Pamiętniki JM. Pana B. Winnickiego/Część II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Pamiętniki JM. Pana B. Winnickiego
Podtytuł W trzech częściach
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Data wydania 1875
Wydawnictwo F. H. Richter
Druk W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Indeks stron


SENATORSKA ZGODA.

CZĘŚĆ II.
TRADYCYA SZLACHECKA
Z SANOCKIEGO.

SZYMONOWI DUTKIEWICZOWI
NA PAMIĄTKĘ
OFIARUJĄC AUTOGRAF.



Gdyś ochrzcił dziécię za swoim rozumem,
Pamiętaj o tém, żeś mi odtąd kumem!
Moja rola
Twoja wola!
Po chrzcie, po chlebie i ojczystém słowie,
Znali się w Polsce nasi praojcowie —
Kto dziécię ochrzci, ma do serca prawa —
A to tém większe, kiedy imię dawa.

Niech więc podanie płynie sobie z wodą,
Co go mieć chciałeś — „Senatorską Zgodą.”



W KRAKOWIE, dnia 31. Maja 1852 roku.


Antiquam exquirite matrem.
VIRGIL.



Szczycił się Rej z Nagłowic, że według zwyczaju
Na milę nie wyruszył za granicę kraju,
A przecież piérwsze pieśni w mowie ojców stworzył,
I niby głaz węgielny do sławy założył. —
I wdarł się na tę skałę pięknéj Kaliopy
Kochanowski — gdzie przed nim śladu polskiéj stopy
Nie było, jako żywo — a śpiéwał od lasu —
I nowo zeszła gwiazda z Polskiego Parnasu
Nie mniéj świetna w Ojczyźnie, za naszego czasu,
Pełna wdzięku i światła, prawdy i pociechy,
A zawisła tak skromnie u ojczystéj strzechy,
Jak ta gwiazdka nadobna co w jasełkach świéci,
I rozkoszą napawa serca ludzkich dzieci!






Czém narody na świecie, tém i ludzie stoją,
Jeśli doma chowają jaką prawdę swoją,
To ten posiew przechodząc od ojca na syna
Z błogosławieństwem razem wrasta jak krzewina,
I wydaje owoce dobrego posiewu,
I nie lada co grozi takowemu drzewu,
Co powoli wzrastało, pięknie w niebo rosło,
Aż dojrzałe owoce Ojczyźnie przyniosło...

Od sławnych świat to lubi zwykle się wywodzić,
Lecz daj Boże każdemu z poczciwych się rodzić.
Mąż wielki, jak meteor zabłyśnie i ginie,
A głowy nawet w biednéj potrzeba rodzinie,
Coby strzegła to gniazdo od burzy pod niebem,
Bo i Ojczyzna stoi także tylko chlebem.
Chlebem poczciwéj pracy, w pocie uzbieranym,
Zwykle łzami ludzkiemi — często i krwią zlanym.


Więc o wielkich nie chodzi — bo wielkich Bóg daje;
Ale wielka już biéda, gdy zacnych nie staje!
Gdy się rodzina sama ujrzy jak sierota,
A prócz drogi przez wioskę i cudzego płota
Niczego i nikogo nie śmie nazwać swojém,
To źle już panie Bracie, gdy pójdzie tym strojem.

Wiedziano o tém w Polsce — znali to i starzy:
Że się nie zawsze w życiu i nie wszystko darzy,
Że majątek rzecz ślizka, że sława przechodzi,
Że często bogacz biédnych, światły ciemnych rodzi,
Ztąd ni w chwałę, ni w skarby szlachcic się fundował,
Lecz, by poczciwe imię swym dzieciom dochował!
I przeto w każdym domu bywała nauka,
Co przechodziła wiernie z przodka na prawnuka,
I rodzinnéj praktyki w sercu skarbiec złoty
Utrzymywał rodziny i w narodzie cnoty...

Po naukach, praktykach, domowym zwyczaju,
Znano jak po klejnocie i rodziny w kraju.
I jak konia rozeznasz dobrego zawodu
Jeszcze w dziesiątym ręku — tak człowieka z rodu.

Różne téż i tradycye po szlachcie bywały:
Gdy myśliwy, lub rycérz, to zwykle dom cały,
A gdy Hetman Babiewicz, same baby z rodu,
I chyba jako ciołek bryknął który z młodu.
Kiedy żądny fortuny fartuszków się trzymał,
I rósł w związki przez kądziel i mieszka nadymał,
A gdzie tylko zasłyszał o pannie bogatéj,
Choć o setną granicę, chociażby garbatéj,
Żenił synów, i córki za starych wydawał,
A choć w usługach kraju z drugimi nie stawał,
Była tłusta prebenda, to i za nią chwycił,

I ubiegł synekurę, starostwo przemycił,
I we wszystkie się skarby, krom sławy bogacił,
Aż stratny syn nareszcie djabłu haracz spłacił...


Były jednak i domy na szczęście Ojczyzny,
Co wzrastały w narodzie zasługą i blizny:
„Starosta lub Kapucyn! ale nigdy sługa!”
Tak wierzyli znów inni — a inni znów pługa
Pilnując i tę ziemię dzieląc między siebie,
Rozmnażali się gniazdem, jak gwiazdy na niebie.
Inni znowu tradycyą sami palestranci,
Jur w jura tutumfaccy, pieniacze i franci,
Urżnij połę a uchodź! a bywali tacy,
Co znowu, jak ród cały, to sami junacy!
Poplecznicy, rębacze, dworskie stawinogi,
Achatesy wyprawne na wysokie progi.


A brat szlachcic poczciwy, jak się wziął do piórka,
To kończył na pisarzu w cnocie i pokorze,
A jak służył wojskowo — całe życie burka!
A jeśli Bogu służył — to w biédnym klasztorze,
A chociaż i zabiegał i pracował djablo,
Nic gęsią nie wyorał, nie wyrąbał szablą,
I tylko tyle sobie u Boga wymodlił,
Że i sygnet przechował i szabli nie spodlił.
Bo téż na prawdę mówiąc nie wzdychał za złotem
Szlachcic, gdy miał kęs chleba, myślał tylko o tém:
By Boga i Ojczyznę kochał najgoręcéj,
Potém, by miał przyjaciół wiernych jak najwięcéj,
A w domu, moja rybko, jak najwięcéj dzieci,
To zresztą — co ma świécić, we wrotkach zaświéci.


„Więc koń srokacz, żona Magda,
Co ma Bóg dać — to i tak da!”

Pani Matka czuwała nad dziewczęcia liczkiem,
A chłopak podpasany łyczkiem i rzemyczkiem
Rósł na barszczu czeladnim, na kluskach i kaszy,
A uganiał na oklep po gromadzkiéj paszy!
Aż już dorósł batoga, i ławy i księgi
Ojcowskiéj, dyrektorskiéj, lub klasztornéj cięgi.
Tam uczyli posłuchu i bojaźni Boga,
Szłać tam wprawdzie nauka często od batoga,
Lecz on formował rękę i uczył łaciny,
Miłości i bojaźni, i niesforne syny
Służyły póżniej sfornie i ludziom i Bogu —
I każdy błogosławił rękę po batogu!...
Bo dobrze znano w Polsce czego trzeba komu,
Za domem różnie było — ale posłuch w domu!
Kiedy pan Bóg dał dziécię, dziękowano Bogu,
Bo z niém przyjaciół nowych witano na progu.
Któś podał do chrztu dziécię — a ztąd i przymierze,
Pokrewieństwo kościelne i opieka w wierze,
Na wypadek sieroctwa i pomoc i rada,
A gdzie wiele jest dzieci, choć jedno się nada;
I czém więcéj, tém łatwiéj radzą sobie przecie,
Tak było i tak będzie zawsze pono w świecie.


Śmiech mnie bierze, gdy słyszę dziś o nas mówiących,
Lub co gorzéj, gdy czytam ciemięgów piszących:
„Że możne domy stały tylko starostwami,
A szlachta dworską służbą za Panów plecami.”


O, co tak długo słało, to stało posadą!
I nie tak nas Mosanie uczyli za młodu,
Bo możne domy stały tradycyą Narodu,
A szlachta stała w życiu familijną radą!
Lecz odkąd możni sprawy Narodu odbiegli,

A szlachta nawet w domu cnoty nie ustrzegli,
Wszystko runęło na łeb i poszło na nice,
I Bogu nie ma świeczki, lecz bies ma gromnicę!


W każdéj prawie rodzinie był ktoś jeden głową,
I świętym było wszystkim każde jego słowo.
Był to człowiek w rodzinie zwykle najmożniejszy,
Albo wiekiem najstarszy, albo najradniejszy!
Czasem téż padła koléj, że i z niewiast grona
Zawładnęła rodziną poważna matrona,
I wówczas bywał w domu taki sojusz wierny,
Że i dom się podnosił i majątek mierny,
Że każdy za jéj radą na nogi się stawił,
A domowi widocznie Pan Bóg błogosławił.


Kto zawładnął rodziną, ten rządził uważnie,
Z łagodnością, słodyczą, lecz bardzo poważnie!
Dosyć było tam słowa, czasem rzutu oka;
Lecz gdy w słowie lub oku upadła z wysoka
Rada, albo przestroga, lub broń Boże kara:
To nie żarty już były i strzegła się Wiara!
I każdy musiał uledz, lub co złe poprawić,
I musiał choć raz w roku poczciwie się stawić,
I przed głową familji ze wszystkiego sprawić.


Święta w rodzinach zwykle razem obchodzono,
Ze szkół chłopców, z klasztoru panienki zwożono:
Ten przybywał z palestry, od chorągwi inny,
Czasem i kaptur ciągnął do strzechy rodzinnéj,
Bo choć uczynił śluby ubóstwa, czystości,
Nie wyrzekł się przed Bogiem poczciwéj miłości,
I ze mszą a praktyką przybywał do domu —
Czasem téż i wypadło związać ręce komu,
Lub na którym wyrostku spróbować ogórki.

Tam z żonami synowie, a z zięciami córki
Pospieszali w wigiliją imienin lub święta;
I każdy tam przytulił drugiego pisklęta —
A choć razem nie żyjąc widzieli się z rzadka,
To kiedy babka wnuczkę, panią córkę matka,
Ojciec syna, synowca obejrzał stryjaszek:
To, żeby jaka trusia, żeby jaki ptaszek,
Musiał się wyspowiadać i w skrusze osądzić,
I nie wolno tam było nikomu pobłądzić!



Tam na słabość zjeżdżały najmłodsze mężatki,
I komu nieszczęśliwie chowały się dziatki,
Oddawał tam i dzieci — a pod okiem głowy
Kwitło dziéwcze jak róża i rósł chłopak zdrowy,
Bo do siódmego roku w habitku ubrane,
I Matce Boskiéj z łzami na ofiarę dane,
Rosło i wątłe dziécię pod strzechą obronną:
I wyprosiło żywot sukienką zakonną,
Niewidziane od matki do siódmego roku;
Taka to jest moc Wiary, taka łaska w oku.
Do rady familijnéj nie każdy należał
Nawet w saméj rodzinie — lecz każdy powierzał
Po Bogu swoje losy familijnéj radzie,
A co dla jego dobra zapadło w jéj składzie,
Tego trzymał się święcie. — Rzecz nie szła na głosy,
Lecz cicho się ważyły w sercu wszystkich losy,
I jednomyślnie w końcu zapadało zdanie,
A każdy je przyjmował i dziękował za nie.


Tu się zazwyczaj wszystkie układały stadła,
Tu dzielono majątek, gdy fortuna spadła,
Starszy układał schedy, a młodszy wybiérał,
Tu młody w świat wychodząc przestrogi odbiérał:
I przed tym trybunałem musiał się znów stawić,

Gdy się krzywo kierował i źle począł bawić.
Bo i to się zdarzało.
Dola była złota.
Szabla wiecznie przy boku, do bójki ochota,
Człek za młodu trzymany surowo i bity,
Więc jak się rozparł późniéj w Rzeczypospolitéj,
To nie było fantazyi czasem i granicy,
I krzywda nie raz siadła na krzywéj szablicy.
Tak przy wolności była czasem i swawola,
Ależ był i hamulec, była starszych wola,
A kto się nie bał sejmu i sądu i króla,
Bał się tego, co z rodu miał nim prawo rządzić,
I choć bliskiego sercu potrafił osądzić.
Jeszczeć gdy się zdarzało tak po ludzku zbłądzić,
To była na to rada i ratunek w porę;
Lecz czasem szlachcic zabrnął, że aż piekło gore!
To jak dał nurka w Polsce, i słych o nim zginął —
I po latach dopiéro z klasztoru wypłynął
Gdzieś na Gdańskiém Pomorzu, albo téż na Żmudzi.
Słuchasz, patrzysz, poznajesz, czy cię oko łudzi?
A on misyą odprawia i nawraca ludzi!


„A któż Waści nawrócił?”
„Miłosierdzie Boga!
Wstyd com zrobił rodzinie, i wskazana droga
Za radą familijną.....”

Czasem gdy nie było
W sercu takiéj pokory, a złe się zbroiło,
Trzeba było na Kudak szlachcica wyprawić,
Aby mógł się do woli szabelką zabawić
I krwią własną to obmył, co szablą nabroił;
A że nikt w ciepłe czapki wartołbów nie stroił,
Dano mu tylko konia, kulbakę i szablę,
I krzyż na cztéry wiatry! „Ruszaj Panie djable!...”

Cóż Wasze na to powiesz? często się zdarzało,
Że sie taki banita okrył jeszcze chwałą;
A ten, co bywał w kraju ludziom niebezpieczny,
Gdy między łotrów popadł, jak prałat stateczny!
Pilnował się chorągwi, i tam w obec wroga
I z sumieniem się spotkał, i z bojaźnią Boga,
A gdy o nim i jego sprawkach zapomniano,
I od kresów dzielnego rycerza witano...
Słuchasz, patrzysz, poznajesz, czy cię oko łudzi?
A on już i chorągiew, i zaciężnych ludzi,
I listy ma od Króla i łaskę Hetmana,
Ba, nawet i Starostwo, i wyszedł na pana;
I krócéj jeszcze trzymał bractwo na posadzie,
I najsurowszym bywał w familijnéj radzie....

Kiedy dom był zamożny — łatwo było dzielić,
I obdarzać się wzajem i społem weselić,
Łatwo było zarządzić, gdzie było dostatnio.
Wiedziano jednak o tém, że nie samą radą
Stoi człowiek na świecie, lecz pomocą bratnią,
Że trzeba podać rękę i wspiérać gromadą
Chudobniejszych przy sobie i stawić na nogi,
Ztąd i dom podupadły i człowiek ubogi
Znajdował bratnią miłość i pomoc w przygodzie,
I nie było sieroty w tak wielkim Narodzie!

Bo żeby dźwignąć człeka, nie wiele potrzeba,
Trochę miłości w sercu, trochę łaski nieba,
I nigdy wszyscy razem nie mogą być biedni,
Lecz zawsze i możniejsi i szczęśliwsi jedni.
A jak drugich podźwigną chudobniejszych braci,
To z Bogiem już rachunek, i on za to płaci...
Że się chlebem dzielono, więc chlebem Bóg raczył,
Mało było pieniędzy, więc człowiek coś znaczył.

A chociaż się kto nosił w jedwabiach i złocie,
Znał o tém, że najstrojniéj człowiekowi w cnocie;
A więc w dobre uczynki z cicha się sposobił,
By się tu dobréj woli, a tam nieba dobił.

Jeden stawiał kościoły, klasztory fundował,
A drugi w sercach ludzi dom sobie budował,
I nie czekał, aż wezwie ktoś jego pomocy,
Lecz przeczuł los bliźniego, i we dnie czy w nocy
Pośpieszał na ratunek, i jak poseł Boży
Tam przybywał z pociechą, gdzie było najgorzéj.

Nie wolno nawet było tam się kryć z swym losem,
Lecz gdyś boleść twą zdradził twarzą albo głosem,
Albo rzewną modlitwą, lub płaczem w kościele,
To się zaraz znaleźli jacyś przyjaciele!
„Coto? jakto, braciszku? a czy to być może!
No, ludzie nie Tatary! Bóg jakoś pomoże!
A nie godzi się wątpić i rozpaczą grzészyć,
Bo kiedy świat zasmuci. Bóg może pocieszyć!”
I kiedy strapionego wzięli między siebie,
I rada się znalazła i pomoc w potrzebie,
I zdrowie gdzieś wróciło, zfolgował wierzyciel,
Bo się znalazł dobrodziéj, znalazł i ręczyciel;
A gdy wielu tak radzi, by jeden nie zginął —
Musiał w los swój uwierzyć i jeszcze wypłynął.

Czasem znowu człowieka skrzywdzono na sławie,
I nie było sposobu oczyścić się w sprawie,
Bo adwersarz był mocny, dowodów nie było
Poparcia niewinności, a partya szła siłą,
I kalumnią rzuciwszy wyzuła z własności:
To szlachcic jak przypuścił do serca żałości,
Jak się zagryzł i zwątpił w tak ciężkim frasunku —

Nie pomogła i żona i topił się w trunku.
Bo i jakże się bronić w sprawie tak dotkliwéj,
Wystąpże tu przed światem, i mów żeś poczciwy,
Jak gdyby cię nikt nie znał, jak gdybyś spadł z nieba,
Jak gdybyś z ludźmi razem nie był jadał chleba?

Cóż Wasze na to powiesz? ot znalazł się taki,
Ni znany, ni proszony, co wpadł na poszlaki,
I po nitce do kłębka, póty jeździł, pytał,
Aż gdzieś i wszystkie akta i świadków pochwytał,
I grosza i fatygi i zdrowia nie skąpił,
Aż z jasnémi jak słońce dowody wystąpił
W obronie niewinności, i ciął jak bałatem,
I cnotę pognębioną oczyścił przed światem.
Ty chcesz mu do nóg upaść, a on gdzieś już w domu,
I nie było już nawet podziękować komu....

Jeżeli cześć się w życiu oddawała cnocie,
To nieszczęście poczczono w wdowie i sierocie.
„Wdowa!” To słowo było pobudką czułości,
I jak we łzach się zléwa żal wszystkich żałości,
Tak w tym słowie leżała serdeczna wymowa,
I było to zaklęciem, gdy kto wyrzekł „Wdowa!”
Wdowie w pomoc pośpieszyć — nie było zasługą,
Bo z jéj błogosławieństwem biegło szczęście strugą,
Ale wdowę ucisnąć, to więcéj niż zbrodnia,
I już za życia w sercu piekielna pochodnia.

Tak samo téż wierzono, że gdzie jest siérota,
Tam chleba nie zabraknie, choć nie będzie złota.
I takiemu domowi Pan Bóg błogosławi,
Go siérotę ode drzwi swoich nie odprawi,
Lecz do serca przytuli, podjąwszy od proga,
I nauczy miłości i bojaźni Boga!

Czasem toś nie rozeznał nawet po pieszczocie,
Które dziécię przybrane, a które jest matki, —
Bo się razem chowały i karmiły dziatki,
A gdy któremu dodać — to chyba sierocie.




Lecz gdzież to ja odbiegłem, ho, ho, ho, Mosanie!
Nie o tém miałem mówić Ci moje kochanie!
Wy dziś rozumu głodni, więc powiem o człeku,
Najsławniejszym z rozumu za mojego wieku!





Na podgórzu Sanockiem jest dom starożytny;
Klejnotem Rogalitów, przodkami zaszczytny;
Z Wielkiéj Polski on wyszedł z sławnego Siecina,
A od Krasic w Przemyskiém Krasickich rodzina,
Jak dzielnica osobna, swe imię przybrała,
I od zajęcia Rusi tutaj siadywała.

Nie łakoma na ziemie, ani na zaszczyty,
Żyła cicho w zakonie Rzeczypospolitéj ,
I nie w górę, jak mówią, ale w szérz się niosła,
Choć z każdém pokoleniem we czci ludzkiéj rosła:
W chorągwi do rotmistrza, na sejmie do posła,
W kościele do kanonii — a gdy dla oznaki
Z woli braci wypadło przyjąć urząd jaki.
To chyba tylko ziemski, albo powiatowy;
Taki zwyczaj od wieków był w rodzinie owéj.
Ztąd téż wielki mir miała na Podgórzu całém,
I każdy szukał związków z domem tak wspaniałym,

Co mógł o lepsze chodzić w kraju z najpiérwszemi,
A przestawał poważnie na służbie i ziemi!

Ponad Sanem leżały piękne jego włości
Od Przemyśla po Dynów — i téj zamożności,
Jaka w tym domu była, szukać dziś szeroko:
Był to w rzeczy dom pański, choć szlachcic na oko;
I każdy téż Krasicki umiał trzymać miarę
Za domem — a w domu obyczaje stare.
Za mojéj już pamięci w Dubiecku mieszkali,
Ale zawsze téż same zwyczaje chowali.
Każdy z nich był myśliwy i do szabli sprawny,
Każdy miał sławne konie, i był jeździec sławny.
Wino jeszcze po dziadku — serce jak na dłoni,
Bratnia pomoc każdemu i gościnność wszelka,
W każdym miłość Ojczyzny i Kościoła wielka;
Lecz nikt nie jest bez „Ale“, in Venerem proni,
Krew Mospanie nie woda! to też czasem z młodu
I koń lubi ponosić dzielnego zawodu....

Za to tem poważniejsze były ich matrony,
Bo cnota jak u Świętych, blask jak od korony!

Jest tradycya o jednej z tych Krasickich rodu,
Co piękna jako zorza, weszła w świat za młodu.
Jasiek z Nowego-Miasta był ją wziął za żonę,
Lecz ledwo, że ją pojął — aż tu na obronę
Ruszyć musiał — bo Tatar pustoszył Podgórze.
Ruszył więc Jasiek w pole — a tu jego Różę
Porwali mu Tatary z Zamku w Nowem Mieście,
I nie było i śladu po pięknéj niewieście....
Mąż bieden po téj stracie Bogu się ukorzył,
Pieszo poszedł do Rzymu i tam śluby złożył:
Że nie da krwi szlachetnej zaginąć sromotnie,

Ale wybawi żonę, lub też sam ochotnie
Legnie w boju z pogany!“ — Więc siadł i popłynął
Na okręcie do Malty i słych o nim zginął...

W Nowem-Mieście tymczasem, gdy nie było rady,
Same sobą rządziły Jaśkowe gromady ;
I pług chodził po polu, i statek do Gdańska,
Jakby wszystkim rządziła jeszcze wola pańska,
Tak rządzili i wójcia, i mieszczanie w mieście, —
Lecz gdy po kilku leciech krewni chcieli wreszcie
Podzielić się fortuną, bo Jasiek nie wraca,
Rzekły chłopy: „Nie damy! bo to pańska praca,
A Pan żyje i wróci do ludzi i roli:
Bo gdy krwi katolickiej broni od niewoli,
To Bóg mu dopomoże! Nie damy! Nie damy!“
I wyparli zajazdy i zamknęli bramy.
Kiedy później się w grodzie wytoczyła sprawa,
Wójcia zawsze tak samo: „Kto wie, że nie żyje,
Niech tu przed Chrystem Panem do przysięgi stawa,
Jeśli nie — to oddamy, prędzej chyba szyję,
Niż dobro od samego Boga nam zwierzone!“
I nie było co mówić na taką obronę....

Siedem lat upłynęło — aż siódmego roku
Wraca Jasiek samotrzeć — a przy jego boku
Jedzie Pani zakryta na tureckim koniu —
Było to w dzień niedzielny, i na miejskiém błoniu
Poznał lud swych dziedziców — a więc zadzwoniono,
I cechy z chorągwiami, ksiądz z wodą święconą
Wychodzi na spotkanie — a oni oboje
Krzyżem padli przed drzwiami farnego kościoła,
I w prochu tak pokornie zanurzyli czoła,
Że lud wszystek skruszony wylewał łez zdroje....
A kiedy po Mszy Świętéj lud ich odprowadził,

I w zamkowym dziedzińcu poczciwie posadził,
Przyszli wójcia poważnie i złożyli karby,
A mieszczanie odnieśli uzbierane skarby:
„Tyś w świecie zrobił swoje, a my doma swoje,
Oto zamek i złoto, bierz Panie co Twoje!“
Płakał Jasiek — płakali i młodzi i starzy,
Ale Pani nikomu nie odkryła twarzy —
I nikt już więcej z ludzi nie widział jej lica.
Bo do klasztoru poszła piękna pokutnica
Napróżno ją zwracali rodzice i krewni,
Napróżno mąż miłości błagał jak najrzewniej,
Napróżno nawet Kościół podawał pociechy,
„Złe to swaty — mówiła — do małżeństwa grzechy!
I nie szczęścia nam pono, ni miłości trzeba,
Ale dla mnie pokuty — jemu łaski nieba!
A gdy Bóg nas z jassyru i z hańby wybawił,
I znów w łasce Kościoła, jak w domu postawił,
To widać po nas żąda ofiary w tym progu,
I chce, byśmy oddali resztę dni już Bogu.
O, nie dla mnie to szczęście, co świeciło z młodu,
Jam niegodna być matką rycerskiego rodu!“
 
I poszła do klasztoru. — I niktby nie wiedział
Był o losach obojga, nawet w samym rodzie,
Gdyby giermek ich losów nie był opowiedział,
Co lat siedem przebywał z rycerzem na Wschodzie.
Gdy do Malty przybyli, przez księży znać dano,
Ze Panią do Stambułu w jassyr zaprzedano,
I że biedna w stambulskim seraju zostaje;
A więc z posłem Maltańskim Jasiek zbrojno staje
Przed obliczem Sułtana, i okup przynosi
I o wydanie żony z poczciwością prosi.

Na to Sułtan mu rzecze: — Daj w okup szablicę! —
Rycerz oddał mu szablę: — Teraz daj prawicę! —
Rycerz myślał, że żonę okupi przez mękę,
I jakby na ucięcie wyciągnął mu rękę!
Na to Sułtan się wzdrygnął: — „Daj mi na obronę
Na lat siedem prawicę, a wydam ci żonę!“
— „A dotrzymasz?“ — „Dotrzymam!“ i wezwał
Proroka.
— „To i ja łaski nieba przyzywam z wysoka,
Że ci oddam i szablę i prawicę moją,
Bylem z krzyżem nie walczył poświęconą zbroją.“ —
— „Więc rokosze poskramiać będzie twoje dzieło!“
— „A to będę ci wiernym!“ — i na tém stanęło.

I Jasiek przez lat siedem niósł mord i pożogi,
W kraju buntu jak janczar, jako tygrys srogi,
I tyle grodów spalił i pogan wytępił,
Że mu się przy tej pracy w końcu duch zasępił.
A o tej sławie żona słuchając w seraju,
Nie pragnęła już szczęścia wróciwszy do kraju,
Lecz poszła do klasztoru.

Jasiek złożył zbroję,
I wójtom znów na powrót oddał włości swoje —
Wdział habit trynitarski i zawsze w lat parę
Powracał znów do domu, i niósł na ofiarę,
Co wójcia uzbierali, w chrześciańskiej miłości,
I wykupywał jeńców do późnej starości.

Ale znowu odbiegłem dawszy sercu wodze,
Bom miał mówić o sławnych, a na świętych schodzę.
Z tego domu Krasickich jak gwiazda wypłynął
Mąż wielki, co w narodzie i świecie zasłynął.
I może to w nagrodę przodków pobożności

Dom ten za moich czasów doszedł tej świetności,
Że i mitrą książęcą okrył klejnot stary,
I Ojczyźnie dał męża, co rzadkiemi dary
W narodzie i w senacie jak gwiazda zaświecił,
I pięknie narodowi własny dom polecił....

Chyba Jan Kochanowski, za swojego czasu,
Gdy ranną pieśń wyśpiewał od Czarnego-Lasu,
Miał równą sławę w Polsce, i tak wdzięczne chęci
Jako Biskup Warmieński za mojéj pamięci.

W każdym domu i w mieście i w każdym klasztorze,
I w najmniejszym zaścianku, i w największym dworze
Znalazłeś jego książkę i każdy ją chwytał,
Gniewał się lub podziwiał, ale każdy czytał.
Ten przytaczał satyry, a ów bajki gadał,
I nie było człowieka, coby nie przepadał
„Za nowalią Warmieńską“, bo tak wówczas zwano
Owe rytmy, co w kolej sobie podawano
Od Warmii w całéj Litwie i w całéj Koronie,
Aż doszły w końcu nawet szlachty na zagonie.

I nie można już było ni piękniej zaświecić,
I na dworze, choć pańskim, lepiej się polecić,
Jak gdy szlachcic potrafił podać wiersz stosownie,
Lub z okazyi przytoczyć bajeczkę wymownie.
Ztąd kiedy w szkołach jeszcze groziła mu kara,
Nie uczył się tak pilnie człek nawet Alwara,
Jak tych wierszy się uczył prawdą wyzłacanych,
Z dowcipu i z piękności wszędzie pożądanych:
„Satyra mówi prawdę, względów się wyrzeka,“
A prawda kole w oczy, tak było od wieka.

Krzywiły się dewotki, wyrzekały mnichy,
Tłukła wiara od gniewu na ucztach kielichy,

Zmarszczył się pan nie jeden za ostre przekąsy,
Nie jeden szlachcic zgrzytnął pokręciwszy wąsy;
Lecz co prawda to prawda! za to nie ma grzechu,
A tak w końcu na poły i w gniewie i w śmiechu
Musiał przyznać to naród, że się źle tak bawić,
Że przeminął wiek złoty, że się czas poprawić.
A choć to trudno było, szczęście że tak wierzył,
I jeszcze przed pokutą w piersi się uderzył....

Książę Biskup Warmieński rzadko w Polsce bywał,
Bo na swojéj stolicy w Heilsbergu siadywał,
A choć krzesło miał w Rzeszy, a drugie w Senacie,
Nie ozwał się inaczej tylko: „Panie Bracie!“
Grzeczny, miły, dowcipny, a jak król dostojny,
Pogodny jako słońce, a jak ziemia hojny;
Choć wierszem komu przyciął, każdy to przebaczył.
Gdy się tylko pokazał, lub przemówić raczył.
A dopieroż pomyślić sobie te radości,
Gdy do ziemi rodzinnéj dworno zjechał w gości
Do Dubiecka, po latach jak do swego gniazda,
Gdzie mu jasna świeciła nad kolebką gwiazda.
Co to szczęścia tam było nad Sanem w tym dworze.
Gdy do nóg rodzicielki upadł syn w pokorze,
I choć kapłan, senator, płakał jako dziecię,
I o tem tylko wiedział, że mu dała życie.
Z Świętej Lipki Warmieńskiej przywiózł matce dary,
A bratu złożył sygnet od Papieża stary,
Co się przeszło lat tysiąc przespał w rzymskim grobie,
Aż go znowu jak klejnot wzięto ku ozdobie.
A jak trafił w myśl matki, dawszy jej świętości,
Jako bratu dogodził pamiątką rzadkości.
Tak każdemu z kolei dary obrać umiał,
I każdego i chęci i myśl wyrozumiał.
A nawet stare sługi wzięły po gościńcu,

Kiedy pod starą lipą zasiadł znów w dziedzińcu,
Gdzie niegdyś u stóp matki igrał jako dziecię.

Są i miejsca, i drzewa lak szacowne w świecie,
Które tylko w miłości człek ocenić zdoła,
Kiedy w pamięć wspomnienia młodości przywoła.
Na dziedzińcu zamkowym stara lipa stała.
Co od kilku już wieków tu orędowała,
I połowa téj lipy kryła dworzec stary,
A druga nad dziedzińcem trzymała konary,
Błogosławiąc swym cieniem i chłodem dziedzinie,
I tym bogom domowym i wszystkiéj drużynie.
Po trzech stronach dziedzińca ciągnęły się mury,
Z czwartej ku południowi opadał brzeg z góry,
A u stopy urwiska San się wężem zwinął,
I w tę stronę po błoniach wzrok daleko płynął,
Aż się trącił o góry i lasy bukowe,
Sanowe wybrzeża i debry świerkowe.

Gdyś wjechał na dziedziniec, toś pod lipy cieniem
Ujrzał się już do razu jakby pod sklepieniem;
A ta jedyna lipa za cały las stała,
połowę dziedzińca prawie ocieniała;
A że wyżej nad drzewa okolicy wzrosła,
I poważnie ku niebu swe czoło podniosła,
Panując i nad zamkiem i całą przestrzenią,
Ztąd w całéj okolicy nazwano ją: „Ksienią“.

Kto Krasickich Dubiecko, ten znał już i Ksienię,
I w dziedzińcu zamkowym zielone podsienie,
Gdzie całym pokoleniom wiek swobodnie spływał,
I pod którem przez lato cały dom siadywał.

Tu stawały powozy i wierzchowe konie.
Tu się po polowaniu wystrzelały bronie,

A po łowach szczęśliwych, gdy wiele nabito,
Opatrując zwierzynę tu na trupa pito;
Tutaj konie rankami przejeżdżał koniuszy.
Tu słowik z po nad Sanu przemawiał do duszy,
I tu obiady letnie, śniadania wiosenne.
Tu powitania gościa i tutaj strzemienne,
A gdy gospodarz zaklął: — „Czy nie wstyd ci Ksieni?“
Toś i z konia zsiąść musiał i wejść znów do sieni.

Ksienia była i domem i niby osobą,
I dla wszystkich przytułkiem, wszystkiemu ozdobą,
I sub umbra jéj skrzydeł jak w arce Noego,
Chowało się nie mało stworzenia Bożego.

W pniu jéj żyła ukryta i kuna i łaska,
Którą stary kredencerz chwytał na żelazka;
Na jéj jednym konarze od strony ogrodu
Siadywały pod wieczór zwykle wszystkie pawie,
A na drugim, co wybiegł daleko od wschodu
I wygiął się ku słońcu aż kabłąkiem prawie.
Stało kilka pni starych, na pamiątkę roju,
Co tu osiadł przed laty i Ksienię przystroił,
A ile dziatek małych bywało w pokoju,
Tyle zazwyczaj rojów stary ul wyroił.
Kiedy Ksienia okwitła i pszczoła zagrała.
To już i woń i lubość taka uderzała.
Że żal było i odejść z ciemnego podsienia,
I na ów czas mawiano: „że się modli Ksienia.“
A gdy puszczyk się ozwał na niej nocną porą.
Co gdzieś w suchym konarze miał gniazdo pod korą.
To całemu domowi za wyrocznią służył,
Bo dzieciom kolebeczki, starym trumny wróżył.

Wiewióreczki lubiła sama Pani domu;
Więc gdy wiewiórkę chwycić zdarzyło się komu,

Przynosił ją do zamku — a ułaskawiona
Żyła sobie na lipie z rąk codzień żywiona.
Ztąd cały rój wiewiórek pląsał w cieniu Ksieni,
I miło było spojrzeć w górę po zieleni;
Bo żeby jakie człeka ogarnęły smutki,
To gdy usiadł pod drzewem i patrzył na pląsy,
Które nad nim stroiły zwinne bałamutki,
Musiał się rozweselić i pokręcić wąsy.

Znał Jegomość ten sekret do wiewiórczéj rzeszy,
Wiedział jako się Pani tą chudobą cieszy,
To téż nie raz ją straszył témi wiewiórkami;
I kiedy się pod Ksienią bawił kielichami,
I dobrze podochocił sobie z przyjacioły,
A wiewiórki zbiegały na kamienne stoły,
To Jegomość do Pani: „Hej rybko! Aniele!
A podaj Wasze korek, bo w wiewiórkę strzelę,“
I nie było już rady w ów czas na psotnika,
I musiała nastawić korek od trzewika;
A jak Jegomość strzelił, to na włos nie chybił,
I korek z pod trzewiczka przy nóżeczce wybił....

Kiedy w końcu Listopad Ksienię obrał z wieńca,
I dzieci do pokoju zapędził z dziedzińca,
To bolały serdecznie wyglądając z sieni:
„O jakże to tam zimno! biedna nasza Ksieni!“

Jakiś związek być musi między poetami,
A pomiędzy staremi polskiemi drzewami!
Kto nie zna owéj lipy od Gzarnego-Lasu,
Pod którą Kochanowski zażył tyle wczasu?
Wszakże każdy z poetów wznawiał pamięć miłą
Owej lipy w Narodzie, a iluż ich było?
Lecz mało kio wie o tém, że polska Safona,

Że Drużbacka z swych rytmów szeroko sławiona,
Była z domem Krasickich związki połączona,
I znała dawniéj Ksienię niż poetów Książę;
A z Drużbackiéj czasami wspomnienie się wiąże
Wielkiego Konarskiego, co w dziejach zasłynął,
I z téj ziemi Sanockiéj, jak z orlego gniazda,
By fenix odrodzony w Ojczyźnie wypłynął,
I zaświécił na niebie jako Boża gwiazda.
I mało kto pamięta — że on tu siady wiał,
I że z młodym poetą w tym cieniu rozmawiał;
I mało kto pamięta, że tu się zabawiał
I Franciszek Karpiński, co tu także bywał,
I pod cieniem téj Ksieni Leonorze śpiéwał....
A gdzie tyle miłości martwe drzewa miały.
Jakże dopiéro serca tam się wyléwały!

Kiedy Biskup Warmieński do Dubiecka zjechał,
I do Sanockiéj ziemi wdzięcznie się uśmiéchał,
Wieść ta i wszystkie serca i dwory zaległa,
I w całém województwie nagle się rozbiegła;
Bo to, odkąd w Sanockiém San wywinął węża,
Nie było sławniejszego z téj ziemi już męża.
A do tego dygnitarz w duchownym Senacie!
Więc każdy sobie mówił: — „Jedźmy Panie Bracie,
Bo to zaszczyt Ojczyzny, ziemi naszéj chwała,
A niechże zna i Rzesza i Korona cała,
Że umiemy to poczcić, co światu poczciwe,
I umiemy to kochać, co jest miłościwe!“

Więc viritim téż szlachta na konia usiadła,
I jak gdyby na sejmik do Dubiecka spadła.

Gęsta ręka Mosanie! Stawaj gdzie kto może....
Kto domowi był bliższym, mieścił się we dworze,

Ba daléj i za dworem, gdzie kto mógł po mieście
I na obu probostwach i wikaryach obu,
I u mieszczan dubieckich i u żydów wreszcie,
A był taki, co przespał nawet koło żłobu.

Gospodarz wszystkich równo przyjmował i witał;
A gdy Biskup każdego ścisnął i wypytał
przyjaciół i krewnych, o żonę i dzieci,
To chociaż na czcze serce, łza już w oku świéci;
A choć szlachcic z językiem, zabrakło mu słowa,
płaczem się kończyła serdeczna rozmowa.

W ślady szlachty dopiéro z daleka i z bliska
Ściągały się świéczniki przy pomocy Bożéj:
A więc Pan Wojewoda Ossoliński z Liska,
Ba, daléj z Baligroda Pan Bal Podkomorzy,
I Biskupi Przemyscy i Pan Mniszech z Laszek,
Więc nie brakło prezencyi, zabaw i igraszek.

Niby pokój miasteczko było umiecione,
Wszystkie domy, jak z płatka czysto wybielone,
A podsienia i izby kobiercem zasłane,
A pogoda prześliczna! a panie cacane!
W każdym domu możniejszym i stół i kapela,
I przyjęcie od serca i kupsko wesela!

Zjazd był nie pamiętany — a przytém ład wszelki,
Jakby wszystkiém kierował sam Marszałek Wielki;
Ależ bo każdy z panów ludzi dobrać umiał:
Że świat, Korona Polska i San się zadumiał.

We dworze marszałkował sławny Morelowski,
I szło mu to tak gładko, bez trudu i troski,
Jak gdyby w dzień powszedni przyszło stół zastawić,

I zarządzić piwnicą i gości zabawić.
A w mieście, gdzie z swym dworem stanął Ossoliński,
Na ten raz marszałkował Łowczyc Garwoliński,
Człowiek bardzo przytomny, poważnie obrotny,
I w usłudze dla braci nad wszystko ochotny.
Był także i marszałek Biskupa, Boznański,
Ale on już zostawał przy osobie pańskiéj,
Gdy Książę Biskup gości witał lub przyjmował;
Lecz na wszystkich wycieczkach zabawą kierował.

Tak rozrządzało wszystkiem trzech marszałków zdanie,
I wszystko codzień było na ich zawołanie,
Więc i konie i służba, kucharz i czeladka,
I wszystko poszło gładko, jak wywinął z płatka.

Książę Biskup miał w zamku codzień mszą poranną
Przed relikwiarzem matki i Najświętszą Panną,
Co od wieków słynęła w tym domu łaskami,
I na téj mszy bywali tylko krewni sami.
Po mszy wracał do siebie — i trzy godzin prawie
W ciszy innéj zupełnie poświęcał zabawie:
Bo albo listy pisał, lub wiérsze dyktował,
Gdy go szatny ubiérał a fryzyer pudrował.
Potém czytał mu lektor — a gdy czas dobiegał,
Marszałek o przybyciu Biskupa ostrzegał,
A kiedy się odbyło krótkie powitanie,
Dla samego Biskupa dawano śniadanie.

Potém się poczynały ranne odwiedziny;
Książę Biskup obchodził do koła mieściny,
I tu stanął przed drzwiami, tam w okno zapukał,
Każdemu coś powiedział, każdego odszukał:
A kiedy z każdą chwilą zwiększało się grono,

I z kolei już wszystkie domy odwiedzono,
To zabiégał ktoś drogę niby niespodzianie,
I do siebie zapraszał wszystkich na śniadanie.

Z kolei więc śniadania, z kolei obiady,
Z kolei szły wieczerze i szumne biesiady,
Podwieczorki w gaiku i podkórki w mieście,
I przejażdżki w sąsiedztwa i po Sanie wreszcie.
Przesadzały się dwory w polskiéj gościnności;
A co trzeci dzień zwykle przyjmował dwór gości.

Raz gdy wszyscy wieczorem byli zgromadzeni
Na dziedzińcu zamkowym, pod skrzydłami Ksieni,
I przy swietle kagańców trwała w noc biesiada.
Błysła tysiącznych świateł na Sanie gromada...
I od gór, kędy rzéka na błonia wychodzi
Aż po zamek Dubiecki, gdzie się kręto zwija,
Stanął San jednéj chwili w kagańców powodzi,
I przeciągnął się nocą jak ognista żmija,
I w téjże saméj chwili na połaci całéj
Wszystkie góry tysiącem ognisk zagorzały.

Nie sztuka mięć Sobótkę gdzieś o Świętym Janie,
Ale miejże Sobótkę tak na zawołanie;
Więc każdy się zadziwił: „A to okazałe!
A to cuda! to dziwy! — a to już wspaniałe!“

„Ej zbytki Panie Bracie! to nie po naszemu!“
Rzekł z cicha Książę Biskup Panu Antoniemu;
Ale brat go upewnił, że nie jego dzieło,
I że nie wié, skąd wszystko tak cudem się wzięło.
A ztąd tém większa jeszcze radość była gości,
Bo „hic stat“ jak to mówią — już w okazałości!
Choć autor anonimus, każdy mu się zdumiał,
Jeden tylko Pan Mniszech całą rzecz zrozumiał.


Bo trzeba wiedzieć o tém, że ucztę wyprawił
Przed tygodniem pan Mniszech w prześlicznym gaiku,
Na któréj Książę Biskup długo w wieczór bawił,
I gdzie było wykwintów i gości bez liku.
Gdzie i świątynię sławy wspaniale wzniesiono,
I cyfrą Cujus festum w gwiazdy oświecono,
I strzelano z moździerzy za każdym wiwatem,
Tak iż wszyscy mówili: — „Że już stało na tém!“
Ale Pan Podkomorzy był innego zdania:
A kiedy z uczty wracał, myślą się ugania,
Jakby ten cały festyn i szlachcie zohydzić,
I partyę starościńską przed światem zawstydzić:
Więc mnóstwo jeszcze szlachty zaciągnął do siebie,
I kazał podać wina, bo był coś ponury,
I jakiś taki smutny, jakby po pogrzebie,
I bał się téż o drugich, czy się nie struł który?

Lecz gdy przyszedł do siebie — (bo kazał dać natum
In Hungaria, a w Polsce bene educatum) —
To znów jakoś powrócił do fantazyi barskiéj
I rzecze Żurowskiemu: „Mój Mości Cześniku!
Z cyfrą Księcia wyjechał? to koncept kucharski.
I z klucza strzélać kazał, jakby na prażniku?
Alboż i ten monument? ani to, ni owo!
I Biskupa gdzieś w lesie trzymać z gołą głową?
Ta to Książę poetów, ozdoba Parnasu,
Jakiéj jeszcze nie było za naszego czasu,
A on poplótł mu wieńce! a z czego? z choiny!
I oświecił mu cyfrę i trochę grabiny? —

„Otóż Panowie bracia! czas honor ocalić,
A kiedy światłem mamy lumen terrae chwalić,
To niech je każda góra Sobótką pochwali,
A że ziemia Sanocka, to niech San się pali!“


„Dobrze! — krzyknął Żurowski — to myśl wyśmienita!
Damy sto beczek smoły, a z Starostą kwita!“
I jak się kilku szlachty z cicha zawinęło,
To i sto beczek smolnych gdzieś się w punkcie wzięło,
I ktoś wszystkiém zarządził, w punkcie pozapalał,
I tysiącem kagańców cały San się zalał,
I rozgorzały góry do razu jednego,
Od saméj Nienadowy aż hen do Winnego!
A gdy rzecz się wykryła, sprawa bardzo prosta:
Że Pan Bal poszedł w górę, a na dół Starosta!

Nie dopieroć to obu ważyły się szale,
I oddawna miał jeden na drugiego: — „Ale!“
Pan Mniszech był pan wielki, a więc szedł zuchwale,
Jednak Bala w Sanockiém ruszyć, to nie żarty!
Więc téż nigdy nie przyszło do wojny otwartéj.

„Co Mniszech, to Starosta — co Bal, Podkomorzy!“
Takie było przysłowie już w Sanockiéj Ziemi:
Mniszchowie Starostami, a Podkomorzymi
Byli z rodu Balowie, i było nie zgorzéj;
Bo taka panowała w całej ziemi zgoda:
Że gdy bracia bywało na sejmik przybędzie,
To jak gdyby na Sanie przybiérała woda.
Wszystko za nic, a górą Sanoczanie wszędzie!
I Sieniawszczyznę nie raz czapkami nakryli,
I do domu z tryumfem zawsze powrócili.

Lecz potrzeba nieszczęścia, że dla sprawy małéj
Waśń się wielka zrobiła i to w Ziemi całéj.
Podkomorzy miał serce i potężną głowę
I, gdyby Jan Chryzostom, tak piękną wymowę!
Nigdy on się w doborze słowa nie omylił,

Lecz gdy imię Starosty wymówić się silił,
To choć sam się poprawiał, sam sobie przerywał,
Nigdy inaczéj MniszCHA, jak MniszKIEM nazywał.

Więc się gniéwał Starosta, brać Mniszcha za Mniszka!
„Ej mości Podkomorzy! to nie Cet i Liszka!
Tak na chybił i trafił ludzi chrzcić nie wolno!“
I miał to za złą wolę i sprawę swawolną.

Bo Mniszek, dobry szlachcic, ale téż nic więcéj!
Był chorążym Przemyskim, miał do stu tysięcy
Przeszło rocznéj intraty — więc pił i polował,
I dworzec w Kresowicach z pańska odbudował;
Ale gdzie mu do Mniszcha! Mniszchi to panowie,
Biskupi, Kasztelani, i Wojewodowie,
Rodzina co się w krzesłach tylko przesiadała,
I gdzieś od Wandalinów swój początek brała;
A drzewo tego domu, antenatów chmura!
I herb własny, a w herbie sławne: „pawie pióra“
Co to od ich pamiątki poszły w Polsce pawie,
Że dziś już w każdym dworze chowają się prawie.

A Pan Starosta Mniszech miał klucze i grody,
W prostej linii potomek Pana Wojewody Sandomiérskiego,
Korybut po kądzieli, a Carowa w rodzie,
A Wiszniowiec, to tylko, jak gdyby w odwodzie,
A jaki zamek w Laszkach!
Mniszek mu jak piłka!
Więc bardzo mu nie miłą była ta omyłka,
I często Pana Bala z téj racyi napadał;
A chociaż Podkomorzy nie raz mu się składał,
I protestował Bogiem w największéj pokorze,
Że to ani zła wola, ani żadna stronność,

Lecz że tego „CHA“ nigdy wymówić nie może,
Bo ma i szyję krótką, apopleksyi skłonność,
To, choćby chciał najszczérzéj, gardła nie przymusi,
I przy Staroście Mniszchu tylko się zakrztusi:
Nie wierzył mu Starosta z swoją partyą całą,
Aby szlachetne imię z gardła wyjść nie chciało!

A jak skoro raz tylko przyszło do zadarcia,
Nie trudno późniéj było i o dalsze starcia;
I stanęły dwie partye na przeciwko siebie,
I już siły nie było nawet i w potrzebie,
Gdy jednych Podkomorzy, drugich wiódł Starosta.
To jak na sejmik spadną i narobią krzyku.
Słabsi od trzeciéj partyi — a ztąd i rzecz prosta,
Że brała Sieniawszczyzna górę na sejmiku,
I już z Sądowéj Wiszni, jakby po pogrzebie.
Smutno Sanocka Ziemia wracała do siebie.

Wiedział o tém Ksiądz Biskup — i pragnął złagodzić
Ostrość partyi obudwu, a głowy pogodzić,
Tem więcéj, że przybrały już pozór surowy
Od owéj uczty w gaju i Sobótki owéj,
Tém więcéj, że już gdzieś tam przy zrazach i kaszy,
Od słowa się rzuciła szlachta do pałaszy.

Znajdował wprawdzie Biskup i skłonne umysły
Do zgody — bo oddawna łączył związek ścisły
Wiele domów z Balami, równie jak z Mniszchami,
Do takich należeli i Krasiccy sami;
Więc gdy się naruszyła owa zgoda stara,
Ciężyło to każdemu, jakby jaka kara,
Bo chcąc nie chcąc utykał człowiek na téj kości,
A zasępiajże żywot, jak poganin w złości!
Gorszyli się tém więcéj prawi tym wypadkiem.
Że téj waśni domowéj był taki gość świadkiem.


Znał to wszystko Ksiądz Biskup i na wpływ swój liczył,
Znał jaki afekt w ziemi rodzinnéj dziedziczył,
Znał, że chętnie mu każdy rękę w sprawie poda,
Ale wiedział i o tém, że prawdziwa zgoda
Nie dojdzie między szlachtą jak żywo bez paktu,
Bez bardzo solennego i jawnego aktu.

Przed wszystkiém wypadało odroczyć tę zgodę.
Wyjechał więc odwiedzić Biskupów Przemyskich,
I obiecał z powrotem być i w stronach Liskich,
I w jego rezydencyi zwiedzić Wojewodę.

Jakoż przerzadło gości z odjazdem Biskupa;
Z Podkomorzym ruszyła szlachty jedna kupa
Na koniach i przez działy do Sanoka prosto,
A drudzy na Dobromil ruszyli z Starostą.

Pan Mniszech wziął za żonę córkę Wojewody,
A z Ossolińską razem jego partyę dworską,
Osłabiło to bardzo partyę Podkomorską,
A tém trudniéj o tryumf, tém daléj do zgody,
Że jéj sprawy odstąpił człek dzielny i gracki
De jure et de corda — Pan Sędzia Chojnacki.

Jak się bowiem zerwała owa zgoda stara,
Zaciężyło to jemu jakby jaka kara;
A gdy z sejmiku przyszło wrócić raz i drugi,
Nie sprawiwszy niczego, to osiadł już w domu.
Usunął się od rady i wszelkiéj usługi.
„Bo wstyd, mówił, już spojrzyć nawet w oczy komu,
Kiedy was Sieniawszczyzna nakryła czapkami,
To i sejmujcie sami i kłóćcie się sami! —
Z resztą téż i podagra już człeku dokucza,

I czas wreszcie poszukać i do nieba klucza.“
Więc niby na dewocyi siadł z księdzem kwestarzem,
I skromnie się zabawiał miodem i brewiarzem.

Bo też niemało w świecie Pan Sędzia nabroił,
I nie mało ran zadał i własnych wygoił,
Bo nie w domu, lecz głównie na sejmach rej wodził,
A gdzie słowem lub szablą natarłszy ugodził,
Tam nie było repliki i nie siadła mucha.
Bo mówił jak Cycero, a rąbał od ucha.
Głos miał taki potężny, że gdy huknął w kole,
To nawet najzuchwalszy zgasł by żaczek w szkole,
A co słowem zakroił, zawsze odciął szablą;
Ale miał téż i głowę nasiekaną djablo.
Raz go nawet i z biédy wyrwały te szramy.
Bo byłby wpadł do wieży, jak do wilczéj jamy.
Lecz gdy wyrok miał dostać, przykląkł na kobiercu,
I gęsto nasiekaną głowę na stół złożył,
I rzekł do swoich sędziów: „Miejcież Boga w sercu,
Wszakże i mnie podobno Pan Bóg tak nie stworzył!“

Słowem był to człek mądry i bardzo zuchwały,
Wstrząsał rady i sejmy, wstrząsał trybunały,
Ale Pan Sędzia lubiał ramienia nadstawić
Silniejszemu — a w domu chciał się z bracią bawić.
Bawić i kochać — w domu pragnął tylko zgody:
Lecz jak Mniszech wziął córkę Pana Wojewody
I ta waśń się zrobiła — a o co, u licha?
Że Pan Bal przy Staroście zawsze się nakicha!
To się zagryzł i ruszyć nie chciał już z Strwiążyka,
I nie było dla całéj ziemi przewodnika.

Wiedział o tém Ksiądz Biskup, lecz nie wypadało
Być u Pana Sędziego, kiedy z Ziemią całą

Zerwał — i jak odludek gdzieś tam w górach siedział,
Jak gdyby o tym zjeździe w Dubiecku nie wiedział.

Ale wiedział i sędzia, że Biskup chce zgody,
I że blisko Strwiążyka pojedze do Liska;
A że droga z Chyrowa wiedzie na Strwiążyska,
Most ostatni zdjąć kazał, gdy przybrały wody,
A tak Biskup nareszcie nie miał i wyboru,
I zwrócił do Strwiążyka nie chcąc przespać w boru,
I do pana Sędziego zajechał do dworu.

„Bóg łaskawszy od ludzi mój Księże Biskupie!
Gdy witać Senatora dozwala w chałupie“. —
Tak się ozwał pan Sędzia — i łaskawe wody.
Bo na szlachcica spada zaszczyt Wojewody.

A Książę Biskup na to: Mości Mostowniczy!
Do tych wszystkich tryumfów, które waszmość liczy,
I ja tę podróż moje za wygraną daję,
Ale niech Mości Sędzio rzecz na tém nie staje;
Zgorszyłem się tém bardzo, żeś się tak odsunął,
Bo i gmach staréj zgody w naszéj ziemi runął,
I nie ma komu daléj kierować téj nawy,
A tu się będą w sejmie toczyć ważne sprawy,
I trzebaby po myśli wybrać posłów z Ziemi;
Waszmość jeden potrafisz kierować wszystkimi.
Więc jak ksiądz, syn Ojczyzny zaklinam Waszmości,
Nie daj w ziemi brać górę takiéj niesforności!

Na to Sędzia Chojnacki ze łzami powsiada:
— „Po tych słowach poznaję i ojca i dziada,
Ba i Ojca Ojczyzny, Księcia Senatora,
A że w mem sercu zawsze dla cnoty pokora,
Oddaję me usługi! — Nie mnie już do świata,

Bo przyszły na Sędziego „borsukowe lata.“
Ale w ciężkiéj potrzebie i tasak urąbie,
I jeszcześ tam od biedy i ja się potrąbię!“ —

I przyrzekł być w Dubiecku, tak go Biskup skruszył,
A Biskup w dalszą drogę do Liska wyruszył:
Senator Senatora Rzeczypospolitej
Przyjął, jako przystało w starym zamku Kmity.
A gdy Biskup powrócił — zaraz w piérwszéj chwili
Rozesłał mnogie listy w całą okolicę
Zapraszając do siebie.
„Bo gdy mi rodzice
W domu swoim przyjaciół przyjąć dozwolili,
To pragnę przed odjazdem afekt mój wyświécić,
I względom miłéj Braci wdzięcznie się polecic!“

Tak pisał Książe Biskup — a kto list przeczytał,
Ten pospieszał na ucztę z daleka i z bliska
I na dzień oznaczony w Dubiecku zawitał.
A więc Pan Wojewoda Ossoliński z Liska,
I Biskupi Przemyscy przy pomocy Bożéj,
Ba, daléj z Baligroda Pan Bal Podkomorzy,
I Pan Mniszech Starosta z pocztem okazałym,
I Panowie Stadniccy z swoim dworem całym.
„Kto ma Lisko, Niebieszczany,
Może siadać między pany,
A kto nie ma Bezka, Liska,
Dobre temu Targowiska.“
Dalej z Nowego-Tańca Jaworscy, Bruniccy,
I z Haczowa Urbańscy, z Leszczawy Humniccy,
Z za Otrytu Krajewscy, z Kosiny Prekowie,
I z Dynowa Trzeciescy, i z Hoczwi Fredrowie,
Panowie Giebułtowscy z Starych Giebułtowic,
I panowie Kraińscy gniazdem z Hermanowie,

I panowie Terleccy, starzy Liskowaccy
Od Strwiąża i Chwaniowa, — z Olszanic Zawadzcy,
Stojowscy i Bogusze i Gniewosze z Płotycz,
Łępiccy i Łebkowscy, Brześciańscy z Rybotycz,
Panowie Truskolawscy, Górscy, Niesiołowscy,
Kuniccy i Gumowscy i z Trójcy Tyszkowscy,
I panowie Załuscy, Wisłoccy, Pełkowie,
Po kądzieli Herburty, Wapowscy, Stanowie
Pospieszali w wigiliją do Dubiecka drogą,
Słowem, że z całéj ziemi nie brakło nikogo;
I jam téż w ówczas przybył tam z Drohojowskimi,
Z inną szlachtą Przemyskiéj i Samborskiéj ziemi...

Bo w odgłos tych Sanockich uczt i wspaniałości,
Przybywało i z dala co raz więcéj gości.
Tak zjechał do Dubiecka Margrabia Pińczowski,
A razem z jego dworem poczt szlachty Krakowskiéj.

Nie wiem, co tam Panowie między sobą mieli;
Lecz choć świadka nie było, wszyscy to wiedzieli,
Że Książę Biskup zimno przyjął Margrabiego.
Lecz Margrabia nikomu nie dał poznać tego,
Bo był to człowiek w dumie bardzo zatwardziały,
I rozumiał o sobie, że w Koronie całéj
Nie ma mu już równego! — więc o sobie wiecznie
I swoim rodzie tylko jak najszerzéj prawił;
A widząc, że mu Biskup schodził z drogi grzecznie,
Do pań rzucił się w końcu i dowcipy bawił.
Długo bowiem po dworach siadywał za krajem,
I tak się na zamorskich szyderstwach wyprawił,
Że i strój kusy przybrał, i obcych zwyczajem
Szydził sobie z wszystkiego, co tylko jest nasze;
I na szlachtę poczciwą patrzył bardzo z góry.
Dobrze to tam za morzem dmuchać komu w kaszę,

Lecz w Polsce djabeł nie spi — a nuż szablą który
Urwie tu Margrabiego i przytnie fryzury?

„Boję się, — mówił Biskup — o Pana Margrabię —
Do Pani Humienieckiéj — bo to i jedwabie —
Nie pomogą w Sanockiém, jak się szlachta wzburzy,
A widzę, że się bardzo coś na niego chmurzy,
Wolałbym, żeby jechał. — “

Ale Pan Margrabia
Jak narabiał dowcipem, tak daléj narabia;
A raz, to nawet z takim żarcikiem wyjechał:
„Czy wiecie, po co Biskup tu w Sanockie zjechał?
Chciał użyć na owacyach i górskim nabiale,
I do satyr ze szlachty nowe zebrać wzorki,
Bo Warmińskie lancmany nie zabawne wcale,
I znaćby ich nie warto, gdyby nie te worki
Z bitémi talarami.....“
Dowcip ten posłużył.
Że się sanocka szlachta poczęła znów składać:
Bo Pan Bal i Pan Mniszech na to się oburzył,
By o Księciu Biskupie tak lada co gadać:
I gdyby nie Chojnacki i gościnność ziemi,
To źle byłoby może z gośćmi Krakowskimi.
Bo żarcik, co się gładko w pokoju wyśliźnie,
Gdy wpadnie między szlachtę, to nie raz krwią bryźnie;
Ztąd żarty stroić z drugich bywało bezbożnie,
I szczególniéj panowie mawiali ostrożnie.

Na złe wyszedł i tutaj żarcik Margrabiowski:
Bo gdy się przemówiło ze szlachty Krakowskiéj
Kilku z szlachtą Sanocką, ruszyli do lasku,
I tam przyszło do krwawéj rozprawy o brzasku,
A pan Dyzma Terlecki, rębacz bardzo żwawy,
Obciął trzech margrabiowskich jednego po drugim,

I sam z resztą odstąpił od dalszej rozprawy,
I zacichano sprawę, choć krew biegła strugiem.

Lecz gdy szlachta Krakowska wróciła do miasta,
Podpiwszy przy śniadaniu krzyknęli: „Nie basta!
Co nas tu jest z kolei, każdy bić się będzie!“
A jeden tak się bardzo posunął w zapędzie,
Że do razu na rynek przez okno wyskoczył,
A jak wściekły z Terleckim ściął się na pałasze:
Więc z podsieni i z domów kto tylko ich zoczył,
Biegł pędem na ratunek i krzyczał: „Stój Wasze!“
Ale oni się rąbią i żaden nie słucha,
Bo gracz trafił na gracza i zuch popadł zucha.
W tém gdy rozruch i wrzawa coraz bardziéj wzrasta,
Wjeżdża Sędzia Chojnacki, jak na to do miasta,
I roztrącił tłum koniem i zawołał: „Basta!!! —
Basta Panowie Bracia, proszę bez urazy!“
I jak w obiedwie strony ciął z konia dwa razy,
To jednemu kord obciął nad samém ujęciem,
A drugiemu wytrącił aż na dach za cięciem,
I jakby nic nie było, jakby zbył wszystkiego,
„Witam!!!“ krzyknął ochoczo do koła całego.

Tu go dopiéro wszyscy do razu poznali,
I podjąwszy go z konia sobie podawali.
„A popiołu na nogi! — a wody święconéj!
A czapeczki czerwonéj! wszystkośmy tu mieli,
Złoto, srébro, widzieli mitry i korony,
A nie widzieli jeszcze tu Pana Sędziego,
A dobrodzieja! Ojca! — a Pana naszego!
I tak każdy go ściskał i chwytał i pytał,
A on nawzajem wszystkich z serdecznością witał,
I kazał do Biskupa prowadzić się wreszcie;
Lecz nim odszedł, powiada tak Garwolińskiemu:

„A mój mości Łowczycu, ufam sercu twemu,
Że wysłuchasz mej prośby: patrz Wasze po mieście,
Niech mi tu będzie cicho, i od szabli wara!
Bo do Sanockiéj Ziemi wraca zgoda stara.“ —
Tak się począł dzień uczty — i każdy się bawił
U przyjaciół lub krewnych, po dworkach i wmieście.
Aż gdy pora obiadu nadeszła nareszcie,
Wyjechał Pan Marszałek na koniu wspaniale,
I objechał po rynku w koło okazale,
I oświadczył całemu rycerskiemu kołu:
Ze Ksiądz Biskup Warmiński zaprasza do stołu.

Gdyśmy weszli poważnie w dziedziniec zamkowy,
Był już stół zastawiony we cztéry podkowy,
I Książę Biskup witał z zielonych podsieni,
A każdy znalazł miejsce w cieniu staréj Ksieni.

Podług wieku i stanu, zasług i godności,
Sadowił Pan Marszałek w koło stołu gości,
I z razu szła rozmowa poważna i cicha,
Ze poważniéj nie bywa przy królewskim stole;
Lecz gdy Biskup nareszcie kazał dać kielicha,
Szły porządnie, jak zwyczaj w senatorskim kole.
„Najjaśniejszego Pana!“ najprzód pito zdrowie,
A następnie z kolei, gdy król nie miał żony,
Więc tych zdrowie wypito „co warte korony!“
Potém wniósł Wojewoda — „od serca Panowie
Duchownego Senatu!“ i Biskup dziękował.
Potém znowu Ksiądz Biskup zdrowie konferował
Już na cześć Wojewody — „Świeckiego Senatu!“
A Wojewoda wzajem skłonił Panu Bratu
Potém — „Zdrowie Hetmańskie i Rycérskie koło!“ —
Gdy obeszło koleją, było już wesoło,
I już tylko jednego brakło do pełności,

W którém wszystkie serdeczne łączą się miłości,
I po którém już w duszy szeroko i polno,
I nawet przy królewskim stole mówić wolno:
„Et post Sex,
Nulla lex!“
Lecz po piątym kielichu Biskup zasystował,
I widać, że z umysłu na później go chował.

Czy trafem, czy z umysłu? nikt o tém nie wiedział,
Dość, że Sędzia naprzeciw Biskupa tam siedział,
Gdzie stoły były z sobą w podkowę złączone,
I dokąd oczy wszystkich były obrócone.

Oprócz pięciu kielichów, co obeszły bacznie,
Wysłał jeszcze Marszałek — „Karzełka“ — nieznacznie.
Był to kieliszek niski, lecz taki pękaty,
Że go na dziewosłęba brać tylko we swaty,
Bo chociaż niepozorny i niby nie wielki,
Toś ledwo trzy obdzielił z pękatéj butelki;
Znał Marszałek tę cnotę i w niemego gońca
Puścił go w długą koléj od szarego końca,
I tak doszedł nareszcie w sąsiedztwo Sędziego.
„A bierz-że Mości Sędzio, niechaj się nie biedzę!“
Na to Sędzia: Głos słyszę, osoby nie widzę!
Jakież drowie? — Co jakie! — Książę Biskup pyta, —
Pij Mości Sędzio do mnie, ot i będzie kwita! —
I śmiech się nagle rozszedł wesoły po stole,
I Karzełek cichaczem obszedł w całém Kole,
A każdy wypił gładko i nikt się nie żalił,
I każdy myśl chwalebną Marszałka pochwalił.

Kiedy wrzawa nadstała, rzekł Biskup Sędziemu:
Pomówmy Mości Sędzio teraz po szczeremu!

Wszak in vino veritas! czym nie mówił słusznie,
Że tu wszyscy Waszmości pragną widzieć dusznie?
Wszak gdy zdrowie rycerskie z kolei wypito,
To każdy na Sędziego miał oczy zwrócone,
I w oczach łzę przyjaźni dla serca nie skrytą,
I w piersiach wdzięczne serce do Cię nachylone;
A Pan Sędzia Dobrodziej począł nami gardzić,
I kochającą duszę chciał w sobie zatwardzić?!“
Mea culpa — Pan Sędzia na to mu powiada —
Któżby grzechu nie wyznał, gdy Pastérz spowiada?
Więc proszę odpuszczenia u Księcia Biskupa,
Bom wyszedł jak z Biskupem wyszedł niegdyś Krupa.“
— Co za Krupa? — Ksiądz Biskup na to go zapyta.
„Ha, to powiem nareszcie, bo rzecz wyśmienita;
Ale czy potém będzie już z pokuty kwita?“

— Kwita! in quantum possum! — Ksiądz Biskup powiada.
„To powiem historyjkę, a może się nada!“



„Większa jest łaska Boska, niż zawziętość ludzka,“
Mawiała niegdyś Pani Starościna Słucka.

Rwał się szlachcic do Rzymu skarżyć na Biskupa,
Że mu zabrał plebana, a zwał się Pan Krupa.
Krupa potomek tego, co o nim przysłowie,
O którém dziś w Krakowskiém każdy jeszcze powie:
Król Jagiełło zbił Krzyżaki,
I Pan Krupa chce być taki;
Darmo kusisz się niebożę,
Krupa jagłą być nie może!


Otóż miał téż Pan Krupa i urazę słuszną,
Bo mu Biskup w plebanie wziął pociechę duszną.
Cztérdzieści lat przeżyli razem obok siebie
W serdeczności, w kochaniu, gdyby dusze w niebie,
Kiedy zechcesz zawitaj, więc o każdéj porze
Kolator na plebanii, lub proboszcz we dworze.
Razem się biczowali, razem grali w karty,
I podzielali z sobą i smutki i żarty.
Dopóki Jejmość żyła, ksiądz nie raz łagodził
Domowe spory stadła, i życie im słodził:
Bo czy Żywota Świętych, czy statuta czytać,
Czy się po przyjacielsku poradzić, popytać,
Nigdy on nie odmawiał rady, ni pociechy,
A do tego facetus, lubił także śmiechy,
Dykteryjki i żarty, choć w życiu przykładny;
Słowem Ksiądz gdyby Aniół, bez nagany żadnéj.
Lecz potrzeba nieszczęścia, że na sejmie Krupa,
Czy chcący, czy nie chcący, obraził Biskupa;
A wiedział był Ksiądz Biskup o téj zażyłości
Kolatora z plebanem, więc téż Jegomości
Umyślił ze stolicy psikusa wyprawić;
I kiedy z sejmu wrócił, począł zaraz sławić
Kanonikom proboszcza: Mości Dobrodzieje!
Zasługa bez nagrody, więc téż źle się dzieje
W dyecezyi; Ksiądz Wyrwicz najstarszym kapłanem
Wart mieć już dystynktoryum, jest tylko plebanem,
To ksiądz, gdyby Apostoł, wart nawet infuły,
Godzi mu się kanonia — wziąść do kapituły.

Pasterz kazał, ksiądz musiał, zapłakał, zabolał,
Lecz wziąść musiał kanonią, choć probostwo wolał.
Łatwiej z księdzem proboszczem, bo człek chrześcijański,
Zgadzał się z wolą Bożą — lecz Krupy fum pański

Obrażony — więc grozi: damy my mu, damy!
Wykurzę go z biskupstwa, gdyby lisa z jamy;
Uzyskam kondemnatę w Rzymie na Biskupie,
Niechaj zna, co to w drogę zajść staremu Krupie.

To senator, dygnitarz! mówili sąsiedzi.
Próżno się tylko Wasze wielką drogą zbiédzi.
Zresztą wszakże to Księdzu głowę nie ucięto,
Ze mu dano kanoniją a probostwo wzięto.
Nie wypada oskarżać duchowne osoby,
I z kraju aż do Rzymu wytaczać żałoby;
„Nie wypada!“ odradzał sam Ksiądz Wyrwicz nawet
— Ja zginę a dojadę! oddam mu wet za wet! —

I rwał się jak szalony, i w drogę się ładzi,
A przykazał gotowość domowéj czeladzi;
Więc ztąd we dworze było wielkie zturbowanie,
Bo jakże tu do Rzymu wybiérać się Panie!?
Czy boso? jużciż boso! ale czy kuć konie?
Koń nie kuty nie zajdzie, kutym się nie godzi
Święte miejsce najeżdżać, bo podkowa spłonie,
A przygoda obrazę Pana Boga rodzi! —

No, wybrali się w końcu i za ciężką radą
Wyjechali do Rzymu — jak jadą, tak jadą!
Piąty tydzień upływa — w tym Andrzéj zawoła:
„Wszak dziś mamy Jakóba, pono Apostoła?
To my się Panie krzywo w tę drogę wybrali!“ —
— Ot byś nie bajał stary! — jedźno tylko daléj! —
„Ba daléj, daléj jechać, — jechać wreszcie nudno,
Ale to przecie Panie policzyć nie trudno
Choćby tu po węzełkach, ot na moim biczu,
Że za cztéry tygodnie jest jarmark w Łowiczu.
Ta na Święty Bartłomiéj wielki targ na skopy,
Ba i siéw też, czy same mają począć chłopy?“


„Oj siew i skopy!“ rzecze z cicha sobie Krupa,
Niechaj tam Bóg ma w swojéj opiece Biskupa!
A kto tam skopy sprzeda, a kto tam zaorze?
Dobrze radzisz Andrzeju, nawracaj nieboże!“
Więc i słusznie mawiała Starościna Słucka:
„„Większa jest łaska Boska, niż zawziętość ludzka.““

Brawo! „A wyborna historya! Brawo! Brawo! Brawo!“
Zawołał Książę Biskup, — „przewyborny Krupa!“
A Pan Sędzia mu na to odparł znowu żwawo:
— Lecz teraz, Mości Książę! kolej na Biskupa! —

„A dobrze! — rzecze Biskup — nim nam przerwą zdrowiem,
To moim Dobrodziejom i ja coś opowiem:
Historyjka prawdziwa — kiedy to się działo?
Nie wiem! —

„Dość, że na Chwaniów dwóch szlachty jechało,
Jeden był człek zażywny, drugi wyschły, cienki,
Ten jechał z Nowosielce, a tamten z Ropienki;
Obaj jechali konno, i obaj bez sługi,
Z targu powracał jeden, z kompromisu drugi,
I zjechali się w górze, przy karczmie na dziale:
A że tam droga wiedzie pod górę zuchwale,
Ztąd téż się i rumaki utrudziły obu,
I jeden konia swego przywiązał u żłobu,
A drugi na podsieniu — i oba czekali,
Aż konie wytchną sobie, by znów ruszyć daléj.

„Najprzód pojrzeli zdala po koniach i sobie,
Ten stojąc na podsieniu, a tamten przy żłobie,
A po chwili namysłu, kiedy się zbliżyli,

Wzajemnie sobie z lekka czapki uchylili,
I stanęli przed karczmą.

„Ależ góra, góra!“
Rzecze jeden po chwili — „a dla mnie już wtóra“.
Rzecze drugi mu na to — „bo na Branów jadę,
I ledwo że mój deresz dał téj górze radę,
Bo od ranam nie wytchnął“. — „A gdzież się tak śpieszy?“
— „Ha do domu, bo w drodze człek się nie pocieszy!“ —
„Oj prawda! wielka prawda,“ — rzekł drugi z westchnieniem,
„Ależ bo i do domu źle wracać z strapieniem.“
— „To i Waszmość jak widzę nie uszłeś przygodzie?“ —
„Tak jest! a co najgorsza, że ani na brodzie,
Ani na moście, Panie, ani na przewozie
Naszło mię licho skrycie, ale na gospodzie
U żyda i przy winie. — “
— „Bywa to tak, bywa! —
Rzecze tamten z uśmiechem, — że człek łzami zmywa
Nieraz chwilę pociechy.“ —
„Jeszczeć żeby łzami,
Ale tu do krwi doszło, i sprawa z żydami.
Jeszczeć nie miałbym żalu, gdybym był się upił,
Ale trzeźwym mnie widzisz. Beczkęm wina kupił
Na imieniny żony — i rzekłem Jéjmości:
Że będzie czém honeste przyjąć w domu gości.
Jużciż znam się na winie, było dwupudowe,
Pięknie zielonkowate, wytrawne i zdrowe,
Miało już i obrączkę; a więc po świadomu
Zapłaciłem żydowi, i wino do domu
Kazałem przysłać sobie — wystało do czasu.
Ba patrzę, miasto wina żyd mi przysłał kwasu,
Aż kolorem przestrasza! Dziś był dzień targowy,

A więc jadę do Liska i w gospodzie owéj,
Gdziem był kupił to wino, zachodzę do żyda,
I mówię mu poczciwie, iż czasem się wyda
I omylić się człeku — a on się zuchwale
Stawi, — i o tém winie nie chce słyszeć wcale.
Powiadam mu na rozum, chcę iść do piwnicy;
A on mi się przeciwi, i nie daje świécy.
Więc gdy mi się wbrew prawdzie jeszcze uzuchwalał,
Torknąłem go obuszkiem, a on krwią się zalał.
Nie miła sprawa, panie, gwałt się zrobił w mieście,
Więc dałem coś na plastry! niech was licho wreszcie
Weźmie — tu! pomyślałem — kto tam dojdzie ładu;
I wracam sfrasowany nie jadłszy obiadu,
Bo za groszem i winem boleje mi dusza,
I pijże z przyjaciółmi kwaśnego cienkusza!“
— Na to rzecze mu drugi: „A jakiem sodalis,
To już dzisiaj jak widzę, pewno jest feralis,
Bo i mnie krzywo poszło — trudnąm miał przeprawę,
Bom musiał między bracią sądzić ciężką sprawę.
Każdy z braci na swoje koło ciągnął wodę;
O młyn poszła ta kłótnia — więc trudno o zgodę.
Wprawdzieć młyn bywał z dawna starszego własnością,
Lecz trudno było braci zostawić z tą kością,
I trudno téż szlachcica odsądzić od mléwa:
Więc gdy sąd w końcu stanął, przyszła myśl szczęśliwa,
Przepołowić tę sprawę i dla miłéj zgody:
„Na-że tobie pół wody, i tobie pół wody!“
Ale gdyśmy po radzie wyrok ferowali,
I akt spisawszy, prawnie obom stronom dali,
Aż tu — czy Waść uwierzysz? — że miasto wdzięczności,
Wzięły się sporne strony do sędziów i gości:

„A to krzywda! to zdrada! to rozbój w dzień biały!“
Bo każdy sam dla siebie chciał posiąść młyn cały.
Na taką więc odpłatę bratniéj charitatis,
Powiedziałem obudwom Verba veritatis!
Siadłem na koń, splunąłem i powiem Mosanie,
Że tam już moja noga więcéj nie postanie!
Bo między swarną bracią kto tam dojdzie ładu?
A tak i ja podobnież jestem bez obiadu.“

Więc gdy obadwaj byli głodni i strudzeni,
Weszli razem nareszcie do karczmy z podsieni,
I napili się wódki, jajecznicę zjedli —
Ale nim jeszcze oba na konie usiedli,
Pyta jeden: „A jakże będę znał Waszmości?
Nie godzi się tak roztać po téj znajomości.“
— Leszczyński, — rzecze drugi.
„A których-że, których?“
— Jak to których, Mospanie? — rzekł Leszczyński gniewnie,
I ogień nagle błysnął mu z pod brwi ponurych.
Jużciż mi nikt kaduka nieśmie zadać pewnie;
Jakto, których Leszczyńskich? Niema tylko jedni!
Czy na tronie w koronie, czy w zagrodzie biédni!“

— Ależ przepraszam, rzecze mu tamten powoli.
Nie obrażam, lecz pytam, więc niech to nie boli;
Wszakże Polsce panował Król tego imienia? —
„I mnie Stanisław, także, — rzecze od niechcenia —
Na to znowu Leszczyński: — „jeden herb, dom jeden,
Jak to bywa u szlachty polskiéj już od wieka,
Jeden siedzi na tronie, — a drugi choć bieden,
Nie gorszy przeto sobie — i korony czeka.“


Gdy po chwili ochłonął, nazwajem się pyta:
„Jakże będę miał zaszczyt? — niech-że będzie kwita.“
— Popiel — rzecze mu tamten! — „Popiel? No i proszę!
A których?“ — dodał z cicha zdziwiony potrosze.
— Jakto których Mospanie? — Popiel znów zapyta:
Czy był gdzie może jaki Popiel neofita? —

„Ależ bo jest tradycya! — rzekł Leszczyński ciszéj;
Na to Popiel — ot bajki — Popielowe myszy,
I nie wszystkich Popielów musieli zjeść przecie,
Bo zkądżebym się wreszcie był wziął ja na świecie?

„Co to, to wielka racya, a więc krew królewska?
Niech zacne rody łaska podpiéra niebieska!“
Rzecze na to Leszczyński — więc Waści król rodzi.
— Tak, — rzecze z cicha Popiel — i krew pańska schodzi.... —

„Nie schodzi, Panie Bracie! — Leszczyński mu powie,
Lecz się zeszła fortunnie w méj i twéj osobie.
Uściskajmy się Bracie, królów potomkowie,
Bo Popiela i Piasta zacne to krwie obie!“

Uściskali się tedy, zapłakawszy rzewnie,
I byłoby tam więcéj tych afektów pewnie,
Ale czas było jechać — Pan Popiel tarł ucho;
— Tak zacnym plemiennikom rozstać się na sucho?

Hej! podaj żydzie wina do tego zawodu! —
Wina w karczmie nie było — ha! to daj nam miodu; —
Lecz i miodu nie było — a więc proces krótki,
Salvis juribus familiae! daj nam żydzie wódki! —


I podpili na wódce bez obrazy rodu;
A że się słońce miało dobrze do zachodu,
Więc z Chwaniowa ruszyli oba w jedną stronę,
I nie było już sporu więcej o koronę.
I każdy z nich napomniał, od kogo ród wiedzie,
I nie było wierniejszych w świecie towarzyszy,
Leszczyński już nie wspomniał więcéj — „owych myszy“
A Popiel ani słowa nie wyrzekł — „o Szwedzie“
Gdy Książę Biskup skończył, ucichło do koła.
— A cóż, Mości Margrabio! — Biskup nań zawoła:
— Ród zacny pono w Polsce rzecz nie bardzo rzadka,
Bo same orły rodzi ta orlica matka.
Ja sam, gdybym się wywiódł tam aż od Siecina,
To Piasta mógłbym spytać, gdzie jego rodzina
Bywała w ówczas jeszcze? — Bo Piastom jest data,
A Rogala wyrasta od stworzenia świata,
I jeleń obok tura chodził jeszcze w raju!
Czém gwiazdy są na niebie, tém jest szlachta w kraju;
Że dawne i że świécą, dziwić się daremno;
Dawne, bo bez wywodu — a świécą, bo ciemno!...

Te ostatnie wziął słowa Margrabia do siebie,
I zgasł — jak gaśnie gwiazda o świcie na niebie.
Ale szlachta ad astra na niebie zrównana,
Z kielichami przed Księciem padła na kolana.
„Dla duszy Mości Książę! tyś w Polsce Podczaszym,
My gwiazdy, a tyś słońce na tém niebie naszém!“

Gdy Ksiądz Biskup zobaczył taką miłość wrzącą
Serc poczciwych dla siebie, wziął rzecz na gorąco,
I odezwał się głośno, chociaż mawiał z cicha:
„A Mości Dobrodzieje! a cóż to u licha!

Tom jeden tylko został widzę bez kielicha?
Nie pochwalam ja zbytku, i karcę satyry,
Bo kielichy, to grzéchy! i w pokucie szczeréj
Trzeba za nie i Bogu i ludziom odpłacić,
A w Rzeczypospolitéj potrzeba nam miary;
Lecz kiedy o to chodzi, by się sercem zbracić,
To jako ksiądz i szlachcic znam obyczaj stary!“

Varios modos bibendi miewają Polaki;
Każdy więc był ciekawy po przedmowie takiéj,
Co za zdrowie na odwet Książe Biskup wniesie.
Aż tu pan Morelowski srébrny puhar niesie
Od niepamiętnych czasów w domu przechowany,
A w całéj ziemi z dawna, „Podkomorzym“ zwany.
„Teraz Panowie Bracia! wnoszę przed wszystkiemi
Już zdrowie gospodarza! Lecz nie domu tego,
Tylko pierwszych dziedziców téj Sanockiéj ziemi,
Co nas przyjęli w gości do domu swojego.“

Tu podniósł puhar w górę: „Zkąd téj ziemi sława,
Niech nam z tego puharu opowie — Gozdawa
Był rycérz Gozdawita, co granicy stróżył,
I w bojach tak się pięknie Ojczyźnie zasłużył,
Że król mu tyle ziemi nadał od granicy,
Ile w koło objedzie koniem w jednéj dobie,
I w obec wroga zdoła trzymać na szablicy.
Skoczył więc rycérz w siodło, ale nie wziął sobie
Ani tych łąk nad Sanem, ni żyźnego błonia,
Tylko w góry i skały pokierował konia
I od granic Węgierskich począł działem gonić,
By jak najwięcéj ziemi przypadło mu bronić,
Kiedy Pan jego służby ziemią poczcić raczył —
I szablicą po drzewach miedzę sobie znaczył.


Tak w dobę obiegł rycérz ziemi téj nie mało;
Lecz gdy słońce za góry już się pochylało,
A do miejsca, zkąd ruszył, było mu daleko,
Poparł konia przy Choczwi, a koń padł nad rzéką.
„Za nic wszystko!“ rzekł rycérz spojrzawszy do słońca,
„Bom miedzy nie obrąbał szablicą do końca!“
Ale orzeł się spuścił i podał mu skrzydło,
A jakby lotem jego powiodło wędzidło,
Przeniósł rycerza lekko, bez szwanku, a w zbroi,
I postawił w tym miejscu gdzie Baligród stoi.
I z tego Baligroda poszła ziemi sława,
I po dziś własce Bożéj świéci nam Gozdawa!“
Tu się Podkomorzemu Książe Biskup skłania,
I puhar Gozdawity podał do nalania,
A potem się obejrzał zwolna w całém kole,
I puhar nie wypity postawił na stole....

„Jakże Panowie Bracia? pono z pięknéj wróżby
Posiada ziemię naszę ta stara Gozdawa?
Bo komu nawet orzeł oddał swoje służby,
Ten i śród młodszéj braci ma mieć jakieś prawa?
I ufam, że mu każdy z serca rękę poda;
Jakże Panowie Bracia? — “

— Zgoda na to, zgoda! —

„Nie koniec jeszcze na tém — Książę Biskup doda —
Gdy Bóg bracią dozwolił pogościć w tym dworze,
Niech wolno będzie służyć, czém dom tylko może!
Więc proszę o starostę“

Tu na złotéj tacy
Podano mu kieliszek. „Bywali junacy
Także i w naszym rodzie — i to jest pamiątka,

Po Marcinie Krasickim, Przemyskim Staroście,
Co od wielkiego dzwona dobywa się z kątka;
Był to człowiek rycerski, pobożny i prosty,
A żeśmy ze krwi jego, z jego kości koście,
Starościńskim kielichem więc zdrowie Starosty!“

I tu Panu Mniszchowi pokłonił się w kole,
I kielich nie wypity postawił na stole.
„Teraz dopiéro zdrowie Sandomiérskie wnoszę,
I wracam do kolei i o kielich proszę!“
Podano kielich duży, a on mówił daléj:
„Wszelki duch Pana Boga w całéj Polsce chwali!
Przecież gdzie Matki Wisły ten nasz San domierzył,
Tam to człowiek najpiérwéj w tę prawdę uwierzył:
Że ze wszystkich wiwatów, które zna Ojczyzna,
Kochajmy się! po Ojcach najdroższa puścizna!

„Kto nie wierzy? niech zmierzy, jeśli się podoba,
Proszę Panowie Bracia, wszak rzecz bardzo prosta?“
Tu w kielich Sandomiérski zlał kielichy oba.
„Zmieścił się Podkomorzy, zmieścił i Starosta;
Ba i jeszcze pełny brat Sandomierzanin!
Bo i cóż się nie zmieści do takiéj ofiary?
A żem Panowie Bracia! Biskup nie poganin,
Więc jako Bóg przykazał dolewam do miary!
Ktoby krople rozłączył, byłby chyba wrogiem;
Jako w winnicy źrało każde grono z Bogiem,
Tak tutaj każda kropla piérwszą i ostatnią:
I każda jest ofiarą i miłością bratnią.
Więc wiwat, kochajmy się! Bracia nieodrodna!
W ręce Podkomorzego!“ —
I wypił aż do dna.

A Szlachta: „Niechaj żyje Senatorska zgoda!
Zdrajca, kto nie wypije i ręki nie poda!“


I do Pana Starosty wypił Podkomorzy,
A Starosta znów wypił do Pana Cześnika,
Jako do największego swego przeciwnika;
I brat Sandomiérzanin krążył tak wesoło,
Aż z rąk do rąk obeszedł całą koléj w koło;
I każdy krzyknął: Wiwat Senatorska Zgoda!
Zdrajca, kto nie wypije i ręki nie poda!

Gdy tę kolej od serca skończono radośno,
Pan Sędzia na stół cały odezwał się głośno:
„W dziejach naszéj Ojczyzny nauka niezmierna:
Że tylko tam sojusze i tam miłość wierna,
Gdzie się i serce z sercem i krew ze krwią zleje.
O tém świadczą nam Litwy i Korony dzieje!
Więc we krwi własnych dzieci dajcie ręce sobie,
By szczerze uwierzyły w sojusz strony obie.
A téj zgody przestrzegać będzie dziatwa młoda,
I na dobre wam wyjdzie Senatorska Zgoda!“
A Książę Biskup dodał — „I niech to Bóg sprawi!
A ta Ksienia nad nami niech nam błogosławi!...“




Cóż Wasze na to powiesz? ot nie były żarty!
I jak gdyby szczęśliwie człek pociągnął karty,
I w szczęśliwą godzinę wyrzekło się słowo,
I nie padło daremnie na ziemię jałową,
Ale jako się Litwa złączyła z Koroną,
Tak tu w tydzień piętnaście małżeństw skojarzono;
A Pan Sędzia Chojnacki znany z swojéj wprawy,
Kompromisem we trzy dni przeciął wszystkie sprawy!

I do ziemi wróciła znowu zgoda stara,
I dotąd zwykła gwarzyć ta Sanocka wiara,

Gdy co pójdzie od serca i gładko jak z wodą,
O tém mówią, że poszło: „Senatorską Zgodą!“




Lubiła Polska stawić i wysoko ludzi,
I „darami trzech Królów“ obsypać takiego,
Co i „łaskę i dary wziął Ducha Świętego!“
Ale kiedy człowieka wyniosła wysoko,
To miał miłość dla drugich i opatrzne oko,
I czułość nad bliźniego losem i niedolą,
A czém wyżéj kto stanął — tém świętszą miał wolą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.