Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/386

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
280
JAN KASPROWICZ

Spojrzę głoski. Górą: »Pochwalony
Jezus Chrystus...« Potem: »Mój bękarcie!...«
Dobrzeż czytam?... Wytężam uparcie
Wzrok na pismo, bo nie wierzę oczom;
Ale prawda!... Czytam dalej: »Czarcie!
Psie ty obcy!...« Jeszcze dziś się mroczą
Przedemną te litery, żyją, rosną, kroczą...

Mimowoli-m utonął w zamysły,
List mi wypadł z trzęsącej się ręki,
Spojrzę w okno: nad wioską zawisły
Sine nieba, jak baldachim miękki
Z ciemnawego jedwabiu. W rozjęki,
Lecz tak ciche, że ledwie je słyszeć,
Wiatr się rozlał i wierzby piosenki
Rozpoczęły melodyjne dyszeć,
A smutne, a tak rzewne, ach! że nie opiszę-ć...

Gdzie horyzont oparł swoje końce
Het! aż na te piaszczyste pagórki,
Umierało zwolna, zwolna słońce,
Wpół skażone plamą czarnej chmurki,
Co z mgieł ziemi wstała... Wnet, a córki
Nocnych zmroków, gwiazdy srebrnopusze,
Zapłonieją świecącemi piórki
Ponad słońca mogiłą, jak dusze,
Co schodzą, aby patrzeć na ziemskie katusze.

Ludzie z pola powracają drogą,
Z której kurz się wznosi płachtą szarą —
Idą wozy, ładowane mnogą
Przekosztownych, ludzkich sił ofiarą;
Czas wykopków. Skrzypią osie, gwarom
Towarzyszy chudych koni rżenie,
Aż ich nozdrza, opryskane parą —
Snać się cieszą, że oto wytchnienie
Już czeka na nie w stajniach przy sieczce i sienie.