Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/371

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
265
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Gdzieś wyjechał; inni, że ma siedzieć
Tam w Poznaniu i do gazet daje
Swoje pisma. Wiesz, rozum ustaje:
Jednak, choćby z kilku zagonami —
Szczęście-ć zawsze w roli jeszcze pszaje —
Winni tacy pozostać i z nami,
Jak z bratem brat, tak harać, a nie być — grafami.

Przecież mają nauki co nieco,
Przyzna im to każdy, oczywiście;
Więc też dobrze, gdy chłopa oświecą,
Tak od serca, nie na swe korzyście...
Drżą-ci nieraz, jak na drzewie liście,
Bo gdzie haczyk, tam się też zahaczy
Człowiek łatwo... Lecz tu, wyraziście
Mówię, na co?... Niech robią inaczéj,
I chłop ma miękkie serce i wszystko przebaczy...

Że z ich winy lud wycierpiał dużo,
Toć to prawda, wiesz, jak świat jest stara.
A i teraz z tą ostatnią burzą,
Co tak przyszła znienacka, jak mara,
Dobrześ widział: na wargach ci para
Zamarzała, jak biedni ludziska
Opuszczali czworaki; talara
Pewnie nie miał z nich żaden, a rżyska
Naokół — nigdzie pracy zdaleka ni zblizka.

Mikołaja przyjąłem do siebie,
Bo to, widzisz, przyjaźń od młodości;
Choć się człowiek sam zaledwie grzebie,
Gdy gość w domu to i Bóg zagości...
On-ci nigdy w wielkiej obfitości
Niby nie żył, więc biedę przetrzyma,
Tak myślelim. Ludzie, jak my, prości
Lada czem się obędą. Niech zima
Przeminie, to i pójdzie, o to troski niéma.