Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/385

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
279
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Rzekł jej inny; »pójdźma do ołtarza!...«
Ale ona, że »tu z taką plamą
Żyć nie może«; już na nic nie zważa;
I poszła w świat — na marne... Tak się nieraz zdarza...

Gdy mi czytał chłopak list Salusi,
Tak mi się coś zdało matyjaśnie,
Że z dziewczyną nie rychtyk być musi —
Kołomętne pisanie, tak! właśnie,
Jakby rozum straciła. Toć gaśnie,
Mówią rozum, jak gwiazda na niebie;
Nic-ci wieczne, widać rzecz tę jaśnie,
Więc i rozum niby w grób się grzebie —
Lecz czekaj, dam-ci list jej, chowam go dla ciebie...«

I czerwoną mi skrzynkę otworzy,
Która stała przy ścianie w zakątku,
I na stole przedemną położy
Plik papierów w starem zawiniątku:
»Są tu różne«, powie, »od początku
Człek to zbiera, tak na okazyą,
Bo-ci, mówię, przy tym świętym piątku,
Nieraz z sądu — człekby płacił szyją,
Gdy zginie; toć na troskę tylko ludzie żyją...

Ale masz go!...« Wyciągnąłem dłonie
Po kawałki papieru, zżółkłego,
Jak te liście, gdy topoli skronie
Odrze z krasy ręka jesiennego
Wiatru, posła i zwiastuna złego —
Onej zimy, co w całunie, blada,
Na mogile, której kruki strzegą,
Jak on upiór się zjawia i siada,
Pustemi patrząc oczy, szepcząc: »biada! biada!...«

Wygładziwszy więc papier skłębiony,
Na niewprawne, a stawiane zwarcie,