Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Matka czuwała nad dziewczęcia liczkiem,
A chłopak podpasany łyczkiem i rzemyczkiem
Rósł na barszczu czeladnim, na kluskach i kaszy,
A uganiał na oklep po gromadzkiéj paszy!
Aż już dorósł batoga, i ławy i księgi
Ojcowskiéj, dyrektorskiéj, lub klasztornéj cięgi.
Tam uczyli posłuchu i bojaźni Boga,
Szłać tam wprawdzie nauka często od batoga,
Lecz on formował rękę i uczył łaciny,
Miłości i bojaźni, i niesforne syny
Służyły póżniej sfornie i ludziom i Bogu —
I każdy błogosławił rękę po batogu!...
Bo dobrze znano w Polsce czego trzeba komu,
Za domem różnie było — ale posłuch w domu!
Kiedy pan Bóg dał dziécię, dziękowano Bogu,
Bo z niém przyjaciół nowych witano na progu.
Któś podał do chrztu dziécię — a ztąd i przymierze,
Pokrewieństwo kościelne i opieka w wierze,
Na wypadek sieroctwa i pomoc i rada,
A gdzie wiele jest dzieci, choć jedno się nada;
I czém więcéj, tém łatwiéj radzą sobie przecie,
Tak było i tak będzie zawsze pono w świecie.


Śmiech mnie bierze, gdy słyszę dziś o nas mówiących,
Lub co gorzéj, gdy czytam ciemięgów piszących:
„Że możne domy stały tylko starostwami,
A szlachta dworską służbą za Panów plecami.”


O, co tak długo słało, to stało posadą!
I nie tak nas Mosanie uczyli za młodu,
Bo możne domy stały tradycyą Narodu,
A szlachta stała w życiu familijną radą!
Lecz odkąd możni sprawy Narodu odbiegli,