekaw, co powie
Mój wyrostek na podobne rzeczy;
Zawsze-ć lepiej, pomyślałem w głowie,
Że się dusza jakoś ubezpieczy,
Bo tak wziąwszy na rozum człowieczy,
To-ci nieraz od jabłoni zdala
Pada owoc, pełen zgniłej cieczy,
Więc go wołam: »Jędruś! od Bergtala
Był Blum tu, kupić schedę i gieszeft zachwala«.

A tu chłopiec spojrzy na mnie łzawie —
Już to oczy ma po mej kobiecie,
Panie świeć jej! — i aż stęknie prawie:
»Co? tatusiu! i wy sprzedać chcecie?
Tak ja na to: »cicho, moje dziecię,
Widzisz, dzisiaj człek, jak ryba w matni:
Widzisz, dzisiaj ciężko jest na świecie —
Będziesz trzymał, choć sprzedać popłatniéj?...«
»Tatusiu«, on mi rzeknie, »aż do krwi ostatniéj...«

Ale prawda!... kiedy serce pełne,
To staremu tak się wszystko pląta,
Jakbyś widział rozczochraną wełnę —
Owoż o tem granica dziesiąta
Powiadała, że pan swego kąta
Tak nie odda na pastwę; że będzie
Mógł się dalej gnarować; że sprząta
Niezłe żniwa i że w pierwszych rzędzie
Z pewnością, gdy tak pójdzie mu dalej, zasiędzie.

I szło nieźle... Założył mleczarnię,
Z Holandyi bydła nasprowadzał,
Bo to nasze to wygląda marnie —
Człek sam nieraz swe krówska okadzał
Na Trzech-Króli, tak jak ksiądz doradzał,