Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I podpili na wódce bez obrazy rodu;
A że się słońce miało dobrze do zachodu,
Więc z Chwaniowa ruszyli oba w jedną stronę,
I nie było już sporu więcej o koronę.
I każdy z nich napomniał, od kogo ród wiedzie,
I nie było wierniejszych w świecie towarzyszy,
Leszczyński już nie wspomniał więcéj — „owych myszy“
A Popiel ani słowa nie wyrzekł — „o Szwedzie“
Gdy Książę Biskup skończył, ucichło do koła.
— A cóż, Mości Margrabio! — Biskup nań zawoła:
— Ród zacny pono w Polsce rzecz nie bardzo rzadka,
Bo same orły rodzi ta orlica matka.
Ja sam, gdybym się wywiódł tam aż od Siecina,
To Piasta mógłbym spytać, gdzie jego rodzina
Bywała w ówczas jeszcze? — Bo Piastom jest data,
A Rogala wyrasta od stworzenia świata,
I jeleń obok tura chodził jeszcze w raju!
Czém gwiazdy są na niebie, tém jest szlachta w kraju;
Że dawne i że świécą, dziwić się daremno;
Dawne, bo bez wywodu — a świécą, bo ciemno!...

Te ostatnie wziął słowa Margrabia do siebie,
I zgasł — jak gaśnie gwiazda o świcie na niebie.
Ale szlachta ad astra na niebie zrównana,
Z kielichami przed Księciem padła na kolana.
„Dla duszy Mości Książę! tyś w Polsce Podczaszym,
My gwiazdy, a tyś słońce na tém niebie naszém!“

Gdy Ksiądz Biskup zobaczył taką miłość wrzącą
Serc poczciwych dla siebie, wziął rzecz na gorąco,
I odezwał się głośno, chociaż mawiał z cicha:
„A Mości Dobrodzieje! a cóż to u licha!