Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/383

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
277
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Jak-ci wtedym wywiózł ją do ciotki,
Tak do czasu o niej wieści żadnéj...
Bo choć różne chodziły tu plotki,
To niepewne... Ludzki język zdradny:
Kiedy idzie o kłamstwo, to składny,
Jak dwie śruby; ale zechciej tylko
Coś od prawdy usłyszeć, szkaradny
Bywa wtenczas — dobrąś przyszedł chwilką:
Tak syczy, jak ta żmija, a tak dżga, jak szpilką...

Od Orczyka też-ci niezbyt wiele
Człek usłyszał; milczał, jak zaklęty,
Gdy o córkę chodziło... Wesele,
Widać, wszystko mu znikło; niezgięty
Przytem z niego jest człowiek: choć pręty
Byś na plecach mu łamał, to słowa
Ci nie piśnie... Mój patronie święty,
Ty od ognia! gdy się pali głowa
I serce, wtedy na nic prośby i namowa.

Myśmy sami słali też orędzie
Do Będzina, tak z pociechą trocha:
Niech przetrzyma, wszystko dobrze będzie,
Nie od tego jest serce Jędrocha —
Że ją zawsze tak, jak dawniej, kocha,
Choć zbłądziła... Ja-ć jej nie winuję,
Widzisz, zbytnio, a i chłopak ślocha
Nieraz w kącie nad Salką — dyć, czuję,
Że sam się pewnie jeszcze bardziej od niej truje.

Zaś samemu w takim niby czasie
Jechać do niej, jakoś się nie godzi;
Jeszcze ciotka krzykłaby: »A zasię
Obcym do nas!...« Wiesz, w onej powodzi,
Gdym ją zawiózł — choć o to nie chodzi,
Ale zawsze — nawet nie prosiła
Na poczęstne... Sekutnica! złodziéj!...