Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
255
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Wyprawili wielkie egzekwije;
A nad grobem miał nasz ksiądz kazanie;
Tak-ci gadał, że wej! już nie żyje
Dobroczyńca; że za tysiąc stanie
Taki człowiek pobożny, aż panie
Wszystkie w ryki, chłopy bo jak chłopy...
Że dla ludu był, jak plastr na ranie,
A że nie szedł z pomocą w te tropy,
To czasy, mówił, winne, co są, jak roztopy.

Też-ci dalej powiadał, że czasy
Winne temu, gdy ziemi kawałka
Pan utrzymać nie może, gdy lasy
Tak, jak ludzie, padają; że całka
Boża wola w tem wszystkiem. »To gałka
Taka losów« — pamiętam wyrazy —
»Nam przypadła«, powiedział, »Pyszałka,
Co się Bogu sprzeciwia, jak płazy
Bóg zdepce! On bo pańskie wypełniał rozkazy.

Więc też Pan Bóg go przyjmie do siebie«,
Mówił proboszcz... Z księdzem nie ma spierki,
Ale gdy-ci, tak prawił, na niebie
To się naraz, kiej te czarne derki,
Pokazały chmurzyska, a świerki
Aż trzeszczały, zerwał wiatr się taki...
Pewnie niema w tem prawdy iskierki,
Ale starzy to mówią: »złe znaki,
Po duszę przylatuje kusy ladajaki...«

Były też tam — człek to się aż wstydzi,
By pomyśleć o tej rozgardyji,
Cóż dopiero, kiedy sam to widzi?! —
Jakieś panny, pewnie warte kiji,
Choć-ci w złotych łańcuchach na szyi
I w jedwabiach, aż się w oczach ćmiło...
Powiadali, że aż z Wenecyi