Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/360

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
254
JAN KASPROWICZ

Wiesz, do dworu za naręcze chrustu
Kazał zanieść aż cztery talary,
Żeby tamtej niby umknąć kary.
Nie oddała... bo skądże brać tyle,
Tak się gryzła, aż poszła na mary;
I dopiero w swą ostatnią chwilę
Zaklęła mnie, bym oddał, na spokój w mogile.

Jam-ci odniósł... Bo cóż było czynić?
Choć żal było grosiwa serdeczny,
Że tak za nic!... Czyliż miał mnie winić
Duch nieboszczki, że spokój mu wieczny
Odebrałem?... Dziś i ksiądz bezpieczny
Leży sobie w czterech ścianach dołka
I na wyrok czeka ostateczny —
Pod lipiną, wiesz, wedle kościołka,
A grosz mój z wszystkiem innem poszedł w ręce Wołka.

Bo gdy zaczną raz zlatywać listki,
To tak rwią się, aż wszystkie opadną;
Naprzód bory wzięły podłe chłystki —
Takie juchy to-ci łacno zgadną,
Skąd zaczynać, by mieć pracę snadną,
Potem folwark poszedł za folwarkiem;
Zatrzymano tylko Dąbie, ładną
Zawszeć wioskę, ustrojoną parkiem,
Z pszenicą tak, jak złoto i ze żytem jarkiem.

A pan jeździł... Dopiero na końcu,
Kiedy umarł, to na dawne smugi
Sprowadzili jego zwłoki... W słońcu
To od srebra aż kapały cugi,
Gdy był pogrzeb... Pamiętam ten długi
Szereg księży, to światło gromniczne,
Tromnę, konie te w czerni i sługi
I to chłopstwo, niby mak rozliczne —
Żegnały-ć pono wszystkich pany okoliczne...