Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/370

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
264
JAN KASPROWICZ

Ale jakoś napróżno... Cud boski!
Szwajcarami folwark poobsadzał,
Że mówili: »Ej, ten graf Borowski
Wykupi niezadługo cały klucz ojcowski!...«

Aż tu naraz — ludzie węch-ci mają,
Jak psy gończe — w okolicy gruchnie,
Że baumajstry do dworu zjeżdżają,
Że graf nie chce mieszkać w starem próchnie,
Że dwór słaby, lada wiatr go zdmuchnie,
Że za mały na pańskie dostatki;
Że się dziedzic zakochał w córuchnie,
Wiesz, tej starej, obrzękłej sąsiadki,
A ta jej, mówią, nie chce dać do takiej klatki.

Budowali... Człeka strach aż bierze,
Jak ten pałac pod ręką wyrastał;
Te-ci okna! te mosiężne dźwierze —
Jak w kościele... Graf pieniędzmi szastał,
Bo to, mówił, taki czas dziś nastał,
Że gdy idzie o tak wielkie dzieło,
Człek nie na to, by się skąpstwem chlastał...
Budowali-ć... Dobrze się poczęło,
Lecz źle się miało skończyć: wszystko licho wzięło...

Szkoda grafa... Niezły to był człowiek
I na chłopów, jak Kociński gada,
Nie spoglądał z pod wyniosłych powiek;
Lecz dzierżawca mówi: »trudna rada;
Przeznaczenia nikt-ci nie wybada,
Jednak widną to idzie koleją,
Że wrodzona słabość ich opada,
Że jej pany zwalczyć nie umieją:
Gdy nie tak, to inaczej, lecz zawsze marnieją...«

Co się dzisiaj z nim stało, nie wiedzieć;
Jedni mówią, że w zamorskie kraje