Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I ubiegł synekurę, starostwo przemycił,
I we wszystkie się skarby, krom sławy bogacił,
Aż stratny syn nareszcie djabłu haracz spłacił...


Były jednak i domy na szczęście Ojczyzny,
Co wzrastały w narodzie zasługą i blizny:
„Starosta lub Kapucyn! ale nigdy sługa!”
Tak wierzyli znów inni — a inni znów pługa
Pilnując i tę ziemię dzieląc między siebie,
Rozmnażali się gniazdem, jak gwiazdy na niebie.
Inni znowu tradycyą sami palestranci,
Jur w jura tutumfaccy, pieniacze i franci,
Urżnij połę a uchodź! a bywali tacy,
Co znowu, jak ród cały, to sami junacy!
Poplecznicy, rębacze, dworskie stawinogi,
Achatesy wyprawne na wysokie progi.


A brat szlachcic poczciwy, jak się wziął do piórka,
To kończył na pisarzu w cnocie i pokorze,
A jak służył wojskowo — całe życie burka!
A jeśli Bogu służył — to w biédnym klasztorze,
A chociaż i zabiegał i pracował djablo,
Nic gęsią nie wyorał, nie wyrąbał szablą,
I tylko tyle sobie u Boga wymodlił,
Że i sygnet przechował i szabli nie spodlił.
Bo téż na prawdę mówiąc nie wzdychał za złotem
Szlachcic, gdy miał kęs chleba, myślał tylko o tém:
By Boga i Ojczyznę kochał najgoręcéj,
Potém, by miał przyjaciół wiernych jak najwięcéj,
A w domu, moja rybko, jak najwięcéj dzieci,
To zresztą — co ma świécić, we wrotkach zaświéci.


„Więc koń srokacz, żona Magda,
Co ma Bóg dać — to i tak da!”