Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
245
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Nawet czasu, by nad ukochaną
Wypłakać się do syta łzą, z duszy wylaną«.

I na pole szedł prosto z pogrzebu,
Zerwał kłosek i ważył go w ręce,
I, źrenicę podniósłszy ku niebu,
Rychło serce utopił w podzięce:
»Panie! w szczęściu tyś widny i w męce —
Więc pozdrawiam za ciężkie cię kłosy
I za czarną tę boleść cię święcę;
Człowiek płacze i żyto się w rosy
Załzawia, skoro tego zapragną niebiosy...«

I znów pracy oburącz się chwyci,
Z krnąbrną biedą na nowo się porze;
Rzuca werko, nim dzień się rozświéci,
Nim się krwawe rozpłomienią zorze...
Chude szkapsko do pługa — i orze,
Płachtę z ziarnem na szyję — i sieje...
Codzień patrzy, jak rośnie mu zboże,
Codzień większe mu rosną nadzieje —
Po zimie przyjdą żniwa... jak się dusza śmieje!...

Dzisiaj schedę przekazał na syna,
Pomagając w podwórku, to w roli,
Lub do córki — córunia jedyna
O granicę się z swoim biedoli —
Pomknie czasem, gdy czas mu pozwoli:
Z dziećmi umie wyżyć bez poswarku,
Pieści wnuki, aż go w piersiach boli,
A wnuczęta głaszczą go po karku:
»Dziadusiu, jutro jarmark; co nam dasz z jarmarku?«

Ludzie mają starego w poszanie,
Jak on, nikt tak z pomocą nie skory;
Czy się jaki przypadek gdzie stanie,
Wzdmie się bydlak, czy w wiosce kto chory,