Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/359

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
253
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Sam komisarz schylił łyse czoło,
Choć je przedtem zawsze nosił butnie...
Przyszły żydki... zrobiło się goło
W okolicy... Las, jak człowiek, smutnie
Zajęczał, kiedy w drzewo żyd toporem utnie.

Szwab dziś resztki, patrzaj, wyrębuje...
Człowiekowi to-ci serce pęka,
To-ci w sobie prawie krwi nie czuje,
Kiedy słyszy, jak ten bór tak stęka...
Wiesz... przeklęta niech będzie ta ręka,
Która pierwszą podcięła dębinę,
Wiesz, tak na nic!... Niech piekielna męka
Marnotrawcę pochłonie... niech sine
Morówki, wiesz, rozniosą taką psią gadzinę!

Jak to było-ci dawniej, mój Chryste!
Kędyś spojrzał, to się las zielenił:
Sosny, graby i brzozy srebrzyste!
Tu się w słońcu jarząbek rumienił,
Tam cię wierzchem swoim dąb ocienił,
Gdyś tak kości, od pracy ułomne,
Kładł na miedzy... Bór się tak przestrzenił,
Jakby Gopło zielone ogromne,
Dziś drzewa nie znaleziesz nawet i na tromnę.

To-ci dawniej, kiedym był chłopakiem,
Po chruścinę do lasu pędziłem:
Dziś paliwem zbądź się ladajakiem,
Dziś torfiskiem palisz napółzgniłem...
Nieraz smagnął, że aż się spociłem,
Pan borowy swym skórzanym miechem,
I ksiądz złajał kazaniem niemiłem,
Ale człowiek uciekał z pośpiechem
I myślał, że co zerwał wiatr — to wziąść nie grzechem.

Ba, jegomość, kiedy w dzień odpustu
Poszła matka na spowiedź, to staréj,