Poezje (Szewczenko, 1936) (wybór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Taras Szewczenko
Tytuł Poezje
Wydawca Ukraiński Instytut Naukowy
Data wyd. 1936
Druk Druk B-ci Drapczyńskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz A. J. Gorzałczyński, Tadeusz Hollender, Bohdan Łepki, Leonard Sowiński
Ilustrator Taras Szewczenko
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
TARAS SZEWCZENKO
POEZJE
W PRZEKŁADACH
M. BIEŃKOWSKIEJ, K. DUMAŃSKIEGO, A. J. GORZAŁCZYŃSKIEGO, T. HOLLENDRA, J. IWASZKIEWICZA, CZ. JASTRZĘBCA-KOZŁOWSKIEGO, B. LEPKIEGO, J. ŁOBODOWSKIEGO, WŁ. SŁOBODNIKA, L. SOWIŃSKIEGO, K. WIERZYŃSKIEGO, Z. WOJNAROWSKIEJ, B. ŻYRANIKA[1]
POD REDAKCJĄ
PAWŁA ZAJCEWA
UKRAIŃSKI INSTYTUT NAUKOWY

WARSZAWA MCMXXXVI





Taras Szewczenko - Poezje (1936) page002.png
TARAS SZEWCZENKO
Minjatura akwarelą 1860 r. pendzla Karola Schreinzera
Ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie


Ilustracje wykonano w zakładach graficznych B. Wierzbicki i S-ka

DRUK. B-ci DRAPCZYŃSKICH, WARSZAWA, PIUSA XI 15




Dnia 11 marca 1935 roku upływa 75 lat od dnia śmierci Tarasa Szewczenki.
W dziejach narodu ukraińskiego jest to postać niewątpliwie największa. Genjalny wieszcz narodowy odczul i wyśpiewał wszystkie bóle i krzywdy swego ujarzmionego narodu i płomiennem słowem powołał naród ten z upadku do walki o lepszą przyszłość. Sprawuje więc dotąd w narodzie swym rządy dusz jako wódz ideowy i sędzia sumienia narodowego.
To też wielkie dzieło poety zwalczane było przez siły wrogie tak za jego życia, jak i po śmierci: martyrologja Jego utworów była niejako powtórzeniem losów Jego męczeńskiego żywota. Należyte zrozumienie ideałów narodu ukraińskiego bez poznania twórczości oraz roli dziejowej Szewczenki nie jest możliwe.
Aczkolwiek dzieła jego, tłumaczone na blisko 30 języków, znalazły również wielu tłumaczy polskich, nie miały one jednak należytego rozpowszechnienia, te zaś przekłady, które się ukazywały, nie posiadają większej wartości artystycznej. Przytem na język polski nie były dotychczas przełożone niektóre utwory o szczególnem znaczeniu ideologicznem. Skłoniło to Ukraiński Instytut Naukowy do wydania możliwie obszernego wyboru poezyj Szewczenki w przekładach poetów współczesnych.
Inicjatywa ta spotkała się ze zrozumieniem i żywym oddźwiękiem ze strony poetów-tłumaczy. Podjęli się przekładów dla wydania niniejszego: Marja Bieńkowska, Konstanty Dumański, Tadeusz Hollender, Jarosław Iwaszkiewicz, Czesław Jastrzębiec-Kozłowski, Bohdan Łepki, Józef Łobodowski, Włodzimierz Słobodnik i Kazimierz Wierzyński.
Pozatem zamieszczone zostały w liczbie sześciu przekłady autorów już nieżyjących (L. Sowiński, A. J. Gorzałczyński) oraz tych z pośród żyjących, ktérzy przekładali Szewczenkę już dawniej (Z. Wojnarowska, B. Żyranik).
Wybór niniejszy[1] obejmuje niemal połowę spuścizny poetyckiej Szewczenki, mianowicie 101 utworów w 106 przekładach; w tem 100 zostały wykonane specjalnie dla tego wydania. Po raz pierwszy ukazuje się w przekładzie na język polski 48 utworów, w tej liczbie rzeczy o wielkiej wartości ideologicznej, jak np. „Epistoła do rodaków“, „Sen“ 1844 r., „Wielki Loch“, „Neofici“ i inne.
Komentarze i przypiski redaktora dostosowane są do potrzeb czytelnika polskiego, który może napotkać na trudności w zrozumieniu niektórych utworów.
Specjalnie zebrana i po raz pierwszy szczegółowo opracowana bibljografja dotychczasowych przekładów z Szewczenki na język polski jest wynikiem pracy Wł. Doroszenki i B. Łepkiego. Uzupełnił ją i zredagował P. Zajcew przy współpracy I. Dubickiego, B. Romaneńczuka oraz I. Sojki.
Dzięki szczególnej uprzejmości Dyrekcji Muzeum Narodowego w Warszawie książkę tę ozdabia reprodukowany poraź pierwszy minjaturowy portret L. Szewczenki pendzla Karola Schreinzera. Portret ten posiada wielką wartość artystyczną oraz dokumentalną.



З „КОБЗАРЯ“ 1840 РОКУ

Z „KOBZARZA“ 1840 ROKU


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page008.png
TARAS SZEWCZENKO
W ROKU UKAZANIA SIĘ PIERWSZEGO „KOBZARZA"
Autoportret 1840 r.



ТОПОЛЯ
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


TOPOLA

Po dąbrowie wicher wyje
I pędzi przez pole,
Aż do samej ziemi schyla
Przydrożną topolę.

Pień wysoki, liść szeroki

Darmo zielenieje,
Wokół pole jak bezbrzeżne
Morze błękitnieje.
Przejdzie czumak, popatrzy się

I głowę pochyli;
10 

Rankiem czaban z fujareczką
Siądzie na mogile,
Rzuci okiem — taka pustka,
Że aż serce boli:

Ni krzewiny prócz jedynej,
15 

Samotnej topoli!

Któż ją sadził, pielęgnował,
Taką smukłą, rosłą?
Posłuchajcie, opowiem wam

Dolę jej żałosną.
20 

Pokochała czarnobrewa
Kozaka dziewczyna,
Pokochała — nie wstrzymała:
Poszedł i zaginął...

Gdyby wiedzieć, że porzuci,
25 

Toby nie kochała,

Gdyby wiedzieć, że nie wróci,
W światby nie puszczała.
Gdyby wiedzieć, to pod wodę

Nie szłaby wśród nocy
30 

I nie stałaby pod wierzbą
Z miłym do północy —
Gdyby wiedzieć!...

I to również

Niedobrze dla człeka
35 

Wiedzieć dzisiaj, co go jutro
Na tym świecie czeka.
Nie szukajcie, nie pytajcie
Swej doli, dziewczęta —

Co wam mówi serce wasze,
40 

To przecież rzecz święta!
Bo niedługo, czarnobrewe,
Wasze oczko błyska
I niedługo białe liczko

Rumieńcami tryska —
45 

Do południa! Brwi spłowieją
I powiędną twarze,
Więc kochajcie i miłujcie,
Jak wam serce każe.

Zaszczebioce słowik mile
50 

W gaju na kalinie,
Wyśpiewuje kozak młody,
Chodząc po dolinie.
Wyśpiewuje, póki wyjdzie

Z chaty jego miła,
55 

A on do niej: „Jak tam matka?
Czy może cię biła?”
Uścisną się, a słowik im
Śpiewa piosnki swoje;

Posłuchają, rozejdą się,
60 

Szczęśliwi oboje.
Nikt nie widział, nikt nie spyta:
„Gdzieś była, dziewczyno?”
Ona jedna wie, jak prędko

Takie chwile płyną...
65 

Kochała się, miłowała,
Aż serce jej mdlało.
Przeczuwało swą niedolę,
Przestrzec nie umiało.

Nie przestrzegło — poszedł kozak,
70 

A dziewczyna biedna,
Jak gołąbka bez gołębia,
Tęskni sama jedna...
Nie szczebioce słowik w nocy

W gaju przy ruczaju
75 

I nie śpiewa czarnobrewa
Jak ptaszyna w maju.
Już nie śpiewa. Jak sierota
Tęskni w dzień i w nocy,

Bez miłego ojciec, matka —
80 

Niby ludzie obcy;
Bez miłego słońce świeci —
Niby wróg się śmieje;
Bez miłego świat — mogiła,

Że aż serce mdleje.
85 


Rok przeminął, minął drugi,
Niema kochanego.
Dziewczę więdnie, a nikt nawet
Nie spyta, dlaczego.

„Co ci, serce?” — stara matka
90 

Córki nie pytała.
Lecz za starca bogatego
Tajemnie swatała.

„Idźże, córko, byś mi starą

Panną nie ostała!
95 

On bogaty, bez rodziny —
Będziesz panowała!”
„Ach, poco mi państwo takie!” —
Mówiła do mamy,

„Na ręcznikach, com natkała,
100 

Spuśćcie mię do jamy,
Niechaj za mną drużki płaczą,
Niech śpiewają księża,
Ja takiego, jak ten stary,

Nie chcę widzieć męża!”
105 

Nie słuchała matka córki,
Dalej ją swatała,
A dziewczyna, patrząc na to,
Więdła i milczała.

Aż do wróżki poszła w nocy:
110 

Może jej powróży,
Bo bez swego kochanego
Nie wytrzyma dłużej.
„Babciu złota, babciu-serce,

Jak nie chcesz mej zguby,
115 

To powiedz mi szczerą prawdę:
Gdzie teraz mój luby?
Czy żyw, czy zdrów, czy mię kocha,
Czy zapomniał może?

Powiedzże mi, a polecę
120 

Do niego za morze!
Powiedzże mi, a polecę
Jak ptaszek skrzydlaty,
Bo mnie matka za starego

Potajemnie swata.
125 

Ja pokochać go nie mogę,
Ja serca nie zmuszę —

Utopiłabym się w rzece,
Lecz żal gubić duszę.

Kiedy nie żyw mój jedyny, —
130 

Spraw, abym do domu
Nie wróciła!... Takiej doli
Nie życzę nikomu!
W domu stary ze swatami —

Matka przyjąć każe”.
135 

„Dobrze, córko! Spocznij chwilkę
I rób, co rozkażę.
Sama kiedyś, moja droga,
Panną byłam przecie,

Znam to licho i pomagam,
140 

Pomagam wam, dzieci.
Twoją dolę, moja córko,
Od dwóch lat już znałam
I dla ciebie czarownego

Ziela nazbierałam”.
145 


Poszła stara. Jakąś flaszkę
Zdejmuje z policy:
„Masz to dziwo! Weź i biegnij
Prędko do krynicy.

Umyjesz twarz, napijesz się
150 

Jeszcze przed kur pianiem,
A zobaczysz, że ci ulży
Na sercu, kochanie.
Jak wypijesz, biegnij co tchu;

Choćby cię wołali,
155 

Nie oglądaj się, aż staniesz,
Gdzieście się żegnali.
Spoczniesz chwilę, a gdy księżyc
Wśród nieba zaświeci,

Wypij znowu; nie przybędzie —
160 

To pij po raz trzeci.

Ten pierwszy łyk zeszłoroczną
Wróci ci urodę,
A po drugim — podkóweczką

Tupnie konik młody.
165 

Kiedy żywy twój jedyny,
To zaraz przybędzie,
A za trzecim... Moja córko,
Nie pytaj, co będzie!...

Lecz pamiętaj: nie żegnaj się,
170 

Bo czar pójdzie w wodę.
Idźże teraz zeszłoroczną
Oglądać urodę!”

Wzięła ziele. „Bóg wam zapłać” —

I wyszła za progi.
175 

„Iść, czy nie iść?... Ha, już późno. —
Nie zawrócę z drogi!”
Poszła: myje się i pije
Raz, drugi i trzeci.

Wszystko znikło, tylko piosnka
180 

Ponad stepem leci:

„Płyń, ach płyńże, mój łabędziu,
Przez morskie lazury!
Rośnij, rośnij, topoleńko,

Aż pod czarne chmury!
185 

Rośnij smukła i wysoka
Do samego nieba,
Spytaj Boga, jak mi długo
Jeszcze czekać trzeba.

Rośnij, rośnij, póki spojrzysz
190 

Hen, za morze sine, —
Tam gdzie leży dola moja,
A ja tutaj ginę.
Tam mój miły, czarnobrewy,

Po polu ugania,
195 

A ja płaczę, lata tracę,
Więdnę od kochania.
Powiedz jemu, moja droga,
Że świat się naśmiewa,

Powiedz jemu, że umieram,
200 

Bo on nie przybywa.
Własna matka chce mię żywą
Złożyć w ciemnym grobie...
A jakże to ona radę

Będzie dawać sobie?
205 

Kto doglądnie ją na starość,
W potrzebie pomoże?
Matko moja!... Dolo moja!
Boże Ty mój, Boże!

Popatrzże się, topoleńko,
210 

Przed świtaniem, rano,
Jak go niema, zapłacz cicho,
By łez nie widziano.
Rośnij, rośnij, topoleńko,

Wciąż wgórę, pod chmury,
215 

Płyń, ach płyń, łabędziu biały.
Przez morskie lazury!”

Taką piosnkę czarnobrewa
W stepie zanuciła,

Ziele cudu dokonało —
220 

W drzewo się zmieniła.
Nie wróciła już do domu,
Stoi sama jedna...

Cienka, giętka i wysoka,

Wysoka — podniebna.
225 

Po dąbrowie wicher wyje,
Mknie, pędzi przez pole,
Aż do samej ziemi zgina
Przydrożną topolę.

1839.
Petersburg.



ДУМКА
Przełożył
Нащо мені чорні брови...
BOHDAN ŁEPKI


DUMKA.

Ach, naco mi kare oczy?
Na co mi uroda?
I naco mi te dziewczęce,
Szczęsne lata młode?

Moje piękne lata młode

Daremnie marnieją.
Oczy płaczą, czarne brewki
Od wiatrów płowieją.
Trzepoce się serce młode.

Jak w klatce ptaszyna —
10 

Ach, poco mi ta uroda,
Kiedy szczęścia niema?
Jakże ciężko żyć sierocie
Na tym Bożym świecie:

Wszyscy ludzie niby obcy,
15 

A toć swoi przecie.
Nikt mię w świecie nie zapyta,
Dlaczego łzy leję,
I nikomu ja nie powiem,

Czemu serce mdleje.
20 

Czemu serce jak gołąbka
W dzień i w nocy grucha,
Nikt nie pyta się, dlaczego,
Bo mię nikt nie słucha.

Nie pytają się mnie ludzie,
25 

Nie pytają obcy,

Niech sierota płacze sobie,
Bo to los sierocy.
Płaczże serce, płaczcie oczy,

Póki piersi dyszą,
30 

Głośniej, głośniej i żałośniej,
Aż wiatry usłyszą!
I poniosą hen, za morze,
Mój żal, moją mękę

Czarniawemu, zdradliwemu
35 

Na ciężką udrękę.

1839.
Petersburg.



ІВАН ПІДКОВА
Przełożył
 
A. J. GORZAŁCZYŃSKI


JAN PODKOWA
(W. I. Sternbergowi)
I

Kiedyś, kiedyś — w Ukrainie
Od armat huczało;
Kiedyś, kiedyś — Zaporoże
Panować umiało!

Panowali, dobywali

I sławy, i woli, —
Poszło wszystko: i zostały
Mogiły wśród poli![2]
Skroś wysokie te mogiły,

Gdzie dawno spoczęli
10 

Atamani, ich w kitajkę
Ciało owinęli
Towarzysze.
Czernieją mogiły

Jak góry wysokie
15 

I wiatrem ślą głosy
Przez stepy szerokie.
Echem czynów, dziadów sławy
Wicher wciąż powiewa,

A wnuk, idąc z kosą rano,
20 

Na tę nutę śpiewa:
kiedyś — w Ukrainie

Licho tańcowało,
Przy butelce wódki, miodu

Smutku się nie znało.
25 

Kiedyś, kiedyś w Ukrainie
Dobrze nam się żyło...
Wspomnim wczoraj, spocznie serce,
Bo też wspomnieć miło.


II
Czarna chmura z za Limanu
30 

Niebo, słońce kryje,
Sine morze niespokojne
To jęczy, to wyje,
Zatopiło gardło Dniepru.

„Ano, chłopcy, żywo
35 

Na bajdaki! Gra nam morzę,
Pojedziem na żniwo!”
Wysypało się Kozactwo —
Liman czajki kryły.

„Grajże, morze!” zaśpiewali,
40 

Fale się spieniły;
Wkoło fale jak te góry,
Ni ziemi, ni nieba.
Strach wokoło, dla kozaków

Tego tylko trzeba —
45 

Płyną sobie i śpiewają,
Rybitwa przeleci,
A ataman przodem jedzie
I wiedzie swe dzieci.

Chodzi sobie wzdłuż bajdaku,
50 

W ustach lulka zgasła;
Myśli, patrząc naokoło,
Gdzie dać boju hasło?
Podkręciwszy czarne wąsy,

Za ucho czuprynę,
55 

Podniósł czapkę — stają czółna:
„Niechaj wróg nasz ginie!
Nie Synopę, towarzysze,
Zapalić popłynę,

Na Carogród, do sułtana,
60 

Pojedziem w gościnę!”
— „Dobrze, ojcze atamanie!” —
Wkoło zahuczało.
„Dziękuję wam!”

Włożył czapę.
65 

Znowu zaszumiało
Sine morze. Wzdłuż bajdaku
Spokojny znów chodzi
Pan ataman i po fali

Milcząc okiem wodzi.
70 
1939.
Petersburg.



КАТЕРИНА
Przełożył
 
BOHDAN ŁEPKI


KATARZYNA
(W. A. Żukowskiemu na wspomnienie o 22 kwietnia 1838)

Kochajcie się, czarnobrewe,
Lecz nie z Moskalami,
Oni obcy, litować się
Nie będą nad wami.

Moskal tylko żartem kocha,

Żartując porzuci,
Pójdzie w swoją Moskiewszczyznę,
Dziewczynę zasmuci...
Gdyby samą, niechby jeszcze,

A to matka stara,
10 

Rodzicielka z córką cierpi, —
Za cóż taka kara?
Serce więdnie, ale śpiewa,
Gdy wie, poco, za co;

Ludzie serca nie spytają,
15 

Powiedzą: „ladaco!”
Więc kochajcie się, dziewczęta,
Lecz nie z Moskalami,
Oni obcy, litować się

Nie będą nad wami.
20 


Katarzyna głosu matki,
Ojca nie słuchała,
Lecz Moskala z całej duszy,
Szczerze pokochała.

Pokochała Moskalika,
25 

Do sadu chodziła,
Póki swoją dobrą dolę
Tam zaprzepaściła.
Nadaremnie do wieczerzy

Woła matka donię,
30 

Nie przychodzi, — na zabawie
Z Moskalem noc trwoni.
Całe noce karę oczy
Całuje i pieści,

Aż po siole niewesołe
35 

Poszły o niej wieści.
A niech sobie źli ludziska,
Co zechcą, to plotą;
Choćby nie wiem co gadali,

Ona nie dba o to.
40 

Nagle wojna. Trąbią trąby,
Wzywają na boje.
Poszedł Moskal. Ach, Katrusiu,
Gdzie panieństwo twoje?

Gdzie twa kosa?
45 

Choć nakryto
Ją, nic nie mówiła,
Bo za miłym, jak się śpiewa,
I tęsknota miła.

Przecież święcie obiecywał
50 

Swojej Katarzynie,
Że powróci, jeśli tylko
Na wojnie nie zginie.
Ożeni się i dzisiejsze

Zło w niepamięć pójdzie, —
55 

Niech więc sobie co chcą mówią
Niepoczciwi ludzie.
Nie troszczy się Katarzyna,
Ociera oczęta,

Choć już bez niej na ulicy
60 

Śpiewają dziewczęta.
Nie troszczy się Katarzyna,
Umyje się łzami
I po wodę o północy

Biegnie z konewkami
65 

(By wrogowie nie widzieli).
Przyjdzie, stanie i zaśpiewa
„Hrycia” pod kaliną,
A tak rzewnie, że kalinie

Z listków łzy popłyną.
70 

Odśpiewała, lżej na sercu
I do domu idzie,
Taka rada i wesoła,
Że jej nikt nie widzi.

Nie troszczy się Katarzyna
75 

I nie myśli wcale, —
W nowej chustce, przez okienko
Zapatrzona w dale,
Stoi sobie. A dnie idą,

Minęło pół roku,
80 

Zemdliło ją koło serca,
Zabolało w boku.
Chora nasza Katarzyna,
Ledwo-ledwo dyszy, —

Wyzdrowiała, na zapiecku
85 

Dzieciątko kołysze.
A kobietki dogadują,
Docinają matce,
Że Moskale, powracając,

Nocują w jej chatce.
90 

„Twoja córa czarnobrewa,
Urodziwa lala,
Nie samotna — na zapiecku
Kołysze Moskala

Czarniawego. Czy nie tyś ją
95 

Tak pięknie uczyła?”
A bodaj was, sekutnice,
Dola tak raczyła
Na tym świecie, jak Katrusię,

Z której się śmiejecie!
100 

Katarzyno, serce moje,
Gorzkie twoje życie!
Gdzie ty teraz z małem dzieckiem
Podziejesz się w świecie?

Kto nad tobą zlituje się,
105 

Przygarnie do siebie?
Jego niema, a rodzice
Obcy już dla ciebie.

Wyzdrowiała Katarzyna,

Otworzy okienko,
110 

Tęsknie patrzy na ulicę
I kołysze synka.
Patrzy, patrzy, — jego niema!
Czy już nie przybędzie?

Poszłaby w sad, popłakała,
115 

Ale ludzie wszędzie.
Zajdzie słonko, Katarzyna
Niesie swego syna
Do ogrodu, — kędy pojrzy,

Miłego wspomina.
120 

Tu go z musztry wyglądała,
Tam mile gwarzyła
A tam, a tam... „Synu, synu!” —
I nie dokończyła.

Rozwinęły się czereśnie
125 

I wiśnie w ogrodzie,
Tak jak kiedyś wychodziła,
I teraz wychodzi.
Wyjdzie, ale już nie śpiewa,

Jak kiedyś śpiewała,
130 

Kiedy swego kochanego
Tam oczekiwała.
Już nie śpiewa czarnobrewa,
Na swój los się żali,

A tymczasem złe języki
135 

Nie szczędzą jej wcale.
Coraz rzeczy okropniejsze
Wymyślają o niej, —
Gdyby on był, to z pewnością

Stanąłby w obronie.
140 

Lecz daleko czarnobrewy,
Stamtąd nie zobaczy,
Jak ją ludzie wyśmiewają
I jak ona płacze.

Może poległ za Dunajem,
145 

Poległ i nie wstanie,
A może gdzie w Moskwie znalazł
Już inne kochanie?
Nie, nie poległ, żyje zdrów on,

Marne troski, marne,
150 

Gdzież on znajdzie takie oczy
I brwi takie czarne?
Nigdzie, w całym świecie niema
Takiej ani jednej,

Jak Katrusia, takiej pięknej
155 

I takiej też biednej!
Dała matka córce swojej
Urody dowoli,
Lecz cóż z tego? Nie umiała

Szczęścia dać i doli.
160 

A bez doli z białem liczkiem —
Jak z tym kwiatkiem bywa:
Słońce pali, wiatr nim targa
I kto chce, ten zrywa.

Myjże swoje białe liczko
165 

Drobniutkiemi łzami,
Bo wrócili już Moskale
Innemi drogami.


II

Siedzi ojciec w końcu stołu,

Głowę chwycił w ręce
170 

I nie spojrzy na świat Boży
W swej ciężkiej udręce.
Koło niego matka stara
Zalewa się łzami

I takiemi do swej córki
175 

Przemawia słowami:
„Cóż wesele, córko moja?
Czemuż niema pary?
Gdzież są twoi starostowie,

Gdzie druchny, bojary?
180 

Idź do Moskwy, córko moja,
Może znajdziesz swatkę,
Tylko nie mów dobrym ludziom,
Że masz jeszcze matkę.

Przeklęty dzień i godzina,
185 

Kiedym cię powiła!
Czemuż ja cię przed świtaniem
W wodę nie wrzuciła?
Byłabyś się zdała gadom,

A nie Moskalowi...
190 

Dziecko moje, córko moja,
Kwiecie mój różowy!
Jak jagódkę, jak ptaszynę,
Tak jam cię pieściła

Na swą biedę... Córko, córko,
195 

Cóżeś ty zrobiła?

Taka wdzięczność!... Idźże sobie,
W Moskwie świekry szukaj,

Nie słuchałaś swojej matki,
200 

Teraz jej posłuchaj!
Idź jej szukać, a jak znajdziesz,
Przywitaj i potem
Żyj szczęśliwie, ale do nas
Nie przychodź z powrotem.

Nie wracaj już z obcych krajów,
205 

Zostań tam! Bądź zdrowa!
A któż moją biedną głowę
Bez ciebie pochowa?
Kto jak dziecko płakać będzie

Za matką rodzoną?
210 

Kto posadzi na mym grobie
Kalinę czerwoną?
Kto za moją grzeszną duszę
Będzie błagać Boga?

Dziecko moje, córko moja,
215 

Córko moja droga!
Idź już od nas!”
Ledwie-ledwie
Pobłogosławiła:

„Pan Bóg z tobą!” — i jak martwa
220 

Z nóg się powaliła.
Odezwał się ojciec: „Cóż ty?
Czekasz jeszcze czego?”
Rozełkała się i do nóg

Upadła starego.
225 

„Ach, przebacz mi, ojcze drogi,
Tę winę ogromną!”
„Niechaj ci ją Bóg przebaczy,
A ludzie zapomną!

Idź już córko. Lżej nam będzie!”
230 

Ledwie biedna wstała,
Ukłoniła się i wyszła,
A po niej została
Pustka w chacie. Przez sad idąc,

Modlitwę szeptała,
235 

Z pod wiśni garść ziemi wzięła,
Na piersiach schowała.
„Nie powrócę! Może w obcym,
Gdzieś dalekim kraju,

W obcej ziemi obcy ludzie
240 

Kiedyś pochowają
Nieszczęśliwą. Jeno garstka
Tej ojczystej ziemi
O mym losie świadczyć będzie

Pomiędzy obcemi.
245 

Niech nie świadczy, niech nie mówi,
Gdzie mię śmierć spotkała,
Aby moja grzeszna dusza
Choć tam spokój miała.

Ziemia milczy, ale dziecko
250 

Powie kiedyś, kto ja!
Boże ty mój, losie ty mój,
Gorzka dolo moja!
Gdzie ukryję się? Pod wodę

Pójdę sama jedna,
255 

A ty grzech odpokutujesz,
Dziecino ma biedna,
Tułając się jak sierota
Bez ojca po świecie...”

Idzie. Chustka na jej głowie.
260 

A na rękach dziecię.
Wyszła za wieś. Serce boli,
Jeszcze raz spojrzała
Poza siebie i gorzkiemi

Łzami się zalała.
260 

Jak topola pośród pola,
Tak stoi przy drodze,
I jak z liści rosa, z oczu
Kapią łzy niebodze.

Tyle ich już wypłakała,
270 

że świata nie widzi,
A wciąż płacze. Pocałuje
Dziecko i znów idzie.
A to małe, jak aniołek,

Nic nie wie, rączyny
275 

Drobne swoje wciąż wyciąga
Ku piersi matczynej.
Zaszło słońce. Nad dąbrową
Krwawe niebo płonie,

Otarła łzy, powlokła się
280 

I ślad zginął po niej.
Wieś gwarzyła o niej jeszcze
I długo, i wiele,
Ale tego ojciec-matka

Już nie usłyszeli.
285 


Tak to człowiek na tym świecie
Swoich bliźnich lubi!
Tego wiążą, rżną tamtego,
Ów sam siebie gubi...

Za co? Naco? Jeden Bóg wie!
290 

Tyle miejsca przecie,
A dla biednych niema kąta
Wolnego na świecie.
Jednym dola daje pola

Od kraju do kraju,
295 

A dla drugich jeno tyle,
Że ich pochowają.
Gdzież te dusze, które chciałeś
Kochać i żyć z niemi

Po bratersku?... Nadaremnie
300 

Szukasz ich na ziemi!

Jest na świecie dola,
Ale czy ją znamy?
Jest na świecie wola,

Ale czy ją mamy?
305 

Są ludzie na świecie,
Srebro-złoto mają,
Myślałbyś, szczęśliwi,
A szczęścia nie znają —

Ni doli, ni woli.
310 

Znękany, stroskany,
Wdziewa swe żupany,
Nawet płakać wstyd mu,
Bo to pan nad pany.

Bierzcie srebro - złoto,
315 

Panowie, bogacze,
Ja łzy sobie wezmę
I biedę wypłaczę.
Zatopię niedolę

Łzami drobniutkiemi,
320 

Rozdepczę niewolę
Nogami bosemi!
Wtenczas u mnie radość
I dobrobyt gości,

Kiedy serce moje
325 

Buja na wolności.


III

Krzyczą sowy, śpią dąbrowy,
Płoną jasne zorze,
Susły bawią się w burzanach

Na dzikim ugorze.
330 

Już usnęli dobrzy ludzie,

Tych radość znużyła,
Tamtych troska, ale wszystkich
Ciemna noc nakryła,

Niby matka, co przed spaniem
335 

Dzieci swe nakrywa.
A gdzież teraz Katarzyna
Nasza nieszczęśliwa?
W chacie? W lesie? Czy pod kopą

Zabawia synaczka
340 

I truchleje, że gdzieś z kniei
Skoczy wilk znienacka?
Ach, brwi czarne! Lepiej, by was
Nie dawały nieba,

Skoro za was taką drogą
345 

Cenę płacić trzeba!
A co dalej jeszcze będzie?
Coraz gorzej, gorzej —
Żółte piaski, obcy ludzie

I śniegi jak morze.
350 

Sroga zima. A on? Czy on
Swoją Katarzynę
Pozna jeszcze i przygarnie,
I przywita syna?

Zapomniałaby z nim zaraz
355 

Tę okropną drogę,
Gdyby tylko szczerem sercem
Przywitał niebogę...
Zobaczymy... A narazie

Spoczniemy po trudzie
360 

I o drogę w kraj moskiewski
Będziem pytać ludzi.
Och, daleka ona, bracia,
Znam i ja tę drogę,

O niej jeszcze dziś wspominać
365 

Bez trwogi nie mogę.

Przeszedłem ją, przemierzyłem,
Niech ją licho mierzy!
I niejedno powiedziałbym,

Ale kto uwierzy?
370 

„Ależ kłamie siaki-taki!
(Tak o mnie powiedzą)
I sam nie wie co, a baje,
I ludzie nie wiedzą”.

Prawda wasza, prawda, ludzie!
375 

Bo poco wam wiedzieć,
Co ze łzami tu przed wami
Chciałbym opowiedzieć?
Każdy ma dość własnej troski,

A szczęściem nie grzeszy,
380 

Lepiej dajcie mi krzesiwo,
Niech ognia wykrzeszę.
I tytoniu, aby w domu
Zmartwienia nie było

I aby się takie licho
385 

Nikomu nie śniło.
Niechajże mu! Ja tymczasem
Pomyślę, gdzie biedna
Katarzyna z małem dzieckiem

Błądzi sama jedna.
390 


Za Kijowem, hen, za Dnieprem,
Wzdłuż ciemnego gaju,
Tam czumacy drogą idą,
„Puhacza” śpiewają.

A naprzeciw nim niewiasta —
395 

Czy z odpustu idzie?
Czegóż taka zapłakana,
Że świata nie widzi?
Połatana na niej świtka

I torba na grzbiecie,
400 

W ręce kostur, a na drugiej
Niesie śpiące dziecię.
Spotkali się. Chowa dziecko
I pyta: „Nie wiecie,

Dobrzy ludzie, która droga
405 

W moskiewski kraj wiedzie?”
„W moskiewski kraj? O, ta właśnie.
Daleko, niebogo?”
„Aż do Moskwy. W imię Boga,

Dajcie coś na drogę”.
410 

Grosik dali. Wzdrygnęła się.
Ach, jakże on pali!
Ale wzięła. To nie dla niej,
Lecz dla dziecka dali...

Ona matka... Dalej rusza.
415 

Spoczęła w Browarach
I ten gorzki grosz dla dziecka
Na piernik wydała.
Długo, długo jeszcze potem

Biedna wędrowała,
420 

A bywało, że pod płotem
I przenocowała...

Ach, nacóż się zdały te kare oczęta!
Czy poto, by płakać gdzieś pod obcym płotem,

Jak dziś Katarzyna? Słuchajcie, dziewczęta,
425 

I strzeżcie się pilnie, ażebyście potem
Nie musiały szukać swojego Moskala,
Jak ona go szuka, — i nie narzekały,
Że ludzie od siebie trzymają was zdala.

Nie pytajcie, czarnobrewe!
430 

Co wiedzą ludziska?
Na biednego każdy chętnie
Kamieniami ciska.
Ludzie gną się jak wiklina,

Kędy wiatr powieje,
435 

Na sierotę słońce świeci,
Świeci, lecz nie grze je.
Ludzie słońce zakryliby,
Aby nie świeciło

Na nieszczęsną i aby jej
440 

Łez nie osuszyło.
I za cóż to, Boże miły,
Jej tak źle na świecie?
Jaką krzywdę wam zrobiła?

Czego od niej chcecie?...
445 

Czego od niej chcą? — Zobaczyć,
Jak płacze niecnota.
A więc — nie płacz, Katarzyno,
Nie płacz, moja złota,

Cierp w milczeniu. Lecz ażeby
450 

Nie zwiędła uroda,
Do świtania myj się łzami,
Bo urody szkoda!
Umyjesz się — nie zobaczą,

A więc nie wyśmieją;
455 

Niech tymczasem serce spocznie,
Póki łzy się leją.

Oto jaka bieda! Widzicie, dziewczęta?
Uwiódł i porzucił Katrię Moskal zły.

Niechajże z was każda dobrze to pamięta,
460 

Abyście tak kiedyś nie szukały wy
Swojego Moskala, jak ona dziś szuka.
Nie wierzcie losowi, bo los was oszuka,
Nie liczcie na ludzi, bo wam nie przebaczą

I zamiast pocieszyć, powiedzą: „ladaco”.
465 


Pod płotami nocowała,
Raniutko wstawała
I do Moskwy szła nieboga,

Aż tu naraz sroga

Przyszła zima.
470 

Idzie Katria,
Wicher śniegiem miecie,
Ona w łapciach i podarta
Świtka na jej grzbiecie.

Idzie Katria, ledwo idzie,
475 

Patrzy — coś szarzeje
Hen, w oddali. To Moskale!
Och! I serce mdleje.
Leci, pędzi na spotkanie,

Przybiegła zziajana
480 

I pyta się, czy niema tu
Jej pana Iwana?
A Moskale, jak Moskale,
Śmieją się, żartują:

Aj da baba! Aj da naszi!
485 

Kawo nie nadujut!”
Spojrzy na nich Katarzyna:
„Ludzieście, jak wszędzie!
Nie płacz synu, biedo moja,

Niechaj co chce będzie,
490 

Pójdę dalej, aż go spotkam
I oddam dziecinę,
Oddam ciebie, gołąbku mój,
A sama — niech ginę!”

Ryczy, wyje zawierucha,
495 

Szaleje zawieja,
Stoi Katria pośród pola
I gorzkie łzy leje.
Uciszyło się na chwilę,

Znużony wiatr ziewa, —
500 

Płakałaby jeszcze Katria,
Ale łez już niema.

Popatrzyła na dzieciątko
Umyte jej łzami,

Takie piękne, niby kwiatek
505 

Pod rosy kroplami.
Uśmiechnęła się. Lecz uśmiech
Zjawił się i mija,
A za serce coś ją chwyta,

Niby czarna żmija.
510 

Milcząc wzrokiem potoczyła,
Przed nią lasu smuga,
A pod lasem, hen, przy drodze,
Chatka oknem mruga.

„Wieczór. Chodźmy! Może ludzie
515 

Udzielą noclegu,
Jak odmówią, to będziemy
Nocować na śniegu;
Koło chaty przenocujem,

Noc, mój synku, wszędzie,
520 

Ale gdzie ty nocleg znajdziesz,
Kiedy mnie nie będzie?
Chyba z psami, moje dziecko,
Bo psy, choć kąsają,

Choć i gryzą, ale zato
525 

Nas nie obmawiają,
Nie wyszydzą, nie wyśmieją,
Więc brataj się z psami!...
Ach, losie mój, Boże ty mój,

Zlituj się nad nami!”
530 


Nawet pies sierota ma w świecie swą dolę,
Ktoś mu przecież kiedyś dobre słowo da;
Bi ją go i łają, zakują w niewolę,
Ale nikt nie pyta: „Gdzie jest matka twa?”

Iwasia z pewnością o to się spytają
535 

Prędzej, niżby mógł im odpowiedzieć słowy.

Na kogoż to we wsi wszystkie psy szczekają?
I kto ten obdarty włóczęga wioskowy?
Kto wodzi łobuza? Bękart czarnogłowy...

Całe jego szczęście — to te brwi urodne,
540 

Ale ludzie mówią, że on ich niegodny.


IV

Pod górą, w jarze, przeogromne,
Hetmańskich czasów jeszcze pomne,
Dęby jak starcy stoją. W jarze

Na grobli wierzba z wierzbą gwarzy.
545 

Lodami skute stawu tonie, —
W niewoli staw. (Zimową porą
Z przerębli ludzie wodę biorą).
Przez chmurę krwawe słońce płonie,

Wiatr się nadyma, — jak powionie!
550 

Niczego niema. Wszędzie biało,
Tylko coś w lesie zahuczało.

Ryczy, huczy zawierucha,
Wiatr po lesie hula,

I do snu szerokie pola
555 

Śniegami otula.
Karbowniczy chce oglądnąć
Las, już wyszedł z chaty.
Ale gdzie tam! Taka zamieć,

Że nie widać świata.
560 

„A niechaj go! Lepiej w chacie
Teraz niźli w lesie.
Ale co to? Skąd ich tylu
Jakiś djabeł niesie?

I o takiej jeszcze porze,
565 

Patrz, patrz, Nyczyporze,
Cali biali...”

— „Co, Moskale? Gdzie Moskale?”
— „Co z tobą, na Boga?”

— „Gdzie Moskale, gdzie sokoły?”
570 

— „A tam — ciągną drogą”.
Poleciała Katarzyna,
Nawet nic nie wdziała.
„Ponoś dobrze jej ta Moskwa

We znaki się dała.
575 

Nawet w nocy przez sen woła
Jakiegoś Moskala”.
Pędzi Katria, przez pnie skacze,
Marzną bose nogi,

Aż przybiegła i zziajana
580 

Stanęła wśród drogi.
Twarz otarła rękawami,
Spojrzy, — aż tu do niej
Nabliża się cały oddział,

A wszystko na koniach.
585 

„Boże ty mój! Losie ty mój!”
(To biegnie, to stanie) —
A na przedzie starszy jedzie.
„Iwanie! Kochanie!

Gdzieżeś bawił ty tak długo?”
590 

Chwyta za strzemiona,
A on spojrzał, i ostrogą
Bodzie swego konia.
„Czekaj! Czekaj! Czyś zapomniał

Swoją Katarzynę?
595 

Nie poznałeś? Spojrzyj tylko,
Spojrzyj, mój jedyny,
To ta sama twoja luba
Katrusia, to ona,

Co kochała cię tak szczerze —
600 

Pocóż rwiesz strzemiona!?”
On ni słowa. Ściągnął konia,

Koń rwie się i skacze.
„Gdzież ty lecisz, mój gołąbku?

Popatrz! Ja nie plączę.
605 

Nie poznajesz? Boże ty mój,
To Katria, to ona!
Nie odtrącaj!” A on na to:
„Odczep się, szalona!

Wozmitie prócz biezumnuju!”
610 

„Co słyszę! Mój świecie!
Wspomnij tylko, ty mi wierność
Przysięgałeś przecie.
Wozmitie prócz! Cztożwy stali?!”

„Kogo to brać mają?
615 

Twoją Katrię, co do ciebie
Biegała do gaju?
Twoją Katrię, co ci syna
Powiła?... Jedyny,

Nie odpychaj teraz biednej
620 

Swojej Katarzyny!
Weź za sługę, kochaj drugą,
Cały świat, — zapomnę,
Jaką ty mi kiedyś krzywdę

Zrobiłeś ogromną,
625 

Przebaczę ci, żem pokrytka
I że marnie ginę, —
Wreszcie rzuć mię, lecz nie rzucaj
Dzieciny niewinnej!

Nie porzucisz? Serce moje,
630 

Zaczekasz chwileczkę...”
I pobiegła, a za chwilę
Wynosi mu dziecko.
Niespowite, zapłakane...

Spojrzy — jego niema.
635 

„Ludzie! Ludzie! To okropne!
On wyrzekł się syna!

Czy słyszycie? Ojciec syna
Porzucił zdradziecko,

Cóż ja teraz z tobą zrobię,
640 

Moje biedne dziecko?
Weźcie sobie, żołnierzyki,
Weźcie to maleństwo,
Bóg zapłaci, a na niego

Niech spadnie przekleństwo!
645 

Rośnij, synu, na śmiech ludziom...”
I kładzie na drogę.
„Szukaj ojca, bo ja więcej
Szukać już nie mogę!”

Zerwała się jak szalona,
650 

Do lasu pobiegła.
Dziecko płacze, a Moskale
Pojechali dalej.
Bo co im to! na nieszczęście

Leśnicy zabrali
655 

Małe dziecko. Katria bosa
Po lesie ugania,
Płacze, prosi i przeklina
Swojego Iwana.

Aż przybiegła na polanę,
660 

Spojrzała dokoła —
I do jaru, — pośród stawu
Stanęła i woła:
„Przyjmij, Boże, moją duszę,

A ty, wodo, ciało!”
665 

I skoczyła, aż pod lodem
Coś zakotłowało.

Tak znalazła Katarzyna
To, czego szukała,

Powiał wiatr i — ani śladu,
670 

Wszędzie przestrzeń biała.

Co tam wicher, ten szalony,
Który dęby łamie,
I co rozpacz drobnych dzieci

Po rodzonej mamie!
675 

Nie sieroty one, gdy im
Mogiła została,
Gdy im matka dobre imię
W spadku przekazała.

Więc kiedy je skrzywdzą ludzie,
680 

Kiedy ktoś ośmieszy,
Na mogiłę matki pójdą,
Mogiła pocieszy.
Ale stokroć gorzej dola

Takiego skrzywdziła,
685 

Co go ojciec widzieć nie chciał,
A matka rzuciła.
Do kogo się zwróci biedne,
Samotne pacholę?

Dla podrzutka bezdomnego
690 

Świat, jak puste pole.
Liczko pańskie, brewki czarne,
Nie z prostego rodu, —
Lecz co z tego? Lepiej niechby

Zmarniało zamłodu!
695 

V

Idzie kobzarz do Kijowa,
Na spoczynek siada;
Mały chłopak torby dźwiga
I prowadzi dziada.

Siedli. Chłopak, dziecko jeszcze,
700 

W słońcu się wygrzewa,
A tymczasem stary kobzarz
O Jezusie śpiewa.

Kto przechodzi — nie omija,

Dają kobzarzowi
705 

Chleb, pieniądze, a dziewczęta
Grosik chłopakowi.
„Jaki ładny!” — podziwiają,
„A biedny!... Hej, dała

Matka brewki, ale szczęścia
710 

Dać mu nie umiała.”
Sześciokonny pyszny powóz
Do Kijowa leci,
W tym powozie pani z panem,

A z nimi ich dzieci.
715 

Staje powóz koło dziadów,
Chmura kursu siwa
Podniosła się... Biegnie Iwaś,
Bo ktoś ręką kiwa

Przez okienko. Pani pieniądz
720 

Daje Iwasiowi
I chwali go, a pan spojrzał
I odwrócił głowę.
Odwrócił się, nie chce patrzeć,

Bo poznał nikczemny
725 

Po tych brwiach, wspaniałych, czarnych.
Po tych oczach ciemnych —
Swego syna. Ale brać go
Nie myśli.

„Jak zwiesz się?”
730 

Pyta pani. „Iwaś” rzecze,
„Iwaś? Jaki miły!”
Pojechali... Chmury kurzu
Iwasia pokryły.

Przeliczyli biedaczyska,
735 

Co im ludzie dali,
Pomodlili się i dalej
W świat powędrowali.

1839.
Petersburg.


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page051.png
AUTOGRAF LISTU SZEWCZENKI DO BRATA MYKYTY
2.III. 1840 r.



Н. МАРКЕВИЧУ
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


DO N. MARKIEWICZA

Bandurzysto, orle siwy,
Dobrze tobie, bracie,
Bo masz skrzydła, bo masz siły
I czasu nie brak ci.

Teraz leć na Ukrainę,

Na tę naszą, drogą.
Poleciałbym i ja z tobą, —
Nie mam tam nikogo.
I tu czuję się samotnym,

Choć ludzi tak wiele,
10 

I tam byłbym wszystkim obcy,
Sierota i — tyle!
Milczże, serce, uspokój się!
Sierota? Mój Boże!

A ojczyzna, Ukraina,
15 

A ten step — jak morze?
Tam wiatr szumi, jak brat z tobą
Dzieli smutki, żale,
Tam w szerokim polu wola,

Grają morskie fale.
20 

Grają fale, Boga chwalą,
Smutek rozwiewają,
Tam mogiły z wiatrem bujnym
W stepie rozmawiają.

Poleciałbym, posłuchałbym,
25 

Popłakałbym z niemi,
Lecz niestety! Los mię zmusza
Żyć z ludźmi obcemi.

9.V.1840.
Petersburg.



ГАЙДАМАКИ
Przełożył
Ветуп і епілог.
LEONARD SOWIŃSKI


HAJDAMACY
WSTĘP

Świat stoi, a wszystko i mija i ginie...
Lecz o tem, skąd idzie i kędy przepada, —
I dureń, i mądry nie wiedzieć co gada...
Ten żyje, ów kona... Owo się rozwinie,

A tamto zwiędnieje, na wieki zwiędnieje...

I liście pożółkłe gdzieś wicher rozwieje.
A świat tak i będzie, taki sam wschód słońca,
I gwiazdy tak samo popłyną bez końca,
I ty, jak i zwykle, o mój białolicy!

Po niebios błękitach w noc jasną przelecisz,
10 

Popatrzysz się w czyste zwierciadło krynicy
I w morze bez granic — i znowu zaświecisz,
Jak nad Babilonu wiszącym ogrodem,
Nad starą mogiłą i biednym jej rodem.

O wieczny mój! Z tobą, sam nie wiem dlaczego,
15 

Jak z bratem czy z siostrą, rozmawiam z ochotą
I dumkę ci śpiewam z natchnienia twojego...
Ach, radźże mi dzisiaj z tą krwawą tęsknotą!
Nie jestem samotny, nie jestem sierotą.

Mam dziatki, a nie wiem, co robić mam z niemi!
20 

Grzech ukryć je w sobie — te duchy żyjące,
Bo może to braci pocieszy na ziemi,
Gdy ujrzą te słowa i łzy te palące,
Któremi pieśń moja płakała nad niemi...

O, nie! Nie ukryję — wszak to duch żyjący!
25 

Jak błękit niebieski bez granic widnieje,
Tak duch bez początku i śmierci istnieje...
Lecz gdzieżto on będzie?... dźwięk przemijający!...
Ach! Dajcież przynajmniej choć pamięć mi swoją,

Bo ciężką jest piersi bezsławna mogiła.
30 

Kochała was ona, o kwiaty wy moje!
I dolę tę waszą opiewać lubiła.
Tymczasem do świtu zaśnijcie, me dzieci,
A ja wam watażki poszukam po świecie.

Hejże, zuchy, Hajdamacy!
35 

Świat wielki dowoli,
Lećcie, chłopcy, pohulajcie,
Poszukajcie doli.
Syny moje niedorosłe,

Nierozumne dzieci,
40 

Kto was szczerze, sierot biednych,
Przygarnie na świecie?
Syny moje, orły moje!
Hej, na Ukrainę!

Choć i licho tam się zdarzy,
45 

To pośród rodziny.
Tam znajdziecie dusze szczere,
Zginąć wam nie dadzą;
A tu... a tu... ciężko, dziatki!

Kiedy do dom zaprowadzą,
50 

Powitają was ze śmiechem,
Ten już zwyczaj mają —
Wszyscy wielcy, drukowani,
Słońce nawet łają:

„Nie z tej strony — mówią — wschodzi
55 

I niedobrze świeci,
Takby — mówią — należało...”
Co tu robić, dzieci!
Trzeba słuchać, któż wie? Może

Nie tak słońce wschodzi —
60 

Toć piśmienni wyczytali...
Rozum dziwa płodzi!
A cóż na was rzekną oni?
O, znam waszą sławę!

„Niech — powiedzą — spoczywają,
65 

Póki ojciec wstanie
I rozpowie po naszemu
O tym tam hetmanie!
Co tam kiep ten wygaduje

Zmarłemi słowami —
70 

I jakiegoś tam Jaremę
Prowadzi przed nami,
Odzianego w świtę szarą
I w łapcie łyczane...

Ej, napróżno widać w szkole
75 

Łatano ci boki!
Po Kozactwie, po Hetmaństwie
Mogiły wysokie,
Nic się więcej nie zostało,

I te — rozkopane.
80 

Próżna praca, panie bracie!
Jeśli chcesz mieć grosze,
A w dodatku sławę próżną,
Śpiewaj nam Matrioszę,

Lub Nataszę, radość naszą,
85 

Sułtan, parkiet, szpory —
Ot gdzie sława!... a on śpiewa
Hraje synie more” —
I sam płacze, za nim szlocha

Siermiężna gromada...”
90 

Prawda, prawda, mędrce moi!
Dzięki — i to rada!
Kożuch dobry, szkoda tylko,
Że nie na mnie szyty,

A rozumne słowo wasze
95 

Łgarstwami podbito.
Wybaczajcie — dla słów takich
Uszu niema u mnie.
Nie zaproszę was do siebie, —

Wy bardzo rozumni,
100 

A ja dureń; wolę sobie
W kącie mojej chatki
Sam zaśpiewać i zapłakać,
Jak dziecię bez matki.

Oj, zaśpiewam — igra morze,
105 

Wichry powiewają,
Step czernieje i mogiły
Z wiatrem rozmawiają.
Oj, zaśpiewam — rozwarły się

Mogiły wysokie,
110 

Zaporoże aż po morze
Kryje step szeroki,
Atamani na bachmatach
Poprzed buńczukami

Przelatują, a porohy
115 

Między sitowiami
Ryczą, jęczą — gniewają się,
Nucą coś strasznego.
Przysłucham się, rozżalę się,

Zapytam którego:
120 

„Czemu, starzy, smutni tacy?”
— „Synu, zła godzina...
Dniepr się na nas gniewa czegoś,
Płacze Ukraina!”

I ja płaczę... A tymczasem
125 

Świetnemi pocztami
Występują atamani,
Setnicy z panami
I hetmani, — każdy w złocie,

Chatki mej nie minie...
130 

Weszli, kupią się koło mnie
I o Ukrainie
Rozmawiają — wspominają:
Jak Sicz budowali,

Jak kozacy na bajdakach
135 

Porohy mijali,
Jak po morzu buszowali,
Grzali się w Skutarze —
I jak, lulki zapaliwszy

W Polsce na pożarze,
140 

Znów witali Ukrainę,
Jak bankietowali...
„Rżnij, kobzarzu, lej, szynkarzu!” —
Kozacy hukali!

Dziad nalewa, nie poziewa,
145 

Nie odpocznie, rwie się.
Kobzarz uciął, a kozacy —
Aż Chortyca gnie się...
Metelicę i hopaki

Hurtem odcinają,
150 

Kufle chodzą i przechodzą,
Tak i wysychają.
„Hulaj, panie, nie w żupanie,
Wichrze, pośród pola!

Graj, kobzarzu, lej szynkarzu,
155 

Póki wstanie dola!”
W bok się wziąwszy, na przysiadki
Parobcy z dziad?mi.
„Ot tak, chłopcy, dobrze dziatki,

Będziecie panami!”
160 

Atamani wpośród uczty,
Niby jaka rada,
Chodzą sobie, rozmawiają..
Wielmożna gromada

Nie wytrzyma — i tupnęła
165 

Staremi nogami...
A ja patrzę, wpatruję się
I śmieję się łzami, —
Ach, śmieję się, patrzę, zalewam się łzami, —

Nie jestem sam jeden, jest z kim żyć na świecie;
170 

Wśród domku mojego, jak w stepie gdzieś przecie,
Kozacy hulają, gaj szumi drzewami,
Mogiła śni dumki smutne żałobą
I morze gra sine, topola powiewa,

Cichuteńko dziewczę Hrycia sobie śpiewa,
175 

Nie jestem sam jeden, — jest żyć z kim do grobu.
Ot gdzie dobro moje, grosze
I sława poczciwa,
A za radę dziękuję wam,

Bo rada zdradliwa!
180 

Póki życia, poprzestanę
Na martwem tem słowie,
By wylewać łzy i smutek...
Bywajcie mi zdrowi!

Czas mi w drogę już wyprawiać
185 

Dziatki serca mego,
Niech ruszają, może znajdą
Kozaka starego,
Co powita syny swoje

Sędziwemi łzami —
190 

Dość mi tego, raz więc jeszcze:
Pan ja nad panami!

1841.7.IV
Petersburg


EPILOG

Oj, dawno to było, jak małej dziecinie,
Bez chłeba, samemu, jak czajce po fali,
Wypadło mi błądzić po tej Ukrainie,
Gdzie Gonta i Maksym z nożami hulali;

Oj, dawno to było, jak temi szlakami,

Co szli Hajdamacy, drobnemi stopami
Błądziłem, płakałem i ludzi szukałem,
By dobra uczyli. A teraz wspomniałem,
Wspomniałem, i przykro, że licho zginęło.

Ej, lichoż ty młode! dlaczegoś minęło,
10 

Zamieniłbym dolę dzisiejszą na ciebie,
Gdy wspomnę te stepy, te chmury po niebie,
I ojca, i dziada przypomnę ja sobie...
Dziadunio żyw jeszcze, a ojciec już w grobie.

Bywało, w niedzielę, „Mineje” zamknąwszy,
15 

Po czarce z sąsiadem serdecznym łyknąwszy,
Ojciec prosi dziada, by o Hetmańszczyźnie
Opowiadał stary lub o Koliszczyźnie.
I oczy stuletnie jak gwiazdki pałały,

A słowa po słowach potokiem się lały:
20 

Jak Gonta z Maksymem mierzyli się z Lachy,
Jak wrogi konały, jak miasta gorzały...
Sąsiedzi drętwieli z żałości i strachu
I mnie też małemu łzy w oczach stawały

Nad śmiercią tytara. A nikt i nie baczy,
25 

Że mała dziecina w kąteczku gdzieś płacze.
Bóg zapłać, dziaduniu, żeś wiernie przechował
W stuletniej swej głowie te dzieła kozacze,
Com teraz wnuczętom powtórzyć spróbował.


Wybaczajcie, ludzie dobrzy,
30 

Iż kozaczą sławę
Wyśpiewałem po prostacku,
Bez książkowej sprawy.
Tak i dziad mój opowiadał,

Daj mu, Boże, zdrowie!
35 

I ja za nim. Któż to wiedział,
Iż mądrzy panowie
Rzeczy takie czytać będą?
Wybaczże im, dziadu, —

Niechaj łają! A tymczasem
40 

Ja z moją gromadą,
Z Kozakami serdecznymi
Co prędzej się zwinę
I spać pójdę — i polecę

Na tę Ukrainę,
45 

Gdzie chodzili Hajdamacy
Z świętemi nożami, —
Na te szlaki, com wymierzył
Drobnemi nogami.

Pohulali Hajdamacy, —
50 

Dobrze pohulali:
Blisko roku krwią szlachecką
Hojnie napawali
Ukrainę i zamilkli —

Noże poszczerbili.
55 

Niema Gonty! Niema nad nim
Krzyża ni mogiły.
Wiatry bujne gdzieś rozwiały
Prochy hajdamacze,

Nikt się nawet nie pomodli
60 

I nikt nie zapłacze.
Jeden tylko brat przybrany
Został się na świecie, —

I ten, słysząc, jak okrutnie

Od piekielnych dzieci
65 

Brat zamęczon, po raz pierwszy
Załkał Maksymisko;
Łkał i płakał; łez nie otarł,
Umarł biedaczysko.

Żałość jego zadusiła
70 

Śród obcego pola,
W cudzą ziemię położyła —
Taka jego dola!
Smutno, tęskno Hajdamacy

Żelazną tę siłę
75 

Pochowali, usypali
Wysoką mogiłę;
Zapłakali, rozeszli się,
Odkąd i przybyli,

Jeden tylko mój Jarema
80 

Na kij się pochylił
I stał długo: „Spocznij, ojcze,
Śród obcego pola,
Bo na swojem miejsca niema

I przepadła wola.
85 

Śpij, kozacze. Wspomni ciebie
Dusza jaka szczera”.
Poszedł stepem biedaczysko
I łezki ociera.

Długo, długo oglądał się,
90 

Serce mu się rwało...
Zniknął... w stepie prócz mogiły
Nic nie pozostało.

Ej, posieli Hajdamacy

W Ukrainie zboże;
95 

Lecz nie oni go wyżęli...
Cóż zrobić, mój Boże!

Niema prawdy, nie wyrosła,
Krzywda wybujała...

Rozeszli się Hajdamacy,
100 

Gdzie dola pognała:
Kto do domu, kto w dąbrowę
Z nożami w cholewach
Kończyć Żydów. Tak i dzisiaj

Sława szepcze w śpiewach.
105 

A tymczasem Sicz prastarą
Zrujnowały wrogi;
Kto nad Kubań, kto za Dunaj;
I tylko porohy

Pozostały pośród stepu,
110 

Syczą, zawywają:
„Pochowano dziatki nasze
I nas rozrywają”.
Ryczą sobie, ryczeć będą,

Dola ich minęła
115 

I na wieki Ukraina,
Na wieki zasnęła.

Odtąd w bujnej Ukrainie
Żyto zielenieje;

Nigdzie jęków, dział nie słychać,
120 

Wicher tylko wieje,
Naginając wierzby w gaju
I burzan wśród pola.
Wszystko zmilkło — niechaj milczy:

Taka Boża wola!
125 

Czasem tylko gdzieś wieczorem
Ponad Dnieprem, w gaju,
Idą starzy Hajdamacy,
Idąc zaśpiewają:

„U naszego Hałajdy chata na pomoście,
130 

Graj, morze! dobrze, morze!
Dobrze będzie, Hałajdo!”

ТРИ ЛІТА

TRZY LATA


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page083.png
AUTOPORTRET T. SZEWCZENKI
z 1843 r.



СОН
Przełożył
Комедіа
BOHDAN ŁEPKI


SEN.
Komedja
Duch prawdy, którego świat przyjąć

nie może, bo nie widzi go, ani go zna.

Jan, XIV, 17.

Każdy z nas ma swoją dolę,
Swą drogę szeroką:
Ten muruje, ów rujnuje,
Trzeci chciwem okiem

Za światami dalekiemi

Wypatruje ziemi,
By zagarnąć i ze sobą
Zabrać ją do grobu;
Ten ogrywa w karty swata

W jego własnej chacie,
10 

A ów w domu pokryjomu
Ostrzy nóż na brata;
Jeszcze inny, bogobojny,
Trzeźwy i spokojny,

Aż niby kot zaczai się
15 

Na ciebie i zgóry
Skoczy naraz, by w twe trzewia
Wpiąć swoje pazury —
I nie błagaj: nie wyproszą

Ni żona, ni córy;
20 

Inny, szczodry i wspaniały,
Stawia Boże chramy

I ojczyznę tak miłuje,
Jak rodzoną mamę —

O! miłuje! Ale krew z niej
25 

Niczem wodę toczy!...
A rodacy milcząc patrzą,
Wytrzeszczają oczy
Jak jagnięta: „Niechaj — mówią —

Może tak i trzeba!”
30 


Może trzeba! To już chyba
Niema Boga w niebie!
W ciężkiem jarzmie upadacie
I raju jakiegoś

Na tym świecie pożądacie?
35 

Niema, niema jego!
Daremny trud! Ocknijcie się,
Ocknijcie się: przecie
Wszyscy w świecie, królewięta

I żebracy — dzieci
40 

Adamowe! i ten i... ten...
A cóż to, ja zbrodzień,
Że ucztuję i w niedzielę,
I w święto, i codzień?

A wam nudy? Narzekacie?
45 

Cicho już! Nie krzyczcie!
Bo ja piję swą krew własną,
A nie ludzką — wiedzcie!”

Tak oto w nocy z uczty raz,

Kiedy się wlokłem popod tyny,
50 

Dumałem sobie. (Miałem czas,
Zanim doszedłem do chatyny).
A w mojej chacie niema dzieci,
Żona mię nie łaje,

Cicho, niby w raju, —
55 

Gdzie spojrzysz, łaska Boska, bracie, —

I w sercu, i w chacie.
Więc zasnąłem, przyszedłszy do chaty,
A pijanego, kiedy już sen skruszy,

To chociażby jechały armaty,
60 

On nawet wąsem nie ruszy.

I przyśnił mi się sen nadzwyczajny, przedziwny,
Najtrzeźwiejszy upiłby się nim,
Skąpy żyd dałby okup sowity,

By napatrzyć się takich dziw.
65 

Lecz nie zobaczy, nie!
Niby widziałem we śnie,
Jak leciała sowa
Nad urwiskami i łąkami,

Nad przepaściami,
70 

I głębokiemi jarami,
I szerokiemi stepami,
I bajrakami...
A ja lecę wślad tej sowy

I żegnam się temi słowy
75 

Ze ziemią:

„Żegnaj, świecie, żegnaj ziemio,
Kraino ponura!
Ja swe męki, swe udręki

Schowam w ciemnych chmurach.
80 

Lecz do ciebie, Ukraino,
Nieszczęśliwa wdowo,
Przylatywać będę nawet
Z tych chmur na rozmowy,

Na rozmowy ciche, smutne,
85 

Na szczere narady;
O północy, kiedy rosy
Padają, upadnę.
Pogwarzymy, pomarzymy,

Póki słońce wstanie,
90 

Póki twoja dziatwa mała
Na wroga powstanie.
Żegnajże mi, matko moja,
Żegnaj mi, niebogo!

Hoduj dzieci, — wiedz, że prawda
95 

Żywa jest u Boga!”

Lecę... Patrzę — widnokręgi
Płoną już, dzień świta;
Słowik słońce w ciemnym gaju

Wdzięczną piosnką wita;
100 

Ledwie-ledwie wietrzyk wieje;
Widać stepy, łany,
Nad jarami, nad stawami
Wierzby zadumane;

Sady rzęsne, że aż gną się,
105 

Topole na woli
Postawały i, jak stróże,
Rozmawiają w polu.
I wszystko to, cały kraj ten, —

Jedno piękno boskie:
110 

Umywa się w rannej rosie
Zielone, beztroskie;
Umywa się, uśmiecha się,
Wdzięczy się do słońca...

I początku temu niema,
115 

I nie będzie końca!
Nikt tych skarbów nie przysporzy
I nikt nie roztrwoni...
Czemuż tedy smutno, Boże,

Sercu w mojem łonie?
120 

Czemu płaczesz, duszo biedna?
Czemu, duszo płaczesz? Chyba ty nie widzisz?
Chyba ty nie słyszysz, jaki to tam płacz?
Spójrz tylko dokoła, zastanów się, patrz!

Polecę wysoko, w błękity, nad chmury:
125 

Tam niema ni kary, ni władczej purpury —
Tam milkną zarówno i łkania, i śmiech.
A w dole, daleko pod nami, w tym raju
Ostatnią koszulę z kaleki zdzierają,

Ze skórą zdzierają, — chyba to nie grzech?
130 

Bo mówią, że trzeba dla paniąt na buty.
Tam wdowę fantu ją i biorą w rekruty
Jej syna, ostatnią nadzieję jedyną,
Bo wojska zamało... A tam znów pod tynem

Spuchnięte niemowlę łka z głodu i mrze,
135 

A matka pszenicę na pańszczyźnie żnie.
Tam... czy widzisz?... Oczy, oczy!
Jaka męka z wami!
Lepiejbyście wyschły były,

Wypłynęły z łzami!
140 

Uwiedziona popod płoty
Z dzieciątkiem wędruje.
Ojciec, matka wyrzekli się,
Obcy nie przyjmują!...

Nawet dziady od niej stronią!
145 

A panicz omija:
Już z dwudziestą bęcwał jakiś
Poddanych przepija!

Czy Bóg widzi naszą biedę,

Nasze łzy przez chmury?
150 

Może widzi, a pomaga —
Tak samo, jak góry
Te odwieczne, tak rzęsiście
Krwią ludzką skropione!...

Duszo moja ty uboga,
155 

Serce utrapione!
Cóż nam począć? Chyba struć się,
Skostnieć, a do Boga

Posłać dumy, — niech wołają:

„Powiedz, powiedz, Panie,
160 

Czy długo trwać jeszcze będzie
Katów panowanie?”
Lećże, moja dumo, moja sroga męko,
I zabierz ze sobą wszystkie biedy, zła,

Towarzystwo swoje! To rodzina twa.
165 

Kochałaś je kiedyś, na ich ciężkich rękach
Wyrosłaś, więc teraz zabierz je i leć,
Jak orlę po niebie rozpuść czarną sieć!
Niechaj się czerni i czerwieni,

Płomieniami mieni,
170 

Niechaj znów żmijami zieje,
Trupem ziemię kry je.
A bez ciebie ja byle gdzie
Schronisko zdobędę

Dla swojego serca. Raju
175 

Wszędzie szukać będę.

I znów ponad ziemskie rubieże
Lecę i ziemię żegnam szczerze.

Ciężko matkę pozostawiać
180 

Samą w chacie pustej,
Ale jeszcze gorzej patrzeć,
Jak żyje w ubóstwie...
Lecę, lecę wśród zawiei;
Widnokrąg w śniegach hen bieleje;

Gdzie spojrzę — bagno albo gaj;
185 

Mglista pustynia to, nie kraj...
Nie widzę ludzi, niema śladu
Ludzkiej strasznej nogi...

Bądźcie zdrowi! Żegnajcie mi,

Wrogi i nie wrogi!
190 

Już ja do was nie przyjadę!
Pijcie i ucztujcie, —

Nie przeszkadzam!
Zostanę sam

W śniegu na noclegu,
195 

A zanim wy dowiecie się,
Że jeszcze przed wami
Jest kraj jeden, nie zalany
Krwią ludzką i łzami,

Spocznę sobie...
200 

Ale, co to?
Kajdany jak dzwony
Huczą w głębiach. Spojrzę i tam...
O, ludu spodlony!

Skąd się wziąłeś? Co tu robisz?
205 

I czego tam szukasz,
W tych podziemiach?
Już ja swojej
Doli nie oszukam —

Nie skryję się nawet w niebie!
210 

Za cóż taka kara?
Takie męki? Co ja komu
Złego wyrządziłem,
Że przemocą ciężkiej ręki

Wzięto ducha mego
215 

I zakuto, a płomienie
W sercu rozniecono
I te dumy jako stada
Kruków wypuszczono?

Nie wiem, za co pokutuję,
220 

Cierpiąc męki srogie,
I kiedy je skończę, także
Powiedzieć nie mogę!

Gwar na pustynnym obszarze,

Niby ze swoich cmentarzy
225 

Umarli wstają, aby stąd
Po prawdę iść na Boży sąd.
Nie umarli to, nie trupy
Na sądy idące.

Żywych ludzi całe kupy,
230 

Kajdanami grzmiące, —
Z nor głębokich złoto niosą
Nienasyconemu
Zatkać gardziel...

Katorżnicy!
235 

A za co? I czemu?
To wie chyba Wszechmogący,
A może On także
Nie dowidzi?

Oto zbrodniarz
240 

Z piętnem — swe kajdany
Ciężkie wlecze, a tam — zbójca
Przez zbirów chłostany,
Aż zębami z bólu zgrzyta,

A jeszcze nóż chwyta,
245 

Aby zarżnąć towarzysza!
A pomiędzy nimi,
Między tymi zbrodniarzami,
Zakuty w kajdany,

Król wolności, piętnem hańby
250 

Ukoronowany!
Na torturach nie wyciąga
Swych błagalnych dłoni:
Raz dobrocią rozpalone

Serce — wiecznie płonie.
255 


A gdzież są twe dumy, twe kwiaty różane,
Jak dzieci miłośnie wypielęgnowane?
Gdzie je zostawiłeś? Powierzyłeś komu?
A może je w sercu nosisz pokryjomu?

Nie ukrywaj, bracie, lecz, jak ziarno wiosną,
260 

Rozsiej między ludźmi, niechaj rosną, rosną!
Pokuty chcesz jeszcze?
Ja myślę, że dość ci, —
Zimno przenika mię do kości

I budzi rozum.
265 


I lecę znów. Ziemia czarnieje.
I drzemie rozum, serce mdleje.
Wtem spojrzę: chaty nad drogami
I miasta ze stoma cerkwiami.

A w miastach, jak żórawi roje —
270 

Moskale ćwiczą roty swoje.
Nakarmieni i obuci,
Kajdanami skuci,
Musztrują się...

I spojrzę znów:
275 

A w dole, niby wielki rów,
Bagnisko; na bagnisku mury,
A nad murami, niby chmury,
Mgła wisi chłodna...

Istny cud,
280 

Ogromny, przeogromny gród.
Czy to turecki?
Czy niemiecki?
A może, może i moskiewski?

Świątynie, pałace,
285 

Panowie brzuchacze,
I ani jednej chaty.
Zmierzchało się...
Ogni! Ogni!

Co ogni dokoła!
290 

Aż zląkłem się...
„Hurra! Hurra!”
Wciąż ktoś „hurra” woła.

„Cicho, durnie! Skąd ta radość?

Czego się tak drzecie?
295 

Że płoniecie?”
Ekaj chachół!
Nie znajet paradu!
U nas parad. Sam izwolit

Siewodnia gulati”.
300 

„A gdzież ten On? Gdzie ta caca?”
Wot widisz: w pałatach”.
Przepycham się. Aż rodaczek,
Z guzikami z cynku,

Do rodactwa przyznaje się
305 

I pyta się: „Synku,
Skąd ty jesteś?”
— „Z Ukrainy!”
— „I tutejszym nie władasz językiem?”

— „Władam — mówię — ale nie chcę“.
310 

— „Jaki dziwak, Boże!
Mnie tu wszystkie drzwi znajome,
Bo służę przy dworze.
Więc spróbuję cię wprowadzić,

Ale wiesz: oświata!
315 

To też nie szczędź pół rubelka
Dla rodaka, brata!”
— „A bodaj cię, kałamarzu!”
I znów niewidoczny

Zrobiłem się i wchodzę tam.
320 

Ach, mój Boże mocny!
Więc tu jest raj?
Złotem szczerem
Cali ozłoceni

Wyjadacze.
325 

Aż oto: sam,
Wysoki i srogi
Ukazał się. Koło niego

Żoneczka nieboga,

Jak podpieńka zasuszona,
330 

Cienka, długonoga,
A w dodatku jeszcze głową
Tak pociesznie kiwa.
A więc to jest ta bogini,

O której nam dziwa
335 

Nabajali jej poeci,
Dworscy wierszokleci?
A ja głupi, w ciemię bity,
Moskalom na kwitek

Uwierzyłem.
340 

Więc czytaj ich
I wierz ty ich słowom!
Za bogami — państwo, państwo,
I w srebrze, i w złocie,

Jak te wieprze hodowane,
345 

Pyzate, brzuchate.
A tak prą się, tak tłoczą się,
Aby stanąć prawie
Koło „samych“: może zechcą

Uderzyć łaskawie
350 

Lub psztyka dać, choć małego,
Chociażby pół tylko,
Byle pod nos.
Nagle jak mur

Stanęli i chwilkę
355 

Ani mru-mru!
Car mówi coś,
A piękna caryca,
Jak ta czapla na mokradłach,

Wdziękami zachwyca.
360 

Długo tak paradowali,
Nadęci jak sowy,
Szeptali coś (dalekom stał,

Nie słyszał rozmowy),

O ojczyźnie snać mówili,
365 

O nowych pętlicach
I o musztrach jeszcze nowszych.
A potem caryca
Siadła wdzięcznie na zydelku,

A car jak nie wytnie
370 

Najwyższego dostojnika
W gębę! Biedak sprytnie
Oblizał się i mniejszego
Buch w brzuch!

Zahuczało,
375 

A ten mniejszy sąsiedniego,
Jako i przystało,
Bęcnął w plecy, w potylicę,
Sąsiedni mniejszego,

Niźli sam był, a ten małych,
380 

A mali malutkich,
Marny drobiazg okładali
Pięściami ze skutkiem,
Aż wyparli go za progi,

Więc drobiazg za progiem
385 

Na ulicach — prawosławnych
Nuże brać pod nogi
I miętosić. A ci krzyczą
I wrzeszczą i ryczą:

Hulá nasz batiuszka, hulá!
390 

Hurrá! Hurra! Hurrá!“
Roześmiałem się i — koniec,
Choć mnie też ścisnęli,
I to dobrze! Aż nad ranem

Spokojnie usnęli.
395 

Tylko jeszcze prawosławni
Gdzieniegdzie stękali
I stękając łaski Boskiej

Dla cara błagali.

Kpić, czy płakać?
400 

Pójdę raczej —
Na miasto popatrzę.
Noc, jak dzień, Kam. Ponad rzeką
Pałace, pałace.

Brzegi rzeki kamieniami
405 

Porządnie obszyte.
O, Boże mój, jakie dziwo,
Cud niesamowity
Z tego błota, trzęsawiska,

Z bajora zrobiono!
410 

I bez noża ludzkiej krwi tam
Sporo wytoczono.
A na drugim brzegu rzeki
Twierdza i dzwonnica,

Niby ostro zaciosana
415 

Błyszcząca iglica.
I zegary dzwonią, dzwonią...
Robię zwrot... Patrz! Cwałem
Pędzi koń i kopytami

Łamie twardą skałę.
420 

Na tym koniu oklep jeździec
(W świcie, czy nie w świcie?),
Czapki niema, tylko skronie
Owijają liście.

A koń goni. Zdaje ci się,
425 

Że przez rzekę skoczy
Na drugi brzeg, aż jeździec dłoń
Wyciąga wszechwładnie
Hen przed siebie, niby cały

Świat zagarnąć pragnie,
430 

Caluteńki!
Któż to taki?
Wtem napis na skale

Przeczytałem, dłutem kuty:

Pierwomu Wtoraja”.
435 

„Pierwszy” ten, co Ukrainę
Naszą ukrzyżował,
A „Wtoraja” — co dobiła
Nieszczęśliwą wdowę.

Katy, katy, ludojądy,
440 

Ileście nakradli.
Ile zżarli! A cóżeście
Do grobu zabrali?
I na duszy tak mi ciężko

Było, niby dzieje
445 

Swego kraju odczytuję!
Stoję i truchleję.
A tymczasem słyszę cichy,
Smutny śpiew — ktoś śpiewa

Niewidzialny:
450 


„Na linję z motykami
Szły pułki z Głuchowa,
A mnie z mymi kozakami
Carski rozkaz wołał

Jak hetmana nakaznego
455 

Do stolicy jego.
O, Boże nasz litościwy,
O, carze straszliwy!
Za to, coś ty z kozakami

Zrobił, bądź przeklęty!
460 

Po wsze czasy bądź przeklęty,
Wrogu nasz zawzięty!
Zasypałeś błoto kośćmi,
Kośćmi szlachetnemi,

I stolicę zbudowałeś
465 

Na błotnistej ziemi —
Na ich trupach.

W tej stolicy,
W głębokiej ciemnicy

Zamorzyłeś mnie, hetmana
470 

Wolnego, w kajdanach,
Na śmierć głodem.
Carze, carze!
Kajdany nas łączą,

Nie rozłączy już nas nawet
475 

Pan Bóg wszechmogący!
Przetrwamy tak po wsze czasy,
Na wieki i wieki...
Ach, jakże mi żal nad Newą

Ojczyzny dalekiej!
480 

Poszedłbym tam, popatrzyłbym,
Lecz nie puszczasz, Boże!
Może Moskwa ją zniszczyła,
Dniepr spuściła w morze

I mogiły, naszą sławę,
485 

Rozkryła, rozryła?”
Naraz — cisza. Biała chmura
Szare niebo kryje,
A w tej chmurze, jak zwierz w lesie,

Jęczy coś i wyje.
490 

To nie chmura, to nad carem
Mosiężnym latały
Niby chmura ptaki białe
I lamentowały:

„My też skuci z tobą, carze,
495 

Ludożerco srogi!
My na sądzie ostatecznym
Zakryjemy Boga
Od twych oczu pożądliwych

I nienasyconych.
500 

Zagnałeś nas, nagich, głodnych,
W zaśnieżone strony,

Porżnąłeś nas, nasze skóry
Twardemi żyłami

Pozszywałeś i zrobiłeś
505 

Dla siebie purpurę.
I na nowym tronie, w nowym
Carskim majestacie,
Pośród chramów i pałaców

Usiadłeś, nasz kacie!
510 

Przeklęty bądź!”

Rozleciały się, rozpierzchły.
Ranek był — świtało.
Ja się z miejsca nie ruszałem,

Zdziwiony niemało.
515 

Biedni ludzie szli i biegli,
Każdy do swej pracy,
I żołnierze już zalegli
Swe ćwiczebne place.

Ulicami pokryjomu
520 

Pierzchały dziewczęta,
Lecz nie z domu, a do domu.
Zaspane oczęta, —
Bo caluśką noc nie spały,

Ciężko pracowały,
525 

Aby matce chleba przynieść
Do domu kawałek.
Biedne, biedne!
Jakie drogie

Te chleby powszednie!
530 

A oto już brać pisząca
Śpieszy do senatu
Podpisywać, skórę zdzierać
I z ojca, i z brata.

Między nimi i rodacy
535 

Nasi też bywają.

Po moskiewsku tak paplają,
Śmieją się i łają
Ojców za to, że od dziecka

Mówić po niemiecku
540 

Nie uczyli ich zawzięcie.
Teraz w atramencie
Muszą kisnąć. Pjawki, pjawki!
Może ojciec krowę

Swą ostatnią sprzedał żydom,
545 

Nim moskiewskiej mowy
Was wyuczy!!...
Ukraino!
Oto twoje dzieci,

Atramentem podlewane
550 

Młodociane kwiecie,
Moskiewskiemi truciznami
W niemieckich cieplarniach
Odurzone! Ukraino,

Wdowo, płacz swych dzieci!
555 

Pójdę jeszcze do pałacu,
Do carskiego dworu —
Co tam robią?
Widzę: stoją

W szeregu brzuchacze,
560 

Sapią, chrapią a nadęci
Tacy, jak indory.
Wciąż na jedne drzwi zerkają,
Skrzypnęły, wyłazi,

Niby niedźwiedź ten z barłogu,
565 

Ledwie wlecze nogi,
A nadęty, aż posiniał —
Z pijaństwa. Ach, bogi!
Jak nie krzyknie, a brzuchacze

Wszyscy do podłogi
570 

I pod ziemię, — jak nie spojrzy, —

Zatrzęsły się nogi
Wszystkim innym.
Wściekłym gniewem

Na mniejszych wybuchnął, —
575 

Już ich niema. Więc na drobnych —
I tych niby zdmuchnął,
Do sług idzie, służby niema
(Niewolnicze plemię,

Znikło naraz), do żołnierzy —
580 

I ci też pod ziemię
Poszli z jękiem.
Dziwne dziwo
Stało się na świecie!

Patrzę dalej na niedźwiadka —
585 

Co on zrobi przecie?
Stoi sobie biedaczysko
Z pochyloną głową,
Niby kotek. Gdzież ta jego

Natura surowa?
590 

Ta niedźwiedzia?...
Rozśmiałem się
Serdecznie. Usłyszał
Najwidoczniej, — jak nie krzyknie,

Jak nie huknie, ludzie!
595 

Drgnąłem cały. Ocknąłem się,
Ze snu mię obudził.
Oto jaki sen przedziwny
Śnił mi się, — widzicie.

Takie sny miewają pjani
600 

I niesamowici.
A więc, bracia drodzy, proszę
Was o przebaczenie,
Bo nie wymysł wam podałem,

Lecz senne rojenie.
605 
1844.8.VII.
Petersburg.



ЧОГО МЕНІ ТЯЖКО...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Skąd ten żal mój ciężki i nieutulony?
Czemu serce płacze i krzyczy i łka
Jak dziecko zgłodniałe? Serce me strudzone,
Powiedz, czego pragniesz, jaka boleść twa?

Czy pić chcesz, czyś głodne, czy sen cię omroczył?

Zaśnij, moje serce, i na wieki śpij,
Sterane, zszargane... A ludziska źli
Niech dalej szaleją... Zamknij, serce, oczy!...

1844.13.XI.
Petersburg.



М. С. ЩЕПКИНУ
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI



DO M. S. SZCZEPKINA

A wróżże mi, wróżu siwy,
Stary druhu, drogi!
Ty już serce swe zamknąłeś,
Ja jeszcze nie mogę...

Ja nie mogę chaty swojej

Spalonej rujnować
I nie mogę serca swego
Żywego pochować!...
Może wróci się nadzieja

Ze łzą jako z wodą
10 

Cudotwórczą, czarodziejską,
Wiekuiście młodą;
Może wróci się zimować
Na pogorzelisku,

Odbuduje i roznieci
15 

Wygasłe ognisko.
Może chatę tę uprzątnie,
Światło w niej zaświeci,
Może ockną się tam jeszcze

Pieśni, moje dzieci,
20 

Może jeszcze sobie z niemi
Potęsknię, popłaczę,
Może jeszcze słońce prawdy
Jak przez sen zobaczę!

Bądźże bratem! Chociaż odurz,
25 

A powiedz, co robić:
Czy modlić się, czy martwić się,
Czy głowę mam rozbić?

13.XII.1844.
Petersburg.



ГОГОЛЮ
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI



DO HOHOLA

Jak rój z ula, duma za dumą wylata:
Jedna rwie mi serce, druga pierś ugniata,
A trzecia tak cicho w głębi duszy kwili,
Że nawet jej Pan Bóg nie dojrzy w tej chwili.

Ach, do kogoż ja zwrócę się

I kto w ludzkim tłumie
Moją mowę, wielkie słowo,
Odczuje, zrozumie?
Wszyscy chylą się w kajdanach,

Głusi — nic nie słyszą!...
10 

Ty śmiejesz się, a ja płaczę,
Wielki Towarzyszu!
Smutny zasiew! Prócz burzanu
Jakie wyda płody?

Nie zahuczą w Ukrainie
15 

Armaty swobody,
Nie zabije ojciec syna,
Rodzonego syna,
Aby godną, sławną, wolną

Była Ukraina.
20 

Nie zabije: lecz wychowa
I da Moskalowi
Na zarżnięcie, bo to, widzisz,
Dla cara grosz wdowi,

Dla otieczestwa i tronu,
25 

Dla Niemca, przybłędy...
Ach, niechaj ich!
A ty śmiej się,
Ja zaś płakać będę.

30.XII.1844.
Petersburg.



ВЕЛИКИЙ ЛЬОХ
Przełożył
Містерія
TADEUSZ HOLLENDER


WIELKI LOCH
Misterjum
„Podałeś nas na wzgardę sąsiadom naszym, na szyderstwo i na pośmiech tym, którzy są wokół nas. Wystawiłeś nas na przypowieść przed pogany, tak że nad nami narody głową kiwają“.
Psalm XLIII. 14-15.
TRZY DUSZE

Trzy ptaszki małe, jak śnieg białe
Nad Subotowem przeleciały,
Na krzywym krzyżu siadły tam
Na cerkwi. — „Bóg przebaczy nam:

Nie ludzieśmy, a dusze teraz,

A stąd najlepiej nam spozierać,
Jak loch rozkopią u tych dróg.
Żeby już prędzej, — wyglądamy:
Wtedy otworzą raju bramy

I nam, bo rzekł Piotrowi Bóg:
10 

„Wtedy im możesz raj otwierać,
Gdy wszystko Moskal pozabiera,
Gdy Wielki Loch rozkopie wróg“.


Pierwsza dusza
Gdy byłam jeszcze człowiekiem,
15 

Prysi imię miałam;

Tutaj się i urodziłam,
Tutaj podrastałam;
Nieraz z dziećmi się zabawiam

Za cmentarną bramą,
20 

To z Jurasiem hetmaniczem
W ślepą babkę gramy;
Wyjdzie pani hetmanowa,
Do pałacu woła,

Fig mi sypie i rodzynków, —
25 

Teraz tam stodoła;
Co chcę — moje, ja na rękach
Od samego rana...
A z Czehrynia gdy przyjadą

Goście do hetmana,
30 

To, bywało, poślą po mnie,
Ubiorą, obują,
Hetman mnie na ręce bierze,
Nosi i całuje...

Takem rosła w Subotowie,
35 

Jak ten kwiatek w maju,
Wszyscy lubią mnie i wszyscy
Kochają, witają,
I nikomu złego słowa,

Nikogo nie gniewam.
40 

Rosłam sobie urodziwa,
Rosłam czarnobrewa!
Wszyscy lubią mnie i wszyscy
Swatają mnie, ano

U mnie w domu, jakby na to,
45 

Już ręczniki tkano.
Jużbym te ręczniki dała,
Lecz zły los rozdzielił!
Świtem, w poście Filipowym,

W czas świętej niedzieli,
50 

Gdy wybiegłam wody przynieść...

(Już tę studnię słońce
Wysuszyło! A ja muszę
Latać wciąż, bez końca...)

Patrzę — hetman ze starszyzną...
55 

A ja z konwią całą
Pełną wody przeszłam drogę;
Alem nie wiedziała,
Że jechał do Perejsławia

Moskwie składać śluby!...
60 

I już ledwiem, ledwiem doszła
Do mej chaty lubej
Z wodą tą... O, czemuż wtedy
Konwi nie rozbiłam?...

Ojca, matkę, siebie, brata,
65 

Psy strułam — zabiłam
Tą przeklętą, wrażą wodą!
Za to mnie nękają,
Oto za co mnie, siostrzyczki,

Nie przyjmują w raju!
70 

Druga dusza

A mnie za to nie puścili,
Siostry moje miłe,
Żem carowi moskiewskiemu

Konia napoiła
75 

W Baturynie, kiedy wracał
Do Moskwy z Połtawy.
Gdym podlotkiem była jeszcze,
Baturyn, gród sławy,

Moskwa w nocy zapaliła,
80 

Czeczela zabiła,
Wszystkich starych, wszystkich młodych
W Sejmie utopiła.
Jam leżała wśród umarłych

Tam w pałacu samym
85 

Mazepowym... A koło mnie
Trup siostry i mamy —
Jak objęły się zarżnięte,
Kiedy jeszcze żyły,

Tak leżały przy mnie i mnie
90 

Oderwano siłą
Od nieżywej mej mateńki.
A prosiłam tyle
Moskiewskiego kapitana,

By i mnie zabili!
95 

Nie zabili, nie — puścili
Na zabawę Moskwie!
Ledwie że się ukryć mogłam
Na zgliszczach w domostwie:

Jedna w całym Baturynie
100 

Ocalała strzecha!
Pod nią właśnie zanocował
Car, kiedy przyjechał,
Powracając z pod Połtawy.

Ja z wodą wracałam
105 

Do chatyny, gdy mnie carska
Ręka przywołała:
Konia mi napoić każe.
Otóż napoiłam!

Nie wiedziałam, jakże ciężko,
110 

Jak ciężko zgrzeszyłam!
Ledwiem doszła do tej chaty, —
Upadłam na progu.
Gdy nazajutrz car odjechał,

Mnie ziemi i Bogu
115 

Dała babcia, co została
Na zgliszczach tej nocy
I mnie małą powitała
W tej chacie sierocej.

A nazajutrz ona zmarła...
120 

I stlała w tym domu,
Bo nie było w Baturynie
Pochować jej komu.
Już tę chatę rozrzucono

I strop z napisami
125 

Już na węgiel przepalono!...
A ja nad jarami
I stepami kozackiemi
Dotąd krążę lotem!

Ani za co mnie tak karzą,
130 

Dotąd nie wiem o tem!
Może żem każdemu była
Usłużna i miła...
Żem carowi moskiewskiemu

Konia napoiła!...
135 

Trzecia dusza

Jam w Kaniowie się rodziła.
Jeszczem nie mówiła,
I matka mnie w powijakach

Na rękach nosiła,
140 

Gdy po Dnieprze — Katarzyna
Na Kaniów w podróży...
Jam siedziała wtedy z matką
W dąbrowie na górze.

Zapłakałam; sama nie wiem,
145 

Czy jeść mi się chciało,
Czy coś może mnie maleńką
Wtedy zabolało...
A matka mnie zabawiała,

Na Dniepr spoglądała
150 

I galerę, złotą całą,
Mnie tam pokazała,
Jak gmach wielką... A w galerze
Panów, dygnitarzy,

Kniaziów tłumy... I caryca
155 

Siedziała tam razem.
Uśmiechnąwszy się, spojrzałam —
I padłam nieżywa!
Matka zmarła! I grób jeden

Obie nas przykrywa!
160 

Oto za co mnie, siostrzyczki.
Ból i męka zżera,
Oto za co mnie do raju
Nie puszczają teraz!

Czym wiedziała ja, dziecko,
165 

Że to ta caryca —
Wróg okrutny Ukrainy,
Żarłoczna wilczyca!
Powiedzcie, siostrzyce!

Zmierzcha się już. My do Czuty
170 

Na noc polecimy, —
Gdy się tu coś będzie działo,
Stamtąd usłyszymy!

Zerwały się, bialusieńkie,

Nad lasem zapadły
175 

I w gałęziach na dębinie
Nocować zasiadły.



TRZY WRONY
Pierwsza

Kradł! Kradł! Kradł!

Kradł Bohdan kram,
180 

Sam w Kijowie staje,
Złodziejom sprzedaje
Kram, co nakradł sam.


Druga
Ja w Paryżu byłam
185 

I trzy złote z Radziwiłłem
I z Potockim przepiłam.


Trzecia

Poprzez most idzie czort,

Koza wodą pędzi:
190 

Bieda będzie! Bieda będzie!

Krzyczały tak, szybując lotem
Z trzech świata stron, i siadły potem
Tam, gdzie wieżycy sterczał szczyt,

Pośrodku lasu, siadły trzy;
195 

Niby na mróz — nadęta siedzi
Każda i drugą okiem śledzi,
Niczem trzy podstarzałe siostry,
Które w panieńskiej żyły biedzie,

A już starości mchem porosły.
200 

Pierwsza

Dla ciebie część, i tobie część!
Bo zrobiłam wyścig
Aż na Sybir, gdzie jednemu

Skradłam dekabryście
205 

Trochę żółci. Przeto mamy
Święcone prawdziwe!
No, a w twojej Moskiewszczyźnie
Jest się czem pożywić?

Czy i teraz sam czart głodny?
210 

Trzecia

Oj, siostrzyczko, mnogo!
Wykrakałam trzy ukazy
Na tę jedną drogę...


Pierwsza
215 

A na jaką? Na żelazną?
Toźeś nabroiła!...


Trzecia

Sześć tysięcy w jednej wiorście

Ludzi nadusiłam...
220 

Pierwsza

A ty nie kłam, bo pięć tylko
A i to z von Korffem!
Jeszcze chełpi się — wskazuje

Na cudzą robotę!
225 

A to ci śmierdząca chwalba!
Mościa Pani, i wy
Ucztujecie wciąż w Paryżu?
Łotry obrzydliwe!

Żeście rzekę krwi wylali,
230 

Że w Sybirze tłumy
Szlachty waszej, to i zaraz
Cię rozpiera duma!
Też pawica z was wielmożna!


Druga i trzecia
235 

A tyś co zrobiła?


Pierwsza

A wam zasię pytać o to!
Jeszcze was nie było,

Gdym ja tu już szynkowała
240 

I krew przelewała!
Patrzcieno się! Karamzina
Pewnie przeczytały
I już chełpią się! A zasię!

A, smarkate! Wara!
245 

Patrzcie — takie żółtodzioby
Pyskują jak stare!


Druga

To dopiero obrażalska!

Nie ta wstała zrana,
250 

Co upiła się przed świtem,
Lecz ta, co wyspana!


Pierwsza

Upiłabyś się bezemnie

Ze swemi klechami!
255 

Brak ci sprytu! Jam sprzedała
Polskę wraz z królami;
Gdybyś to tak ty, gaduło,
I dotądby stała!...

A z wolnymi kozakami
260 

Com ja wyrabiała?
Komu ich nie najmowałam,
Komu nie sprzedałam?
Mają siłę ci, przeklęci!

Z Bohdanem ich zgniotłam,
265 

Już myślałam — pochowani, —
Nic, powstały łotry
Razem z szwedzkim tym przybłędą...
Ach, cóż tam nie było!

Złość mnie bierze, kiedy wspomnę...
270 

Baturyn spaliłam,
Sułę w Romnie zatrzymałam
Starszyzny ciałami
Kozackiemi... a zwykłymi

Sobie kozakami
275 

Zasiewałam ja Finlandję,
Kładłam wały tęgie
Na Oreli... Na Ładogę

Tłumy ludzi gnałam

I jak gruzem bagna całe
280 

Kośćmi ich zapchałam
I sławnego Połubotka
W kaźni zadusiłam.
To ci wtedy święto było!

Aż się piekła moce
285 

Zlękły, Matka Boska w Rżawcu
Zapłakała w nocy!


Trzecia

A i ja sobie pożyłam:

Z Tatarami się puściłam,
290 

Z Muczitielem się bawiłam,
Z Pietruchą popiłam,
A Niemcom sprzedałam.


Pierwsza
Toś i ty popracowała:
295 

Tak kacapów zakowałaś
W niemieckie okowy, —
Że leż i śpij zdrowo!
Moi — czort wie, co w tem mają! —

Jeszcze kogoś wyglądają!
300 

I w poddaństwo dałam ich,
I dworianstwa tłumy całe
Pięknie umundurowałam, —
Rozpłodziłam jak te wszy:

I z bękarta mam już pana!
305 

A gdzie Sicz ich opętana
Stała, dziś handluje żyd!
Moskal sztuka też nie miękka —
Dobrze umie przygrzać ręką!

I jam zła, a brać nie umiem
310 

Ich takim sposobem,

Co Moskale w Ukrainie
Z kozakami robią!
Oto ukaz wydrukują:

„Oto z łaski Bożej
315 

Wszystko Nasze i wy Nasi,
Dobrze czy niedobrze!”
Teraz już starożytności
Szukają i strzegą

Po mogiłach, bo po chatach
320 

Zabrać niema czego, —
Wszystko wzięli już, aż miło!
Lecz czemu w tej chwili,
Czort ich wie, z tym głupim lochem

Tak się pośpieszyli!
325 

Gdyby trochę poczekali,
Aż się cerkiew zwali...
Jużby razem dwie ruiny
W Pczele“ opisali...


Druga i trzecia
330 

Pocóżeś nas przywołała?
Byśmy loch ujrzały?


Pierwsza

I loch też. I jeszcze będą

Dwa cuda się działy:
335 

W Ukrainie się bliźnięta
Urodzą tej nocy.
Jeden kiedyś jak ten Gonta
Z katów krew wytoczy!

Drugi... ten już nasz!... znów będzie
340 

Katom do pomocy.
Jeszcze w łonie nasz, a gryzie...
I to wyczytałam:
Jak wyrośnie Gonta, — na nic

Sprawa nasza cała!
345 

On ze szczętem dobre zniszczy,
Brata nie ominie!
I rozpuści wolność-prawdę
W całej Ukrainie!

Takie się tu, moje siostry,
350 

Kombinują plany!
I na dobrych, i na katów
Szykują kajdany!


Trzecia
Więc ja złotem roztopionem
355 

Zaleję mu oczy...


Pierwsza

Lecz do złota on, przeklęty,
Jakoś nie ochoczy!


Trzecia
360 

Więc carskiemi mu rangami
Skuję ręce obie!...


Druga

A ja wszystkie zła i męki

Świata przysposobię!...
365 

Pierwsza

Nie, siostrzyczki, nie tak trzeba:
Póki ludzie ślepi,
Trzeba będzie go pochować, —

Tak będzie najlepiej!
370 

Hen, popatrzcie: nad Kijowem
Kometa na niebie,
A nad Dnieprem i Tiasminem
Ziemia się kolebie —

Czy słyszycie? Zastękała
375 

Góra nad Czehryniem.
O!... To śmieje się i płacze
Cała Ukraina!
To zrodziły się bliźnięta,

A matka szalona
380 

Zaśmiewa się, że Iwanów
Obu da imiona!
Polecimy!... Poleciały
I lecąc śpiewały:


Pierwsza
385 

Spłynie Iwan nasz, ano
Po Dnieprze do Limanu
Z kumą kochaną!


Druga
Będzie jarczuk w yriju
390 

Zjadał węże i żmije!
Z nim pognam i ja.


Trzecia

Porwę, będę leciała,

W piekle skąpię się cała,
395 

Bystra jak strzała!


TRZEJ LIRNICY

Jeden ślepy, drugi krzywy,
A trzeci garb nosi...
Szli ludowi w Subotowie

O Bohdanie głosić.
400 

Pierwszy

Ano, wrony, jak to wrony, —
Gniazd uwiły tyle!

Jakby dla nich to Moskale

Wieżycę zrobili.
405 

Drugi

A dla kogoż? Toć człowieka
Nie wsadzą tam, aby
Gwiazdy liczył...


Pierwszy
410 

Ty to mówisz!
Może właśnie wkręcą
Moskalika albo Niemca;
Moskal, Niemiec też nie kiep —

I tam nawet znajdzie chleb.
415 

Trzeci

Pocóż takie rzeczy bredzić?
Gdzież tam jakieś wrony,
Gdzie Moskale, gdzie wieżyca?

A niechże Bóg broni!
420 

Może każą, by się niosły,
Moskali płodziły?
Bo jest wieść, że car świat cały
Chce zwojować siłą.


Drugi
425 

Może tak! Bo kiego licha
Stawiać je na górach?
I do tego tak wysoko,
Że dosięgniesz chmury,

Jak tam wleziesz...
430 

Trzeci

Już wiem teraz!
Nas potop zatopi.

A pany tam powyłażą,

By patrzeć, jak chłopi
435 

Będą ginąć, zalewani.


Pierwszy

Ludzie wy roztropni,
A o niczem nic nie wiecie!

Ot, poustawiano
440 

Tylko poto te figury,
By nie wykradano
Wody z rzeki, by ukradkiem
Piasku nie orano,

Co tam tyle go za Tiasmą.
445 

Drugi

Czort wie, co też plecie!
Chociaż nie lżyj, gdy nie umiesz!
A co, jak my przecie

Usiądziemy pod tym wiązem,
450 

Spoczniem w tym zakątku?
Mam ja jeszcze kilka kęsów
Chleba w zawiniątku,
To podjemy przy okazji,

Zanim słonko wstanie...
455 

(Posiadali). Kto zaśpiewa,
Bracia, o Bohdanie?


Trzeci

Umiem śpiewać i o Jassach,

I o Żółtych Wodach,
460 

I miasteczku Beresteczku.


Drugi

To i w porę, zgoda,
Bardzo się nam dziś przydadzą, —


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page133a.png
CERKIEW BOHDANA CHMIELNICKIEGO W SUBOTOWIE
Akwarela T. Szewczenki



Taras Szewczenko - Poezje (1936) page133b.png
RUINY BOHDANOWE W SUBOTOWIE (WIELKI LOCH)
Akwarela T. Szewczenki


Bo się nazjeżdżało
465 

Mnóstwo ludu koło lochu
I panów niemało.
Ot, i nam zarobek przyjdzie!
Zaśpiewajmy, nuż wy —

Choć na próbę!
470 

Pierwszy

Bierz go djabli!
Lepiej się połóżmy
I wyśpijmy się! Dzień długi:

Będzie czas na pieśni.
475 

Trzeci

I to prawda. Pomódlmy się
I spocznijmy we śnie.


Dziady pod cieniem drzemią klonu,

Śpi słonko; ptaszek ani drgnie;
480 

Gdy koło lochu się zbudzono
I do kopania wzięto się.
Kopią już dzień, i kopią dwa,
I trzeci przy lochu —

Do muru się dokopali
485 

I spoczęli trochę.
Postawiono zaraz warty...
Isprawnik aż prosi,
By nikogo nie puszczano,

W Czehryniu donosi
490 

Do naczalstwa. Przyjechało
Naczalstwo wypięte,
Patrzy: „Trzeba zwalić — mówi —
Sklepienie ze szczętem!

Wierniéj dieło!...” Rwą w kawały...
495 

Wszystkich strach wziął biały! —
Kościotrupy w lochu spały

I jakby się śmiały,
Że znów słońce oglądają.

Ot, dobro Bohdana:
500 

Garnek zbity, żłób przegniły
I szkielet w kajdanach!
Żeby bodaj w przepisowych —
I dziśby się zdały!...

Zaśmieli się... A isprawnik
505 

Nie wścieknie się mało! —
Że, uważasz, nic do wzięcia...
A on tak się trudził!
Dzień i noc, a w końcu wyszedł

Na durnia u ludzi.
510 

Gdyby mu wpadł w ręce Bohdan,
Gdyby tak się zbudził,
To w rekrutyby go pognał:
Jużby się wystrzegał

Prawitielstwo oszukiwać!
515 

Jak szalony biega;
Jaremenkę w mordę wali,
Po moskiewsku wrzeszczy,
Ruga naród. Wkońcu dziadów

Moich napadł jeszcze:
520 

„A wy tutaj co robicie?”
— „Prosim łaski pana,
My śpiewamy o Bohdanie...”
„Ja wam dam Bohdana!...

A łajdaki, darmozjady!
525 

Też pieśń ułożyli
O łajdaku takim samym!...”
— „Nas. panie, uczyli...”
„Ja nauczę was! Ej, dać im!”

No i odćwiczyli!
530 

(A moskiewska łaźnia „chłodzi”
I „chłodzi” boleśnie!)

Oto na co im się zdały
Bohdanowe pieśni!...

Tak loch mały w Subotowie
535 

Moskwa rozkopała!
Lecz Wielkiego Lochu — tego
Się nie doszukała...

1845.17-21.X.
  Marjińskie.



НАЙМИЧКА
Przełożył
LEONARD SOWIŃSKI
Wstęp (ww. 1—56) przełożył Bohdan Łepki.


NAJEMNICA
POEMAT

Wczesnym rankiem w niedzielę
Mgła po polu się ściele;
Na mogile, śród pola,
Niby wiotka topola,

Mołodyca schylona.

Coś przygarnia do łona
I się skarży i gwarzy:
„Ach tumanie, mgło siwa,
Losie mój nieszczęśliwy!
Czemu ty mię nie skryjesz
Wśród szerokiej niwy?

Czemu mię nie pochłoniesz,
10 

Nie zagrzebiesz w ziemi
Razem z moją niedolą,

Ze łzami mojemi?
15 

Nie, nie gub mię, tumanie!
Tylko schowaj w polu,
Aby się nikt nie naśmiewał
Nad moją niedolą!

Nie samotna ja w świecie —
20 

Mam rodziców w chacie...
I mam przecie, tumanie,
Tumanie, mój bracie,
Dzieciąteczko...

Mój synu
25 

Niechrzczony, mój synu!
Nie ja ciebie chrzcić będę,
Inni to uczynią,
Ja nie dowiem się nawet

Twojego imienia...
30 

To okropne... Mój synu...
Byłam nie uboga...
Przebaczże mi... Ja łzami
U Boga na niebie

Dobrą dolę wybłagam
35 

I poślę do ciebie!”

Tak przez pole szła łkając,
We mgle się chowała
I, łzy lejąc, cichutko

O wdowie śpiewała,
40 

Jak to wdowa swych synów
W Dunaju chowała:
„Tam na polu mogiła,
Do niej wdowa chodziła,

Do niej wdowa biegała,
45 

Ziół trujących szukała.
Ziół trujących nie było,
Lecz dwóch synków przybyło.
W kitajeczkę spowiła

I na Dunaj puściła:
50 

— Cichy, cichy Dunaju!
Niechaj sobie pływają.
A wy, złote piaseczki,
Nahodujcie dziateczki

I wykąpcie, wymyjcie,
55 

Do snu oczy nakryjcie!”




Był sobie dziad i baba.
Od dawiendawna w gaju ponad stawem,
Ustronnie w futorku mieszkali,

Jak dziatek dwoje, —
60 

Wszędzie oboje.
W dzieciństwie razem jagnięta pasali,
A potem pobrali się,
Dobytku doczekali się,

Kupili futor, staw i młyn,
65 

Ogródek w gaju założyli,
Pasiekę sporą zgromadzili, —
Wszystkiego mieli wbród.
Lecz Bóg nie obdarzył dziatkami,

A tutaj śmierć za plecami.
70 


Któż na starość ich przygarnie
Pocieszy, usłuży?
Kto zapłacze, kto pochowa,
Kto wspomni o duszy?

Kto poczciwie odziedziczy
75 

Dobro przysporzone?
Kto ich wspomni słowem wdzięcznem,
Jak dziecko rodzone?
Ciężko dzieci pielęgnować

W ubożuchnych chatach,
80 

Ale stokroć gorzej starzeć
W bogatych komnatach,
Starzeć, starzeć i umierać,
I porzucić mienie

Ludziom obcym, obcym dzieciom,
85 

Na śmiech i strwonienie.
I dziad, i baba raz w niedzielę
W koszulach bialutkich, aż miło.
Na przyźbie oboje siedzieli.

Słoneczko na niebie świeciło
90 

I ani jednej chmurki, — cicho
I lubo jak w raju,
Schowało się gdzieś w sercu licho,
Jak zwierz w ciemnym gaju.

W raju takim czemuż starym
95 

Serce posmutniało?
Czy się dawne jakie licho
W chacie odezwało?
Czy wczorajsze, zadławione,

Znów się poruszyło?
100 

Czy zaledwie wykluwa się —
I raj zachmurzyło?
Nie wiem ja, o czem dumają
Starzy, chyląc sędziwe skronie.

Może się już wybierają
105 

Do Pana Boga
I myślą: daleka droga?
Kto to im dobrze zaprzęże konie?
„Kto nam, Naściu, zamknie oczy?

Kto to nas pochowa?”
110 

— „I ja nie wiem... Dawno to już
Waży moja głowa,
Aż mi smutno: sami jedni
Co dzień starzejemy,

A nie wiemy jeszcze, komu
115 

Dobro przekażemy”.
— „Posłuchajno!... czekaj!... słyszysz?...
Coś tam za wrotami
Jak dzieciątko płacze!... słyszysz?

Biegnijmy!...” — „Bóg z nami!”
120 

— „Wszak mówiłem, że coś będzie".
Razem się zerwali,

Biegną do wrót — i w milczeniu
Nagle postawali.

Patrzą; tuż koło przełazu
125 

Leciutko spowite
Dziecko leży, nowiuteńką
Świteczką okryte.
Ach, to matka spowijała

I matka okryła
130 

Na dzień letni świtką lnianą!...
Patrząc się modliła
Para siwa. A serdeczne,
Jakgdyby błagało,

Z upowicia ku obojgu
135 

Rączki wyciągało
Drobniuteńkie... i zamilkło,
I już tylko kwili,
A nie płacze.

„A co, Naściu,
140 

Cośmy to mówili?
Ot i szczęście, ot i dola!
Widzisz, Bóg łaskawy!...
Bierz go prędzej, bierz, spowijaj!

Widzisz, jaki żwawy!
145 

Nieś do chaty, ja zaś na koń,
Zwinę się z kumami
W Horodyszczach...”
Dziwnie jakoś

Dzieje się tu z nami!
150 

Jeden syna rodzonego
Wypędza, przeklina,
Inny świeczkę za grosz krwawy
Kupuje, chudzina,

I stawia ją przed obrazem
155 

Z modlitwą i łzami —
Nie ma dziatek!... Dziwnie jakoś

Dzieje się tu z nami!
Aż trzy pary kumów starzy

Z radości zwołali
160 

I ochrzcili, nie zwlekając,
I Markiem nazwali.
Rośnie Marko. Ci nie wiedzą,
Jak i gdzie go sadzać,

Co z nim robić, gdzie położyć
165 

I jak mu dogadzać.
Rośnie Marko. Rok już mija...
W rozkoszy opływa
Krówka dojna, karmicielka.

Wtem, raz, czarnobrewa,
170 

Białolica, młoda, hoża,
Przyszła mołodyca
Na futorek ten szczęśliwy
Jako najemnica.

„Cóż? weźmiemy, Naściu? dobrze?”
175 

Pyta starowina.
— „A weźmiemy... starzyśmy już,
Słabi; a dziecina,
Choćto ono i podrosło,

Ale zawsze trzeba
180 

Tupcać jeszcze koło niego”.
— „I ja wiem, że trzeba,
Bo ja także część roboty
Miałem, chwała Bogu...

Poddeptałem się. Więc dobrze:
185 

Cóż weźmiesz, niebogo?
Na rok, czy jak?”
— „Tak co dacie?”
— Nie! ty licz, gdy płacą;

Trzeba, doniu, liczyć pieniądz
190 

Zarobiony pracą.

Bo jak ludzie powiadają:
Nie licząc, nie mamy.
A więc może tak, niebogo:

My ciebie nie znamy,
195 

Ani ty nas. A pomieszkasz,
Rozpatrzysz się w chacie,
Rozpoznamy i my ciebie; —
Wtedy o zapłacie

Pomówimy! Czy tak?”
200 

— „Dobrze.”
— „Więc rozgość się w chacie.”
Zgodzili się. Mołodyca
Rada i wesoła,

Jakby pana poślubiła,
205 

Zakupiła sioła.
Czy to w chacie, czy na dworze,
Czy koło bydlątka —
I wieczorem, i do świtu;

A koło dzieciątka
210 

Tak i ślęczy niby matka —
I zawsze jej mało:
To go czesze, myje, tańczy,
To koszulkę białą

Co dzień Boży chłopcu wkłada;
215 

Śpiewa mu, swywoli,
Wózki robi, a w niedzielę
Z rąk wziąć nie pozwoli.
Dziwują się staruszkowie,

Błogosławią Boga,
220 

A bezsenna najemnica
Co wieczór, nieboga,
Dolę ciężką swą przeklina,
Gorzko, gorzko płacze;

Lecz nikt tego nie posłyszy.
225 

Nikt łez nie zobaczy

Oprócz Marka maleńkiego;
Lecz on nie wie tego,
Dlaczego to najemnica

Łzami zlewa jego;
230 

Nie wie, za co go tak Hanna
Pieści w każdej chwili, —
Sama nie zje, nie wypije,
A jego posili.

Nie wie Marko, jak w kołysce,
235 

Nieraz o północy,
Gdy on ocknie się, poruszy, —
Ta zaraz jak z procy
Przyskoczyła, przeżegnała,

Ukrywa, kołysze;
240 

Z drugiej izby słyszy ona,
Jak dzieciątko dysze.
Zrana Marko do swej niani
Rączkami się zrywa,

Niestrudzoną najemnicę
245 

Mamą już nazywa...
Nie wie Marko... rośnie sobie,
Dziecina szczęśliwa.

Niemało wody upłynęło,

Niemało i lat już minęło;
250 

I na futor licho zajrzało,
I łez kosztowało niemało.
Babusię Naścię pochowano
I ledwie, ledwie odchuchano

Trochima dziada. Przeminęła
255 

Jednakże bieda — i zasnęła.
I łaska błogosławieństwa Bożego
Powróciła z poza gaju ciemnego
I w dziadowskiej chacie znów odpoczęła.




Ot już Marko czumakuje
260 

I w jesieni nie nocuje
Ani w chacie, ni u chaty...
A więc pora i za swaty.
„Kogożby to?” — stary duma

I u Hanny prosi
265 

Rady dobrej. Najemnica
Tak Marka wynosi,
Że chciałaby dlań eonaj mniej
Dziecka królewskiego.

„Marka możeby rozpytać?”
270 

— „Więc spytajmy jego”.
Rozpytali... Zwinęli się
I ze starostami...
Niezadługo powrócili

Ludzie z ręcznikami,
275 

Z chlebem świętym zamienionym,
I pannę w żupanie
Taką śliczną wyswatali,
Że w samym hetmanie

Krewby wrzała... Takiego to
280 

Dziwa dokazali.
„Bóg zapłać wam!“ — mówi stary
Lecz ja kończyć lubię
Rzecz zaczętą; teraz trzeba

Pomyśleć o ślubie
285 

I weselu. Ale ot co:
Matki my nie mamy!
Nie dożyła moja Naścia!...”
I zalał się łzami.

A u progu najemnica,
290 

Chwyciwszy rękami
Za odźwierek, obumarła.
I ucichła chatka;

Najemnica tylko szepce:

„Matka... matka... matka!...”
295 


Po tygodniu mołodyce
Korowaj miesiły
Na futorze. Stary ojciec
Hula co ma siły,

Tańczy dziaduch z kumoszkami,
300 

Podwórze wymiata;
Kto mu tylko się nawinie —
Całuje się, brata,
Warenuchą go częstuje...

Na pozór — jak młodzi,
305 

Biega, zwija się, zaprasza,
A zaledwie chodzi.
Wszędzie hałas, rwetes, śmiechy,
W chacie i na dworze.

Wytoczono żłoby gościom,
310 

Co stały w komorze.
Pieką, smażą... ale obcy,
Czeladź nie domowa.
A przecież Hanna? Na pielgrzymkę

Poszła do Kijowa.
315 

Nadaremnie stary prosił,
A Marko aż płakał,
Ażeby mu matką była.
„Nie, Marku, to zakał

Byłby dla was... wy bogaci...
320 

Trzeba ludzi bać się —
Matką — prosta najemnica!...
Będą z ciebie śmiać się.
Niechże wam Bóg dopomaga!

Pójdę się pokłonię
325 

Świętym Pańskim, a z Kijowa,
Skoro Bóg ochroni,

Wrócę do was, jak przyjmiecie.
Dopóki jest siła,

Służyć będę.”
330 

Czystem sercem
Pobłogosławiła
Marka swego... Zapłakała
I wyszła za wrota.

Rozigrało się wesele.
335 

I grajkom robota,
I podkówkom. Płynie struga
Po stołach miodowa.
A tymczasem najemnica

Zdąża do Kijowa.
340 

Przyszła — nawet nie spoczęła —
Pieniędzy nie stało
Na akafist u Barbary, —
I choć to sił mało,

Najęła się wodę nosić,
345 

Nosiła, nosiła —
I z ośmiu kóp zarobionych
Markowi kupiła
Tuż w pieczarach kaptureczek

Iwana świętego,
350 

Aby głowa nie bolała
U Marka młodego;
I pierścionek u Barbary
Dla Kachny dostała,

I oddawszy świętym pokłon,
355 

Do domu wracała.

Powróciła. Katarzyna
I Marko spotkali
Za wrotami; potem w chacie

Serdecznie witali
360 

I u stołu posadzili,
O Kijów pytali.
Ona im opowiadała,
Ci ją częstowali.

Przyrządziła Katarzyna
365 

Pościel jej w komnacie,
Aby sobie odpoczęła
Po podróży w chacie.
Za co oni mię kochają?

Za co poważają?
370 

O, Boże mój miłosierny!
Czy się domyślają?
Być nie może!... Jam mu nigdy
I poznać nie dała...

To z dobroci...”
375 

I biedaczka
Ciężko zapłakała.


Trzykroć już kra zamarzała,
Po trzykroć topniała,

Trzykroć Hannę do Kijowa
380 

Kachna wyprawiała,
Jak rodzoną. Po raz czwarty
Żegnała niebogę
Aż na polu u mogiły

I prosiła Boga,
385 

Aby prędzej powracała,
Bez niej bowiem w chacie
Tęskno jakoś i samotnie,
Jak po matki stracie.


Jakoś po Wniebowzięciu, w niedzielę,
390 

Trochim w koszuli bialutkiej,
Czując słoneczko na ciele,
Usiadł na przyzbie czyściutkiej

I cieszył się dziad wnuczętami.

Tuż przy nim wnuk bawił się z psami,
395 

A wnuczka w spódniczce matczynej
Szła niby do dziada w gościnę.
Stary za boki się chwytał, —
Powstał i wnuczkę powitał,

Niby naprawdę jak mołodycę:
400 

„A gdzie to podziałaś palanicę?
Czy w domu ją zapomniałaś?
Czy może wcale nie miałaś?
Czy wilcy odjęli ci w borze?...

A, wstydź się, wstydź się, pani-matko!”
405 

Aż zerk: najemnica przed chatką.
Pobiegli ją witać na dworze
I stary dziad, i wnuczęta.
„A Marko czy w drodze?”

Zapytuje dziada Hanna.
410 

„Dotąd jeszcze w drodze”.
— „A ja ledwie się dowlokłam
Do chaty... Bóg z nimi!
Nie chciało się umrzeć samej

Pomiędzy obcymi.
415 

Byle Marka się doczekać...
Coś w piersiach mię boli”.
I wnuczętom z kobiałeczki
Wyjmuje powoli

Medaliki i krzyżyki.
420 

Jarynce sznureczek
Pacioreczków i czerwony
Z folgi obrazeczek,
A Karpowi ptaszę złote

I koników parę,
425 

Katarzynie pierścioneczek
Od świętej Barbary
(Czwarty to już), a dziadowi

Z wosku święconego

Troje świeczek; sobie tylko
430 

I dla Marka swego
Nie przyniosła nic... już na to
Pieniędzy nie stało,
A zarobić sił nie miała.

„Ot jeszcze zostało
435 

Pół placuszka!”
I dziateczkom
Po cząstce rozdała.

Weszła w chatę. Katarzyna

Jej nogi umyła,
440 

Postawiła podwieczorek.
Nie jadła, nie piła
Stara Hanna.
„Katarzyno!”

Cicho, cicho mówi:
445 

Dziś niedziela?”
„Piątek, Hanno!”
— „Niech tam kto zamówi
U świętego Mikołaja

Akafist, — a może
450 

Co tam Marka zatrzymało,
Lub chory, broń Boże!”
I łza po łzie z oczu starych,
Przygasłych spływała.

Ledwie — ledwie, jak rozbita,
455 

Od stołu powstała:
„Nie ta już ja, Katarzyno,
Co dawniej bywała:
Zleniwiałam, sił już nie mam...

Daremnie trzymacie.
460 

Ciężko, ciężko jest umierać
W cudzej ciepłej chacie!

Rozniemogła się nieboga,
Chleb Pański przyjęła

I ostatnie pomazanie, —
465 

Lecz się nie podjęła.
Stary Trochim po podwórzu
Jak zabity chodzi;
Katarzyna od cierpiącej

Oczu nie odwodzi;
470 

Całe przy niej dni przepędza,
Przy niej i nocuje.
A tymczasem puszczyk w nocy
Złe coś prorokuje

Na komorze. Coraz częściej,
475 

Z każdym dniem, godziną
Chora pyta — ledwie słychać:
„Doniu, Katarzyno!
Nie przyjechał jeszcze Marko?

Gdybym ja wiedziała,
480 

Że doczekam, że zobaczę,
Tobym poczekała”.


Idzie Marko z czumakami,
Idąc wyśpiewuje,

Nie pośpiesza do gospody —
485 

Wolików żałuje.
Wiezie Marko Katarzynie
Sukna cieniutkiego,
A staremu pas bogaty

Z jedwabiu kraśnego;
490 

Najemnicy na oczepek
Wiezie złotej lamy
I czerwoną chustkę dużą
Z całemi haftami.

Dla dziateczek ma trzewiczki,
495 

Fig i winogradu,

A dla wszystkich — czerwonego
Wina z Carogradu
Wiader ze trzy w beczułeczce

I kawioru z Donu, —
500 

Wszystko wiezie, nie wie tylko,
Co się dzieje w domu.

Idzie Marko, nie dba o nic.
Przyszedł — „Sława Bogu!”

I otwiera butnie wrota,
505 

I modli się Bogu.
„Czy słyszysz ty, Katarzyno?
Biegnij na spotkanie.
Przyszedł! przyszedł!... biegnij prędzej

Niech tu zaraz stanie!
510 

Chwała Tobie, Chryste Jezu!
Ledwiem doczekała!”
I Ojcze nasz cicho, cicho
Jak przez sen szeptała.

Stary głaszcze woły siwe
515 

I jarzma zdejmuje
Wyrzynane, a Katrusia
W Marka się wpatruje.
„A cóż Hanna, Katarzyno?

Gdzież to moja głowa?
520 

Czy nie żyje?”
— „Żyje jeszcze,
Lecz bardzo niezdrowa.
Prędzej, Marku, chodź do chaty,

Póki się turbuje
525 

Dziad z wołami... Ona dawno
Ciebie oczekuje”.
Wchodzi Marko mój do chaty
I stanął u proga...

Aż się przeląkł. Hanna szepce:
530 

Chwała... chwała Bogu!
Chodźno bliżej, nie lękaj się...

Mam ci coś powiedzieć.
535 

Wyjdź, Katrusiu: ja Markowi
Mam coś opowiedzieć”.
Wyszła z chaty Katarzyna.
Marko się nachyla
U wezgłowia najemnicy...
Chora się wysila.

„Spojrzyj na mnie! Widzisz, Marku,
540 

Jakem ja zmarniała?
Ja nie Hanna — najemnica...
Ja...”
I oniemiała...

Marko płacze. Zwolna oczy
545 

Znów się otworzyły:
Pilnie, pilnie popatrzała,
Łzy się potoczyły,
Przebacz, Marku!... W cudzej chacie

Cała służba moja —
550 

To pokuta... Przebacz, synu!...
Ja... ja matka twoja”.
I zamilkła...
Padł mój Marko,

Aż ziemia zadrżała —
555 

Zemdlał. Ocknął się... do matki —
Lecz matka już spała.

1845.XI.13.
Perejasław.



МИНАЮТЬ ДНІ, МИНАЮТЬ НОЧІ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Mijają dni, mijają noce
I mija lato. Żółty liść
Szeleszcze w lesie; gasną oczy,
Zasnęły myśli, serce śpi.

I wszystko śpi, i nie wiem sam,

Czy życie to, czy życia kres,
Bo bez radości i bez łez
Wałęsam się to tu, to tam...

Dolo, gdzieś ty? Dolo, gdzieś ty?

Cisza... Niema doli!
10 

Jeśli dobrej żal Ci, Boże,
Daj taką, co boli!

Ale nie każ chodząc spać mi
Z duszą konającą,

Nie każ być pomiędzy braćmi
15 

Kłodą próchniejącą,
Ale żyć daj, ludzi kochać,
Życie sercem chwalić,
A jeśli nie... to przeklinać

I świat ten podpalić!
20 

Jak okropnie wpaść w kajdany
I umrzeć w niewoli,
Ale jeszcze stokroć gorzej
Spać i spać na woli,

I na wieki swe powieki
25 

Zamknąć, nic po sobie
Nie zostawić, obojętnie,

Czyś ty żyw, czyś w grobie...

Dolo, gdzieś ty? Dolo, gdzieś ty?

Cisza... Niema doli...
30 

Jeśli dobrej żal Ci, Boże,
Daj taką, co boli!

 1845.21.XII.
Wjunyszcza.


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page183.png
T. SZEWCZENKO
W ROKU UKOŃCZENIA AKADEMJI SZTUK PIĘKNYCH
Autoportret ołówkiem 1845 r.



ЯК УМРУ, ТО ПОХОВАЙТЕ...
Przełożył
[Заповіт]
BOHDAN ŁEPKI


[TESTAMENT]

Kiedy umrę, prochy moje
Złóżcie na mogile,
Pośród stepu szerokiego,
W Ukrainie miłej:

Niechaj widzę łany, pola,

Dnieprowe urwiska,
Niechaj słyszę, jak Dniepr huczy,
Wre i pianą ciska!
A gdy spłynie z Ukrainy

Ku morzu krew wroga, —
10 

Wszystko rzucę i polecę
Do samego Boga
Na modlitwy. A póki co —
Nie uznaję Boga!

Pochowajcie i wstawajcie,
15 

Pozrywajcie pęta,
Niechaj wrażą krwią skropiona
Wstanie wolność święta!
A wówczas mnie w tej rodzinie

Wielkiej, wolnej, nowej,
20 

Chciejcie wspomnieć choć cichemi,
Lecz dobremi słowy.

1845.25.XII.
Perejesław.


З ЦИКЛЮ „В КАЗАМАТІ“
(18.IV. — 30.V. 1847)

Z CYKLU „W KAZAMATACH“
(18.IV. — 30.V. 1847)



МЕНИ ОДНАКОВО...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Wszystko mi jedno, czy ja będę
Na Ukrainie żyć, czy nie,
Czy mię kto wspomni, czy zapomni,
Że na wygnaniu pędzę dni

Wśród śniegów, — obojętnie mi!

W niewoli obcej wychowany,
W niewoli umrę, niepłakany
Przez swoich, chyba płacząc sam.
Zabiorę wszystko to, co mam,

I wszelki po mnie ślad zaginie
10 

Na naszej sławnej Ukrainie,
Na naszej, nie sądzonej nam.
Nie wspomni o mnie ojciec z synem,
Nie powie: „Módl się synu, on

Kiedyś za naszą Ukrainę
15 

Męczeński poniósł zgon”.
Wszystko mi jedno, czy modłami
Wspomni mię syn ten, czy też nie...
Nie obojętnem jednak dla mnie

Byłoby, gdyby ludzie srodzy
20 

Uśpili kraj nasz i w pożodze,
Okradłszy go, zbudzili w śnie, —
Nie obojętne, o!... Nie!... Nie!

1847.
Petersburg.



ДО М. КОСТОМАРОВА
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


DO M. KOSTOMAROWA

Wesoło słońce kryło twarz
W wiosennych chmurkach, uśmiechnięte.
Goszczono „czajem” nas, zamkniętych
W więzieniu, i zmieniano straż

Błękitnie mundurową. Już

I do tych drzwi zaryglowanych,
I do tych szyb zakratowanych
Przywykłem trochę, bo i cóż
Miałem ci począć? Nawet łez,

Tych krwawych, ciężkich łez, przelanych
10 

Za bardzo, bardzo dawnych dni,
Zdawało się, już nie żal mi.
Zdawało się. Ach tak, bo przecie
Wylałem tyle ich po świecie

Na puste pole... Choćby ruta,
15 

A to nie zeszło nic a nic!
I przypomniało mi się sioło
Ojczyste. Lat minęło tyle.
Ojciec i matka już w mogile...

I smutno mi, i niewesoło,
20 

Że nikt nie wspomni nawet o mnie...
Aż patrzę: twoja matka święta,
Czarniejsza od tej ziemi czarnej,
Idzie, jakgdyby z krzyża zdjęta...

Dzięki Ci, Boże, dzięki Panie!
25 

Że tej niewoli, tych męczarni
Nie mam z kim dzielić...

1847.19.V.
Petersburg.



В НЕВОЛІ ТЯЖКО...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


W niewoli ciężko... chociaż woli,
Aby nie skłamać, — też nie było;
Lecz choć to było obce pole,
To przecież jakoś się tam żyło...

A dzisiaj, jak na Boga z nieba,

Tak na złą dolę czekać trzeba.
I czekam na nią, i narzekam,
Że durniom dałem się odurzyć,
Żem wolność cisnął do kałuży.

Truchleje serce, gdy pomyślę,
10 

Że w obcym kraju grób mię czeka,
Że będę nie na Ukrainie
Miłować Boga i człowieka.

1847.
Petersburg.



ЧИ МИ ЩЕ ЗІЙДЕМОСЯ ЗНОВУ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Czy my spotkamy się gdzieś jeszcze,
Czy pożegnali się na wieki
I słowo prawdy i miłości
Ponieśli w obcy kraj daleki?

A niech i tak! Nie nasza matka,

Lecz przecież ją szanować trzeba
I trzeba wytrwać do ostatka,
Bo takie jest zrządzenie nieba!
Ukorzcie się! Módlcie się, bracia,

O sobie nie zapominajcie
10 

I Ukrainę naszą drogą
Całą potęgą serc kochajcie!
A kiedy przyjdzie chwila sroga,
Ostatnia — za nią proście Boga!

1847.
Petersburg.


НЕВОЛНИЦА МУЗА
(1847 — 1850)

POEZJE Z CZASU NIEWOLI
(1847 — 1850)



ДУМИ МОĬ, ДУМИ МОĬ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Dumy moje, dumy moje!
Jedyne na świecie!
Chociaż wy mię w mej niedoli
Nie opuśćcie, dzieci!

Przylatujcie, ptaszki moje,

Gołąbki me siwe,
Hen z nad Dniepru na kirgiskie
Stepy nieszczęśliwe.
Bo Kirgizi, moi drodzy,

Chociaż już ubodzy,
10 

Nadzy - goli, lecz na woli
Modlą się do Boga.
Przylatujcie. Wolna droga!
Cichemi słowami

Przywitam was jak swe dzieci
15 

I popłaczę z wami.

1847.
Twierdza Orska.



СОНЦЕ ЗАХОДИТЬ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Słońce zachodzi, ciemnieją góry,
Milkną na polu ptaszęce chóry.
Cieszą się ludzie, że spocząć mogą,
A ja myślami w szarą godzinę

Lecę w sad ciemny na Ukrainę,

Na Ukrainę, tak sercu drogą.
Ciemnieją góry, pola — jak morza,
Na błękit nieba wypływa zorza.
O, zorzo, zorzo! (Łza z oka płynie...)

Czy tu już zeszłaś na Ukrainie,
10 

Czy oczy karę szukają ciebie
W godziny szare na sinem niebie?
Czy cię szukają, czy zapomniały?
Jak zapomniały, bodajby spały,

O mojej doli nic nie wiedziały!
15 
1847.
Twierdza Orska.


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page217.png
T. SZEWCZENKO NA ZESŁANIU
Autoportret 1848 r.



ХУСТИНА...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


CHUSTECZKA

Czy to była Boża wola,
Czy tak jej sądziła dola?
Dość, że w najmach wyrastała
I sierotę pokochała.

A on, biedny, z swą wybraną

Od wieczora aż do rana
I od zorzy aż do zorzy
Na serdecznym rozhoworze...
Wciąż zapustów wyglądali —

Doczekali się... Z Czehrynia
10 

Po wszej sławnej Ukrainie
Wielki dzwon na trwogę dzwoni,
By siodłali chłopcy konie,
By ostrzyli szable nagle

I śpieszyli na zabawę,
15 

Na te żwawe swaty krwawe.

W niedzielę świętą rano-raniuteńko
Surmy, trąby zagrały,
Oddziały naszych sławnych kompanijców

Przed świtaniem ruszały.
20 

Wyprowadzała wdowa swego syna,
Jedyne dziecko swoje,
I siostra brata, a biedna dziewczyna
Swego kozaka na boje.

Wyprowadzała, konia napawała
25 

Przed wschodem słońca z krynicy,

Wyniosła potem szabelkę złotą
I rusznicę hakownicę.
Odprowadziła trzy pola, trzy mile,

Pożegnała na łące,
30 

Podarowała jedwabną chusteczkę
Na wspomnienie gorące.

Hej, chusteczko z mereżkami,
Cudowne wyszycie,

Dla siodełka kozackiego
35 

Wspaniałe nakrycie!

Powróciła we łzach cała.
Wciąż na drogę spoglądała,
Wciąż stroiła głowę w kwiecie,

Bo on może nadejść przecie;
40 

A w niedzielę na mogiły
Biegła, czy nie idzie miły?

Mija lato, mija drugie,
A na trzecie oto

Nasi sławni kompanijcy
45 

Nadchodzą z powrotem.
Idzie wojsko, idzie drugie,
A za trzeciem... cicho!
Nie patrz, nie patrz, nieszczęśliwa,

Bo tam twoje licho!
50 

Wiozą trumnę, a z tej trumny
Kitajka powiewa,
Za tą trumną starsi idą,
Czarna przyodziewa.

Między nimi sam pułkownik,
55 

Czarownik siczowy,
Obok kroczą esauli,
Poschylali głowy.

Płaczą idąc, niosą zbroję:

Pancerz hartowany,
60 

Szablę złotą, trzy rusznice
I trzy samopały.
A na zbroi... plamy krwawe
Już pozasychały.

Wiodą konia. Konik wrony,
65 

Rozbite kopyta...
Na tym wronym koniu siodło
Chusteczką nakryte.

1847.
Twierdza Orska.



І НЕБО НЕВМИТЕ, І ЗАСПАНІ ХВИЛІ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


I niebo niemyte, i fale zaspane,
I ponad brzegiem morza wdal
Oczeret, rzekłbyś, że pijany,
Do dołu gnie się, aż do fal.

O, Boże miły, Boże święty,

Czy długo jeszcze każesz mi
W tej oto tiurmie niezamkniętej
Wlec marny żywot?
Nic nie mówi,
Milczy i gnie się, niby żywa

Stepowa trawa żółtogrzywa,
10 

Nie chce powiedzieć prawdy nam, —
A kogoż ja się pytać mam?

1848.
Kos-Arał.



ОЙ, ВИОСТРЮ ТОВАРИЩА...
Przełożył
TADEUSZ HOLLENDER


Oj, wyostrzę towarzysza,
Za cholewę wsunę,
Pójdę szukać prawdy w świecie,
Za sławą pofrunę.

A nie pójdę ja łęgami,

Wybrzeżem szerokiem:
Powędruję nie szlakami,
Lecz przemknę się bokiem.
I zapytam Żydowina

I wielkiego pana,
10 

I szlachciców tych paskudnych
W paskudnych żupanach;
Jak się trafi, czerńca spytam, —
Pismo Święte w trudzie

Niechaj czyta, a nie hula, —
15 

I niech uczy ludzi,
By brat bratu nie był katem,
Nie okradał brata,
I by syna biednej wdowy
Nie dawać w sołdaty.

1848.
Kos-Arał.



ОЙ, ЛЮЛІ, ЛЮЛІ, МОЯ ДИТИНО...
Przełożył
TADEUSZ HOLLENDER


Oj, luli, luli, moja dziecino,
Nocą i dniem.
Pójdziesz, mój synu, tą Ukrainą,
Przeklniesz nas, wiem.

O, nie klnij ojca, synu mój, synu,

Nie klnij go, nie;
Jam twoja matka, mnie ty przeklinaj,
Przeklinaj mnie!...
Gdy mnie nie stanie — ludzi nie witaj,

Ale idź w gaj:
10 

Gaj nie zobaczy nie zapyta,
Tam sobie trwaj!
A kiedy znajdziesz ową kalinę,
Głowę tam skłoń:

Kochałam kiedyś ten krzak, dziecino —
15 

Przytul się doń.
Nie smuć się, jeśli pomiędzy chatki
Skierujesz krok;
A jeśli ujrzysz z dziatkami matkę,

To odwróć wzrok...
20 
1848.
Kos-Arał.



І ШИРОКУЮ ДОЛИНУ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Ni szerokiej tej doliny,
Ni wysokiej tej mogiły,
Ni wieczornej tej godziny,
Ni co śniło się, mówiło —

Nie zapomnę ja.


Lecz cóż?... Ślub nas nie zjednoczył
I poszliśmy w świat za oczy,
A tymczasem lata młode
Jako te wiosenne wody

Popłynęły hen!
10 


Dziś... nieszczęsna moja głowo!
Ja — w niewoli, a ty wdową;
Nie żyjemy, tylko trwamy
I z żałością wspominamy

Nasze przeszłe dni.
15 
1848.
Kos-Arał.



ЗАРОСЛИ ШЛЯХИ ВОЛІ ТЕРНАМИ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Już powrotne moje drogi
Zarosły tarniną —
Czy na wieki rozstałem się
Z moją Ukrainą?

Czy już nigdy nie powrócę

Do swojego domu
I tych wierszy nie przeczytam
Nigdy i nikomu?
Sam je będę czytać... Boże!

Jakie ciężkie życie!
10 

Nie mam serca szerokiego
Z kim dzielić na świecie.
Nie dałeś mi, Boże, doli
W latach mej młodości

I już ona ponoś do mnie
15 

Nigdy nie zagości!
Nie dałeś mi serca mego
Połączyć z dziewczęcem
Sercem młodem, — przeminęły

Moje dni w udręce,
20 

Na obczyźnie! Nie przeżyłem
Mej młodości w parze,
A na starość nie mam nawet
Z kim szczerze pogwarzyć.

Jakże ciężko, Boże miły,
25 

Żyć w tej samotności
I samemu swoje dumy
W swojej duszy nosić.
Nie zwierzyć się, nie pocieszyć

Serca ubogiego,
35 

Nie pochwalić, co jest dobre,
I nie skarcić złego.
Wreszcie — umrzeć... O, Boże mój!
O, Boże mój drogi!

Pozwólże mi chociaż spojrzeć
35 

Na ten lud ubogi, —
Na tę Ukrainę
I nie dopuść, abym marnie
W obcym kraju zginął!

1849.
Kos-Arał.


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page299.png
FORT NOWOPIETROWSKI — MIEJSCE ZESŁANIA SZEWCZENKI
Akwarela T. Szewczenki


ПІСЛЯ ПОВОРОТУ З ЗАСЛАННЯ
(1857 — 1861)

PO POWROCIE Z ZESŁANIA
(1857 — 1861)



НЕОФИТИ
Przełożył
 
BOHDAN ŁEPKI


NEOFICI
(M. S. Szczepkinowi na pamiątkę 24 grudnia 1857 r.)
Oto co mówi Pan: chrońcie sąd i czyńcie sprawiedliwość, albowiem zbawienie i miłość moja odkryje się.
Izajasz, LVI, 1.

O, ulubieńcze Muz i Gracyj!
Czekam na ciebie, cicho plączę
I swoją dumę, smutne rymy,
Poświęcam duszy Twej, Jedyny.

Przywitajże szczerem sercem

Tę moją niebogę,
Ty nasz wielki czarodzieju,
Przyjacielu drogi!
Bo choć moja duma biedna

I szara niestety,
10 

Ale z tobą się przeprawi
Szczęśliwie przez Letę
I na ziemię spadnie kiedyś
Jak płomień żałości

Ku przestrodze złym tyranom,
15 

Mordercom przyszłości.

Przebywam długo już w niewoli,
Pod kluczem, jak złoczyńca srogi.
Przez okno widać drogę, pole,

Cmentarzyk biedny, krzyż wysoki
20 

A na nim wronę. Oto cały

Mój widok. Cóż? I za to chwała
Wszechmogącemu. Pocoś żyją,
Rodzą się, mrą i w ziemi gniją

Ochrzczeni ludzie.
25 

Krzyż wysoki,
Pomalowany, pozłocony,
Widnieje na cmentarzu onym,
W ustroniu nieco. (Ktoś tam leży

Nienajbiedniejszy!...) A na krzyżu
30 

Namalowany Chrystus Pan,
Rozpięty za nas. Dzięki wam,
Dzięki, sieroty, za ten złoty
Wysoki krzyż! Ja dzień po dniu

Przez okno mej więziennej celi
35 

W zadumie się przyglądam mu
A patrząc, modlę się do Pana.
I wówczas dusza ma stroskana
Na chwilę milknie jak to dziecię

Już nakarmione. I czy wierzycie?
40 

Ma kaźń rozszerza ściany swe
I śpiewa, płacze serce me,
Do życia zrywa się i pyta,
Pyta się Boga Najwyższego,

Pyta się wszystkich świętych Jego,
45 

Za jakie to, za jakie winy
Ten Nazarejczyk, Ten Jedyny,
Jedyny Syn Maryji Panny,
Męczony był i krzyżowany?
............

Polecę duchem w czasy one,
50 

Kiedy wszeteczny Rzym z Neronem
Wśród orgij konał. A z ciemności,
Z niedoli, nowy dzień jasności
Wyłaniał się. Nad Kapitolem,

Nad Kolosseum nowe słońce
55 

Wschodziło, a promienni gońcy
Po całym świecie rączo biegli,
Zwiastując ludziom słowo nowe.
I przed tem słowem Chrystusowem

W nicości dumni władcy legli.
60 

O, duszo moja! W czasy one
Przenoś się, leć i jękiem-dzwonem,
I trąb śpiżowych grzmiących głosem
Z więziennych murów bij w niebiosy!

Przeczysta, między niewiastami
65 

Błogosławiona Matko Święta
Syna tej ziemi Najświętszego!
W niewoli nie daj zginąć pętach,
Niech lata próżno mi nie biegą,

Strapionych ty pocieszycielko!
70 

Chciej zesłać Słowa łaskę wielką,
Najświętszą daj mi prawdę nową,
Oświecić racz mądrością wszelką
I racz ożywić ono słowo!

I ludziom żałość tę odtworzę,
75 

Jak boleściwa matka morze
Łzy krwawej lała w swej żałobie,
Aż zapałała jej — jak Tobie —
Światłość nieziemska i jedyna

Umęczonego Twego Syna!
80 

A Ty, Ty, Boga ziemska Matka,
Tyś łzy wylała do ostatka,
Że nie zostało kropli jednej!
Łkam i zaklinam łkając: w biednej

Mej duszy niech się wzbudzi siła,
85 

Iżby płomiennie przemówiła;
Ogromnym żarem niech rozgorze
I topi serca to orędzie,
Po Ukrainie niech się wszędzie

Rozlewa jak kadzidło Boże,

Kadzidło prawdy! Tak niech będzie!
90 


I
Nie w naszym Bogu miłym kraju,
Kiedy hetmani panowali,
Ani za carów, lecz w przedawnej
Przeszłości, w rzymskich jeszcze czasach

Pleniła się bezecność ona, —
95 

Za Decyusza, czy Nerona,
Nie pomnę już. Więc niechaj będzie,
Że za Nerona. A, jak wiecie,
W tych czasach Rosji jeszcze w świecie

Nie było. W rzymskim tedy kraju,
100 

Jak ta przeczysta lilja w gaju,
Wyrosło dziewczę piękne, młode,
Niewinne, istny cud przyrody.
Więc matka, córką zachwycona

I jej młodością odmłodzona,
105 

O szczęściu marzy dla dziewczęcia
I wśród młodzieży szuka zięcia.
Znalazła. Wyprawiono gody
Weselne i małżonkę młody

Zabrał do nowej swej gospody.
110 

Minął czas jakiś. Syna miała
I do penatów modły słała
O jego przyszłą dobrą dolę.
Złożyła też na Kapitolu

W ofierze cenne wielce dary,
115 

A wzamian za te jej ofiary
Kapłani pozwolili syna
Alcyda, dziecko jej jedyne,
Z ginajkionu przynieść progów

I przed posągi stawić bogów.
120 

Cieszy się serce w matki łonie,
Przed penatami ogień płonie,
A synek zdrów i piękny rośnie.
Urósł. Już wdzięczą się miłośnie

I uśmiechają się hetery,
125 

A światła ciągle przed Wenery
Posągiem płoną.

II
Wtenczas już
Wschodziła najjaśniejsza z zórz

Nad Betleem — prześwięta zorza
120 

Miłości oraz prawdy Bożej,
Pokój i radość i nadzieja...
Ze złości wije się Judea,
Faryzeusze jak te gady

Syczą i schodzą się na rady.
135 

Wreszcie — Golgota i krzyż święty,
A na nim Chrystus Pan rozpięty
Za ludzki grzech. Pijani spali
Ci, którzy Go ukrzyżowali,

Pijani Jego Krwią. A On
140 

Przez męki przeszedł i przez zgon
I z martwych powstał w sławie, w słowie,
Z którem to szli apostołowie
Po całym ujarzmionym świecie.

III

I wtedy Alcyd, życiu rad,
145 

A z nim hetery młodociane
I koźlonogi Satyr-dziad,
Cały ten orszak ich pijany
Przy Via Appia w dąbrowie,

Zrzuciwszy szaty, Priapowi
150 

Oddawał cześć. Aż oto, patrz!
Apostoł Piotr, strudzony srodze,
Do Rzymu idzie, a po drodze
Wstąpił do gaju, by z ruczaju

Zaczerpnąć wody. „Pokój wam!” —
155 

Do rozbawionych rzekł łaskawie
I orgję pobłogosławił.
A potenl cichem, dobrem słowem
Zwiastował im naukę nową,

Naukę prawdy i miłości,
160 

Największą łaskę dla ludzkości.
I oto stało się! Pijana
Gromada padła na kolana
Przed apostołem świętym Pana,

A wstawszy, zjednoczeni w wierze,
165 

Poszli z nim razem na wieczerzę.

IV
A w termach orgje wrą. Tam płoną
Świetlice złotem i czerwoną
Purpurą. Z amfor wonne dymy

Rozwłóczą się. Cyprydzie hymny
170 

Chóralne — uwielbienia śpiewy
Śpiewają, nagie niemal, dziewy.
Wspaniała uczta wesołości!
Na pysznych łożach leżą goście,

Śmiech, gwar. Wtem patrz! Hetery młode
175 

Siwobrodego starca wiodą
Do sali. Stanął. I z ust jego,
Ze starych, prawych ust świętego
Słowa jak olej popłynęły

Na mętne fale wesołości...
180 

Ucichła burza. Cud piękności,
Królowa orgji tej — Cyprydy

Kapłanka nagle pysznem czołem
Bije przed starym apostołem,

Rozradowana. Wstaje, kroczy,
185 

A za nią cały ten ochoczy
Orszak podąża w katakomby.
A syn twój Alcyd? Ach! Czyż onby
Mógł tu pozostać?

Poszedł społem
190 

Z innymi za swym apostołem,
Nauczycielem świętym. Ty zaś
Właśnie w tej chwili z domu wyszłaś
Spojrzeć na drogę, czy nie idzie

Twój Alcyd... Ale go nie widzisz!
195 

I zmierzch, i świt, a jego niema
I już nie będzie. Pusta chata...
Modlitwę sama do penatów
Odmówisz i wieczerzać siędziesz

Samotna, ale jeść nie będziesz.
200 

Bo łzy nie dadzą. Bez nadziei,
Klnąc świat i siebie, posiwiejesz
I umrzesz sama jedna, biedna,
Daleka dla całego świata —

Jak trędowata...
205 


V
Głową wdół
Na krzyżu zawisł Piotr Apostoł,
A neofitów poczet został

Do Syrakuzów więzień statkiem
210 

Odwiezion w pętach.
Twego syna
Alcyda, dziecko twe jedyne,
Jedyną miłość twą na ziemi,

Zabrali także i z innemi
215 

Rzucili w te podziemia ciemne,
Aby tam gnił. Ty, sama jedna
Zostałaś się. I błądzisz, biedna,
Aż po Sybirze, czy tam raczej

Po Scytów kraju. Błądzisz, płaczesz,
220 

Szukając syna. Matka Boża
Niech wam w niedoli tej pomoże, —
Bo tyś nie sama. Niema chaty,
Niema rodziny, siostry, brata,

By zapłakani nie chodzili,
225 

W ponurych lochach by nie gnili
Lub by ich w oddalonych stronach,
W brytańskich, galskich legionach
Nie musztrowano...

O, ty srogi
230 

Neronie, wiedz, że Boży sąd,
Prawdziwy, nagły, pośród drogi
Osądzi cię! Ze wszystkich stron,
Ze wszystkich dróg w szerokim świecie

Wolności umęczone dzieci
235 

Przylecą naraz i w kajdanach
Dokoła twego łoża staną,
Łoża twej śmierci i... przebaczą.
Bo są to bracia, chrześcijanie,

A tyś — ludojad i poganin,
240 

Despota wściekły!...

VI
Niewolników
Ogromne mnóstwo w Syrakuzach,
W lochach i kaźniach. A Meduza

W szynku z dziadami śpi upita.
245 

Lecz wnet się zbudzi. W krwi i pocie
Ucztę urządzi wam, despoci,

Upoi was...
Po całem mieście

Szukała matka swego syna
250 

I nie znalazła, aż nareszcie
Przybyła do Syrakuz znowu.
W więzieniu siedział jej jedynak,
W kajdanach, ale do więzienia

Nie dopuszczono jej.
255 

Nieboga
Czekała, jak na swego boga,
Na niego.
„Może — myśli — może,

Ta brama nagle się otworzy
260 

I może wyjdzie on w kajdanach,
By przez więziennych stróżów gnany,
Zmiatał ulice."
W Rzymie święto,

Wspaniałe święto! Ludu mrowie
265 

Zaległo gród. Wojewodowie
Ze wszech stron państwa, pretorjanie
I cały senat, i kapłani,
I liktorowie okrążyli

Kapitol. Idą, święty hymn
270 

Śpiewają, a z kadzielnic dym
I z amfor ścieli się do nóg.
W tym gronie kroczy cezar-bóg,
A przed nim — czy widzicie? — oto

Figurę niosą szczerozłotą,
275 

Sobowtór jego.

VII
Przedziwne święto urządzili
Patrycyusze wraz ze starym
Senatem carskim. Ponad miarę

Imperatora wychwalili,
280 

Aż im obmierzły te pochwały;
Więc aby skończyć raz ten cały
Pochlebstwa akt, postanowili,
Że od tej wiekopomnej chwili

Cezar Jowiszem jest i — koniec!
285 

Stało się. I za gońcem goniec
Leciał do wszystkich wojewodów
Z radosną wieścią dla narodów,
Że cesarz — bóg i nawet wyższy

Od najwyższego. Nakaz zgóry
290 

Dano, ażeby kuć figurę
Cezara-boga. I dodano,
Tak, nota bene, że bóg nowy
Odpuszczać będzie narodowi

Grzechy i winy. Lud się cieszył, —
295 

Jak ptactwo w ciepłe kraje, śpieszył
Na odpust ten do Rzymu. Ona,
Nadzieją nową ożywiona,
Przyszła też prosić boga. Biedna!

I czy to tylko ona jedna?
300 

Tysiące ich do Rzymu bram
Przybyło zdala.
Biada wam!
Kogoście tutaj błagać przyszli?

Komuście swoje łzy przynieśli?
305 

Komu przynieśli wraz ze łzami
Nadzieje swoje? Pan Bóg z wami!
Nieszczęśni, ślepi niewolnicy!
Błagacie przecież po próżnicy,

Bo czyliż kamień litość zna?
310 

W niebiosach Pana Boga chwalcie
I prawdzie boską cześć oddajcie,
A reszta, reszta, mówię wam,
To jeden wielki kłamstwa kram, —

I car i popi!...
315 

VIII
Przed Neronem,
Na tron Jowisza wyniesionym,
Modlili się senatorowie,
Błagali łask patrycyusze,

Póki się nowy bóg nie skruszył
320 

I nie dał: temu Palestynę
W dzierżawę tłustą, a drugiemu
Z łożnicy swojej nałożnicę
Za żonę, wprawdzie nie dziewicę,

Lecz taką, co już trochę stara,
325 

Zszargana, ale — z pod Cezara!
I jeszcze inną bóg innemu
Okazał cześć: wziął do haremu
Siostrzyczkę jego. Na to bóg!

A bogom siebie my do nóg
330 

Winniśmy słać, nietylko siostry
Pod ich majestat.
Rozkaz ostry

Dał pretorjanom: „Od tej chwili
335 

Wolno wam czynić, co zechcecie:
My karać was nie będziem przecie,
Albowiem bardzoście nam mili.“
A wy plebeje-hreczkosieje,
Czy nie modliliście się też?

Dlaczegóż na was on nie leje
340 

Tej strugi łask? „A bo to, wiesz,
Oni miłować nie umieją Nas, biednych ludzi”.

IX
Wnet i za chrześcjan pozwolono

Zanosić prośby też do Pana.
345 

Więc przyszłaś, biłaś mu pokłony
I miłosierny akt bałwana
Zezwolił z więzień syrakuskich
Do Rzymu chrześcjan wieść w kajdanach.

Więc radosna i wesoła
350 

Modliłaś się znowu
Do nowego boga tego,
A ten bóg łaskawy —
Wnet zobaczysz, jaki obchód

Urządzi wspaniały
355 

W Kolosseum! A więc śpiesz się,
Śpiesz się, ma jedyna,
Na spotkanie swego syna,
Śpiesz się, lecz, niebogo,

Nie licz zbyt na tego boga,
360 

Bo go nie znasz jeszcze!

X
A tymczasem ku przystani
Z innemi matkami
Alcydowa rodzicielka

Idzie na spotkanie
365 

Neofitów. W sercu radość,
Taka radość wielka,
Że nie słowem, lecz śpiewaniem
Wielbiłaby swego

Dobroczyńcę i łaskawcę,
370 

Jowisza nowego.
„Oto bóg nasz! A ja głupia
W Atenach szukałam
Jupitera!!” I znów kornie

Bogu dziękowała,
375 

Neronowi. I przez błota
Ponad Tybrem szła z tęsknotą,
Wyglądając statku,

Co wiózł syna jej.

Aż oto,
380 

Widzisz, widzisz, matko!
Z poza gaju wypływają,
A syn twój w kajdanach
I do masztu przywiązany,

Już nie neofita,
385 

Lecz apostoł Chrystusowy,
Na wszystko gotowy,
Nie zważając na kajdany,
Głosi słowo Pana:

„Nowy psalm, pieśń chwały nową
390 

Śpiewajmy przed Panem
Całym chórem, z głębi serca,
Głosem niekłamanym,
Tympanami! Wznośmy psalmy,

Pana Boga chwalmy
395 

Bo On karze niegodnego,
Nagradza dobrego.
Godni łaski w sławy blasku
I na cichych łożach

Wśród radości uwielbiają
400 

Święte imię Boże.
W dłoniach swoich dzierżą miecze
Miecze obosieczne,
Aby dobry miał nagrodę,

Zły zaś — kary wieczne.
405 

Skują oni carów chciwych
Pęty żelaznemi,
I powiążą niegodziwych
Więzami ręcznemi.

I osądzą winowajców
410 

Według swego prawa,
A dostojnym po wsze czasy
Będzie cześć i sława!”


XI
A ty na brzegu Tybru stałaś

Jakoby martwy, ciemny głaz,
415 

I nie słuchałaś, nie płakałaś,
Lecz z resztą matek cnych wraz
Swe „Alleluja!“ więźniom słałaś.
Nito dzwon huczą kajdany

Na chrześcijanach, a twój syn,
420 

Jedynak twój, apostoł nowy,
Przeżegnał się i temi słowy
Przemówił: „Bracia! Módlcie się
Za brata swego okrutnego

I w modłach swoich imię jego
425 

Wspomnij cie, lecz przed dumny tron
Nie nieście waszych kornych głów.
Modlitwa — Bogu! Niechaj on
Sroży się i szaleje znów,

Niechaj proroka kamionuje,
430 

Niechaj nas wszystkich ukrzyżuje —
Wnukowie oto już poczęci
W niewieścich łonach. Nie mściciele
Wyrosną z nich za dni niewiele —

Jeno rycerze Chrysta święci!
435 

Bez żagwi i bez miecza w dłoni
Powstaną ci szermierze boży
I mrok przed nimi się ukorzy,
I grzeszny świat im się pokłoni.

Więc, bracia, módlcie się!
440 

W kajdanach
Przed krzyżem Zbawiciela Pana
Modlili się wyznawcy jego... Sława,
Sława wam, dusze czyste, młode,

Sława walczącym za swobodę,
445 

Po wszystkie czasy sława wam!


XII
Tydzień mija.
Od tego czasu, jak do Rzymu
Przypłynął okręt. Cezar pjany,

Przez siebie Dzeusem mianowany,
450 

Dzeusowi sprawia jubileusz.
Szaleje Rzym. Bogate dary
Zwożą i kładą przed Cezarem.
Chrześcijan pędzą niby trzodę

Do Kolosseum. Krew jak wodę
455 

Z nieszczęsnych toczą. Wściekł się Rzym.
I gladyator, i senator,
Obaj pijani. Krew i dym
Odurza ich. Ostatki sławy

Pośród okropnych orgij krwawych
460 

Przepija Rzym. On stypę sprawia
Po Scypionach. Hulaj, starcze
Obmierzły! Ile sił ci starczy,
Szalej w haremach! Z poza morza —

Czy widzisz? — wschodzi święta zorza!
465 

Nie sprawiedliwym gromem, świętym
Uśmiercą cię, lecz nożem tępym
Zarżną i jako psa obuchem
Dobiją cię!

XIII

Już drugi dzień
470 

Arena ryczy. Na arenie
Libijskich piasków lśniące złoto
Purpurą całe się czerwieni
I w krwawe się zmieniło błoto.

Lecz neofitów syrakuskich
475 

Nie przywieziono jeszcze tam.
Dopiero po trzech dniach strażnicy
Z mieczami w ręku, jak rzeźnicy

Bydło, przygnali ich do bram

Tej strasznej rzeźni. Zaryczała
480 

Jak dziki zwierz arena cała,
A syn twój podniósł dumne oczy
I psalm śpiewając, śmiało kroczy
Na miejsce mąk. Wtem Neron pjany,

Szalonym śmiechem roześmiany,
485 

Dał znak i z lochu lampart skoczył —
Spojrzał, ofiarę swoją zoczył,
Cisnął się i... krwi świętej strugi
Polały się. Krzyk głośny, długi,

Ponad areną, przez podwórza
490 

Przeleciał jak szumiąca burza
I umilkł...
A gdzież byłaś ty?
Gdzie skryłaś się? Dlaczego zaraz

Na swego boga — na cezara
495 

Tyś nie skoczyła? Bo go strzegli,
We trzy szeregi go obiegli
Liktorzy, póki za nim bram
Nie zatrzaśnięto. Sama jedna

Zostałaś się bezradna, biedna,
500 

Z rozpaczą w sercu. „O, mój Boże,
Kto mi poradzi i pomoże,
Do kogo zwrócę się, u kogo
Przytułek znajdę?” I nieboga

Dokoła okiem potoczyła,
505 

Zachwiała się i uderzyła
Głową o twardy mur. Pod samą,
Pod samą tą okropną bramą
Padła jak trup.

XIV

A wieczorem Cezar święty
510 

Z liktorami swymi

Skrył się w termach. W Kolosseum,
Niby na pustyni,
Cicho, głucho. Na arenie,

Rzekłbyś, że coś płacze,
515 

Nad murami samotnemi
Kruk żałośnie kracze.
A te mury, niby góry,
Czernieją wśród miasta.

Ponad Tybrem, od Albano
520 

Cichy wiatr się szasta;
Jak przez dymy, ponad Rzymem
Księżyc krągłolicy
Płynie sobie; odpoczynek

Niesie noc stolicy.
525 

I my tylko, Adamowe
Pełne grzechu dzieci,
Czy już nigdy nie znajdziemy
Spokoju na świecie?

Jak te psy za kość cuchnącą
530 

Żremy się, kąsamy
I w dodatku znieważamy
Praojca Adama!...

XV
Starej matce — nocy siła

Sił dodała trochę;
535 

Więc podniosła się, błądziła
Długo w noc ze szlochem
Koło bramy. Coś szeptała.
Może przeklinała

Swego boga? Potem znowu
540 

Przyłożyła ucho
Do tej bramy; nadsłuchuje:

Cicho tam i głucho.
Wtem zaśmiała się... Rzuciła

Jakieś słowo, siadła
545 

Koło bramy zadumana,
Podobna widziadłu...
Aż naraz brama się rozwarła
I z Kolosseum, z rzeźni krwawej,

Na wozach wywieziono ciała
550 

Tych, co dla Bożej zmarli sławy.
Z areny wieźli je do Tybru,
Aby tam niemi karmić ryby
Na stół cesarski.

Matka wtedy,
555 

Podniosła się, spojrzała wkoło,
Dłońmi chwyciła się za czoło
I szła wślad wozów tych czeredy
Nad Tybr. A Scyty szarookie,

Ci niewolników niewolnicy,
560 

Myśleli sobie, że Moroka
Z podziemnej wyszła swej ciemnicy,
By trupy grzebać. Powrzucali
Do wody ciała i z wozami

Próżnemi do dom odjechali.
565 


I znowu pusto dookoła...
Nad Tybrem stała i patrzała,
Jak woda coraz szersze koła
Nad ciałem syna roztaczała,

Aż wreszcie znikł ostatni ślad.
570 

A wówczas śmiech i krzyk i łkanie
I pierwsze w życiu jej wołanie
Do Tego, który zbawił świat
Na krzyżu.

I zlitował się
575 

Maryji Syn nad nieszczęśliwą

I życie i nadzieję żywą
Wlał w duszę jej. I poszła ona,
Prawdziwą wiarą ożywiona,

580 W pańskie pałace i na place
580 

Targowe, aby głosić słowo
Chrystusa Pana!

1857.8.XII.
Niżni Nowogród.



ОЙ, ДІБРОВО, ТЕМНИЙ ГАЮ!...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Hej, dąbrowo, ciemny gaju,
Ciebie w nowe szaty
Po trzy razy w roku stroi
Ojciec twój bogaty!

Raz ubierze cię w sukienkę

Zieloniutką, nową
I zachwyca się, lubuje
Tą swoją dąbrową.
Napatrzywszy się na córkę

Młodziutką, kochaną,
10 

W nową ją przebierze suknię,
Złotem przetykaną.
Wreszcie da ci strój bielutki
I niepokalany,

A sam spocznie, tą robotą
15 

Wielce spracowany.

 1860.15.I.
Petersburg.


Taras Szewczenko - Poezje (1936) page347.png
T. SZEWCZENKO W 1860 R.
Fotografja



МИНУЛИ ЛІТА МОЛОДІĬ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Minęła młodość... Od nadziei
Chłodnego wiatru podmuch wieje,
Nadchodzi zima... Zima już!
Samotny siedzisz sobie, bracie,

W swej nieogrzanej, pustej chacie —

Ani odezwać się do kogo,
Ani poradzić się... Nikogo,
Nikogo tutaj niemasz już!
Siedź tedy sam, póki nadzieja

Okłamie durnia i ośmieje,
10 

Póki ci oczy skuje mróz,
A harde dumy tak rozwieje,
Jak śnieg po stepie... Dzień radosny,
Dzień wiosny nie zawita, nie;

Zielenią sadu nie odzieje
15 

I nie odnowi twej nadziei,
I pieśni wolnej nie wypuści
Z więziennych, ciemnych tych czeluści
Na wolny przestwór! A więc cóż?...
Siedź i nie czekaj na nic już!...

 1860.18.X.
Petersburg.



ЯКБИ З КИМ СІСТИ...
Przełożył
BOHDAN ŁEPKI


Gdyby z kim było siąść do stołu,
Zjeść chleba kęs i dobre słowo
Zamienić, — ha! to jakoś przecie
Istniałby człowiek na tym świecie.

Lecz jam samotny! Świat szeroki

I tyle ludzi na tej ziemi,
A ponoś w chacie krzywobokiej
Lub może nawet pod obcemi
Płotami skonam. Lub... Nie! Nie!

Chociażby nawet z djabła siostrą,
10 

Z djablicą, a ożenię się,
By nie oszaleć! Przecież z wiosną
Na dobrym gruncie siałem zboże!
Ktoś żąć je będzie i ktoś może

Westchnie i powie: „Boże, Boże!
15 

Gdzieś w obcym kraju ludzie źli
Zabili go.” — O, biada mi!

 1860.4.XI.
Petersburg.



Przypisy

  1. 1,0 1,1 Przypis własny Wikiźródeł Z uwagi na to, iż nie wszystkie tłumaczenia są w chwili obecnej w Domenie Publicznej, na Wikiźródłach udostępniono tylko część powyższego wyboru.
  2. Licencja gramatyczna tłumacza. Red.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Taras Szewczenko i tłumaczy: Tadeusz Hollender, Bohdan Łepki, Antoni J. Gorzałczyński, Leonard Sowiński.