Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„A to krzywda! to zdrada! to rozbój w dzień biały!“
Bo każdy sam dla siebie chciał posiąść młyn cały.
Na taką więc odpłatę bratniéj charitatis,
Powiedziałem obudwom Verba veritatis!
Siadłem na koń, splunąłem i powiem Mosanie,
Że tam już moja noga więcéj nie postanie!
Bo między swarną bracią kto tam dojdzie ładu?
A tak i ja podobnież jestem bez obiadu.“

Więc gdy obadwaj byli głodni i strudzeni,
Weszli razem nareszcie do karczmy z podsieni,
I napili się wódki, jajecznicę zjedli —
Ale nim jeszcze oba na konie usiedli,
Pyta jeden: „A jakże będę znał Waszmości?
Nie godzi się tak roztać po téj znajomości.“
— Leszczyński, — rzecze drugi.
„A których-że, których?“
— Jak to których, Mospanie? — rzekł Leszczyński gniewnie,
I ogień nagle błysnął mu z pod brwi ponurych.
Jużciż mi nikt kaduka nieśmie zadać pewnie;
Jakto, których Leszczyńskich? Niema tylko jedni!
Czy na tronie w koronie, czy w zagrodzie biédni!“

— Ależ przepraszam, rzecze mu tamten powoli.
Nie obrażam, lecz pytam, więc niech to nie boli;
Wszakże Polsce panował Król tego imienia? —
„I mnie Stanisław, także, — rzecze od niechcenia —
Na to znowu Leszczyński: — „jeden herb, dom jeden,
Jak to bywa u szlachty polskiéj już od wieka,
Jeden siedzi na tronie, — a drugi choć bieden,
Nie gorszy przeto sobie — i korony czeka.“