Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/357

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
251
SALUSIA ORCZYKÓWNA

Pewnieś czytał, że i dwór dąbiecki
Meklebury czy pomry zabrali —
Słyszysz? słyszysz?... szczeka pies niemiecki,
Znają go tu i wielcy i mali:
Stąd-ci wszystko, co dawne, wygnali,
Nawet psiarnię; »bo to polska psiarnia«,
Tak te mądre przybysze gadali;
I na ludzi stąd przyszła męczarnia:
Rozpierzchli się po świecie, że aż strach ogarnia.

A kto winien? dyabli to tam wiedzą!
Boże, przebacz, że tak język bluźni,
Lecz człek w dreszczach, jak zając pod miedzą,
Więc i z dobrem słowem się opóźni.
Kiedy język ci się raz rozluźni,
To jak młyńskie kamienie tak warczy,
Albo kuje, jak ten kowal w kuźni,
Nie uważa już na nic — nie starczy
I pacierz, gdy bluźnierstwo raz duszę obarczy.

Stary dziedzic — pamiętasz go jeszcze?
Miał, gadali, złota pełne skrzynki:
Dąbie, Wióry, Zaborze i Leszcze,
Dawniej nawet Zagaj i Wycinki —
Wszystko jego... zboże szło na rynki,
A on jeździł... któżby wiedział, czemu?
Ekonomy to-ci czyste młynki
Wyprawiali harapem: polskiemu
To chłopu nie nowina, więc ulegał złemu.

Miał w Paryżu koni całe stada;
Wiesz, ten Szymek, co to był stajennym,
To-ci o tem dziwy opowiada:
Arabczyki pono chlebem pszennym
Kazał żywić... Że był bardzo zmiennym,
Że się kochał w różnicach, to żłoby,
Zamiast zwykłym napojem codziennym,