Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
243
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Na niejedno poskładał się łoże
I nie jednej doznawał podniety;
Lubił zajrzeć do książki, gazety,
Grosz niejeden sam na to poświęcał;
Na weselu lub chrzcinach do fety
I wesołej uciechy zachęcał
I sianem się, o pomoc gdy szło, nie wykręcał.

Gdy był dzieckiem, marzyli ojcowie,
Jakby z niego uczynić księżula;
Wszak to w chłopskim już leży narowie,
Że ksiądz nawet godniejszy od króla.
Ale Ignaś, jak hula, tak hula:
Za pazuchą z półłokciem kiełbasy,
Którą wciska mu dobra matula,
Miast do szkoły — na łąki i lasy,
Motyle goni barwne i spłasza bekasy.

Godzinami przyglądał się w mlecze
I w te jaskry, co po ścieżkach rosną;
Patrzał w strumień, co cicho tak ciecze
I tak szemrze, snać piosnkę żałosną...
Słuchał żyta, co, nim kłosy posną,
Pobielałe i ścięte na wieki,
Gwarzy z słońcem, z błękitem i wiosną —
Hej! zapewne, że czas niedaleki,
Gdzie ziarno mu wysuszą bezlitośne spieki.

Zimą, w wieczór, siadał na przypiecku,
Oko wieszał na wargach babusi,
Kiedy stara opowiada dziecku
O tej zmorze, która chłopów dusi,
O tym dawnym dziedzicu, co kusi,
Co nie znalazł za krew ludu ciszy
Poza grobem i błąkać się musi,
Aż lud biedny żal jego usłyszy,
Przebaczy mu, choć przezeń we łzach ledwie dyszy...