Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
244
JAN KASPROWICZ

Kiedy podrósł — a któżby go ganił?
Prosty, krzepki był, jak dębczak w lesie, —
Jeździł z ojcem; ojczysko furmanił:
Nie myślano jeszcze o tym biesie,
O tej czerni, co dziś cię poniesie
Mil na dobę sto, parą skrzydlata...
Był w Frankfurcie i Lipsku na mesie,
Widział ludzi i kawałek świata —
Dziś jeszcze nieraz myślą w te czasy ulata...

Kilka morgów mu ojciec zostawił,
Kilku pracą uczciwą się dobił,
Chociaż ręce dorobek mu krwawił,
Choć mu kłopot w czole bruzdy żłobił,
Nie uważał na trudy i robił...
»Starość«, myślał, »przychodzi jak z płatka,
Źleś ją przyjął, gdyś nie przysposobił
Trochę grosza — ludzka pomoc rzadka:
Opierać się na sobie trza aż do ostatka.

I o dzieciach pamiętać potrzeba« —
Żonę pojął z wioszczyny sąsiedniéj:
»Dałeś życie, daj i kawał chleba;
Szczęście dzieci — to kłopot jest przedni,
Już to ptak jest«, rozumiał, »pośledni,
Który jajka składa w gniazdo cudze;
My swych piskląt nie rzucim, choć biedni«,
Rzekł do Jagny, »by w obcej wysłudze
Marniały, chyba na śmierć przed czasem się strudzę«.

Śmierć nie przyszła, lecz Jagna spoczywa
Dawno, dawno, pod wierzbą, co płacze,
Gdy jej liście wiatr dżdżysty obrywa
I gotuje im losy tułacze...
On się w długie nie wdawał rozpacze,
Jęknął głucho, łzę otarł sukmaną —
»Nie ma plemię«, tak mówił, »prostacze