Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/384

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
278
JAN KASPROWICZ

Herod czysty! Jeszcze dawniej była
Tu u nas i tak zaraz: »Nie wam się rodziła!...«

Niewiadomo, co tam ludzie rzekli,
Bo to dzisiaj bratu człek nie wierzy:
Ze zazdrością wszyscy, tak, jak wściekli,
A na Jędrka to niejedna mierzy
Tutaj we wsi... Niech no tylko szczerzéj
Powie słówko, pierwsze gospodynie
Tak od razu z córkami... Toć szerzy
Wieść się o nim, toć na okół słynie,
Że z niego chłop nie żarty, żona z nim nie zginie.

Ile z listu wymiarkować można,
To się posły jakoś źle sprawili;
Pewnie nawet hałastra bezbożna
Wręcz przeciwnie gadała... Nabili,
Znać, jej głowę, że niech się nie sili
Na czekanie, bo, miasto powrócić
Tutaj do nas, to od onej chwili
We świat poszła — za mamkę; a rzucić
Swe gniazdo, to tak, jakby na śmierć się zasmucić.

Lub też pewnie trochę było pychy
W tej dziewczynie, że po takim kroku
Niby wracać nie można; że lichy
Będzie czas jej i że na nią z boku
Będą patrzeć... Toć prawda! na oku
Mają taką! Gdy się raz co zdarzy,
Tak-ci ludzie zaraz, jak do skoku:
»Co rok prorok! któż jej tam na straży —
Z pewnością nie raz jeszcze!« A jej się ni marzy.

Już w ich rodzie leży ona duma:
Ongi siostra jej matki tak samą,
Mówię, była — nawet moja kuma;
Prowadzała się ze Stachem Szramą,
Lecz ją rzucił... »Ej-że nie bądź damą!«